header image
 

Długi weekend z pilotem w ręce

7 maj 2007

Długi weekend to coś naprawdę miłego - człowiek może zapomnieć, która jest godzina, dzień tygodnia i w jakim kraju mieszka (to ostatnie wyłącznie po alkoholu). Długi weekend to coś naprawdę miłego, jednak wyłącznie do czasu. Do jednej tragicznej w swoich skutkach chwili - do chwili, w której tenże długi weekend się kończy. Nie histeryzujmy jednak, bowiem gdy jedna rzecz się kończy, kolejna ma swój początek. Dzięki temu z uśmiechem na ustach powrócić możemy do umiłowanych szkół i zakładów pracy. Pozostawię tę oto przyjemność wam samym, bo i przejść chciałem do innej sprawy - telewizji mianowicie.

Gdy już człeka przygniecie, zdominuje i zdruzgocze ten nadmiar wolnego czasu nachodzi go jedno pytanie - “Cóżby począć?” I już w chwilę po tym niczym polska husaria pod Wiedniem z pomocą przybywa wiecznie uśmiechnięty Krzysztof Ibisz i zachęca by włączyć laicko-masońskie urządzenie, jakim jest niewątpliwie teleodbiornik. I cóże tam zastajemy? Można się sprzeczać, jakiego słowa by użyć, ale że od wulgaryzmów na piśmie stronię pozostaje mi kwestię tę pominąć. Ale mimo wszystko poczynania takie chwali się niepomiernie, wszak telewidz z nudy wylezie może wreszcie na powietrze, wybierze się na spacer, nogami porusza, pooddycha świeżym powietrzem i zdrowszy będzie - ludziska nacieszą się pogodą a stacje telewizyjne zaoszczędzą trochę grosza - wszyscy zadowoleni. A potem się Amerykanie dziwią, że u nich sami tacy puszyści i z nadwagą. Produkują tych seriali, że aż biedny John czy George z kanapy się nie może ruszyć, bo mu jakiś moment ulubionego filmu przepadnie. No i z braku lepszej alternatywy zagryzie sobie kurczakiem. Całym.

No, ale o Ameryce może innym razem, bo tu o Polskim showbusinesie miała być mowa. Od dawien dawna wiadome jest, że telewizja kształci - choćby w ostatnim czasie naroiło się nam specjalistów od tańca, tudzież śpiewu. Nawet rzec można by, że nasz naród stał się specjalistą, szczególnie w tej pierwszej dziedzinie. Przedszkolak w piaskownicy potrafi odróżnić fokstrota od quickstepa, i Tango od Casha. A tak na marginesie, w ósmej (już planowanej) edycji Tańca z Grabiami, tfu, Gwiazdami ponoć wziąć udział ma sam Pan Zdzich - odtwórca roli anonimowego menela mówiącego kwestię “Pół kilo fasoli” w 479 odcinku “M jak Miłość”. I wystartuje w tym przednim show nie dlatego, że swym ekspresywnym debiutem zasługiwał na Oscara w kategorii “Tło” - oczywiście gdyby przyznawali za to statuetki - a jedynie z tego faktu, iż ma wujka w zarządzie i dużo wolnego czasu.

Czytaj dalej ‘Długi weekend z pilotem w ręce’

Pink Floyd - Obscured by Clouds

3 maj 2007

Dziś bez przydługich wstępów, ani tym bardziej pseudointelektualnych dywagacji na tematy związane z niczym sensownym. Ot, dziś przejdę co celu, sedna tudzież meritum krótkim, acz zachęcającym do dalszej lektury słowem. Bulba.

Nadzieję mam cichą, że nie trzeba przedstawiać z osobna tak znaczącego zespołu jakim jest Pink Floyd. Brytyjska supergrupa, jeden z najważniejszych zespołów w dziejach, kamień milowy, etcetera, etcetera… Czymże byłaby dzisiejsza muzyka bez “The Dark Side of the Moon”, “Wish You Were Here” czy “The Wall”? (pewnie płatkami śniadaniowymi, bo i czym?) Ale, ale. Dziś nie będzie ani słowa więcej o żadnym z tych albumów. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta - to nie wpis o nich.

Zaskakujące, prawda? Tytuł - ten tekst pisany większą czcionką - ukazuje prawdziwe oblicze tego co zaraz się wydarzy. Otóż dziś przedstawić chciałem właśnie “Obscured by Clouds”. Przez te wszystkie lata słuchałem go może raz - problemem była tu kaseta magnetofonowa, która nie jest już zbyt przyjaznym nośnikiem dźwięków - acz gdy trafił do mnie w wersji cyfrowo-komputerowej dość szybko zawładnął playlistą. “Obscured by Clouds” zostało wydane w 1972 roku jako soundtrack do filmu “La Vallee” i przyznam że tego obrazu nie widziałem, ale nie odczuwam z tego powodu jakichkolwiek wyrzutów sumienia.

Nie będę ukrywał, że przez krytyków i fanów album ten nie był zbyt przychylnie oceniany. Z resztą nie dziwne to, wszak dziesięć zawartych tu utworów powstało zaledwie w kilka dni i do tego w dość szybkim tempie. Pewnie niektórych dopadnie myśl, że w ten sposób wartość artystyczna dzieła niepomiernie spadła - i pewno mają rację, ale to nie zmienia faktu, że melodie tu zawarte są sympatyczne, wpadają w ucho i - co najważniejsze przecież - mnie się podobają. Znaczną rolę odgrywają tu utwory instrumentalne i choć należą do tych krótkich, trwających od trzech do pięciu minut (gdzie im tam do choćby Atom Heart Mother) to słucha się ich bardzo miło. Szczególne uznanie należy się za pierwsze”Obscoured by Clouds” i ostatnie “Absolutley Curtains”, które, gdybym nie miał podpisane, nigdy bym nie zgadł, że to Pink Floyd.

Pozostałe część płyty, ta ze śpiewem, też prezentuje się całkiem miło. Polecić mogę choćby “Free Four”, które przy akompaniamencie wesołej melodii ukazuje, jakże optymistyczne, przesłanie całej płyty - “Life is a short, warm moment, and death is a long cold rest”. Niektórzy twierdzą, że część kompozycji niby bardzo podobna do twórczości Beatelsów, ale mnie to nie przeszkadzało bo Lennona i jego kolegów nie słucham (jak dotąd). “Obscured…” wydany został na rok przed “The Dark side of the moon”, lecz mimo to bardziej wpasowuje się w twórczość wcześniejszą z lat 68-70. Czyli coś w sam raz dla fanów wczesnych Floydów.

Zgadza się, że Floydzi mieli lepsze albumy. Zgadza się, że “Obscured by Clouds” na tle innych nie wypada bosko. Ale zgadza się też, że są to czterdzieści minut godnej polecenia, lekkiej muzyki.

Vangelis - Spiral (Merlin.pl)

1 maj 2007

Na dniach planowałem lekką reorganizację zawartości pseudoblogu, lecz po czasie stwierdziłem, że nie ma to najmniejszego sensu, gdyż po jej przeprowadzeniu z mojej chlubnej nazwy musiałoby pozostać wyłącznie “pseudo-”. Toteż (uwielbiam to słowo) pozostałem przy obecnej łatwej w nawigacji i może nieco chaotycznej formie. Formie, która pozwala mi od czasu do czasu pojawić się na liście stu najczęściej odwiedzanych blogów polskiego WordPressa (chwalę się, a co!).

Zabiegi te, choć co prawda nieudane, opóźniły nowe wpisy, ale postaram się to jak najszybciej nadrobić. Mniejsza jednak o sprawy organizacyjne, bowiem dziś znów o Vangelisie, jednak mimo to nie będzie pochwał ani jęków zachwytu, o nie! Co powodem tego? “Spiral”, ot co.

Moim, nie zawsze skromnym zdaniem czwarty solowy album greckiego muzyka nie jest tym czego można by się spodziewać po wydanych wcześniej płytach - świetnym “Heaven and Hell” i bardzo dobrym “Albedo 0.39″ (o tym w innym czasie). “Spiral” to typowy spadek formy po lepszym okresie, który owszem jest znośny dla ucha, ale zarazem na tyle słaby by szybko o nim zapomnieć. Album jest kolejnym po “Albedo 0.39″ tworze o charakterze futurystycznym i o ile poprzednia płyta spełniała swą rolę znakomicie, o tyle “Spiral” zdaje się być niczym ponad sen marnego wizjonera. Może i w 1977 roku dźwięki wykorzystane przez Vangelisa brzmiały jako obietnica nietypowej przyszłości. W moim odczuciu upływający czas zabił ten album. Na śmierć.

Z liczby pięciu utworów powyżej średniej plasuje się zaledwie jeden, w porywach dwa - tytułowe “Spiral” (niezgorsze, szczególnie na tle pozostałych) oraz “To Unknow Man”. I to w zasadzie tyle, bo resztą zainteresują się fanatycy bądź masochiści (czt. ja i ja). Takie “Ballad” na ten przykład, mógłbym jeszcze zaakceptować gdyby nie te jęki przypominające pohukiwania głodnego muppeta przewijające się przez cały utwór. “Dervish D” zaś przypomina mi melodie z gier na Pegasusa - tam się by się sprawdziła, tutaj jednak niestety nie bardzo. Pozostaje jeszcze “3+3″, którego na tę chwilę już nie pamiętam… Może to i lepiej?

Album może się podobać, ale jedynie tym, którzy lubują się w tego typu melodiach. Szczerze nie polecam znającym Vangelisa jedynie z soundtracku do Rydwanów Ognia, oj tak. Ja sam wracać będę jedynie do utworu tytułowego, bo i dość ciekawy, ale to też nieczęsto. Lepiej przesłuchać Albedo 0.39.

Vangelis - Heaven and Hell (Tedi.u2.pl)

15 kwiecień 2007

Tydzień zastoju. Nie żebym znowu nie miał czasu co napisać, po prostu nie pałałem aż taką potrzebą ażeby z kimś się czymkolwiek dzielić. Tako z kolejnym końcem tygodnia, zwanym niekiedy z obca łikendem, postanowiłem wyskrobać coś zdatnego do przeczytania przez zwykłego, w miarę trzeźwo rozumującego internautę. Wiele jest powodów tego, ale główny to taki aby mi się spamu nie zalęgło znowu na pseudoblogu, a co lubuje się czynić po dłuższej jego nieaktywności. Zresetowałem swoje konto na Last.fm (którego substytut wybadać można z prawej strony w podmenu Muzyka), a przeglądając dokładniejsze statystyki zaradni spostrzegą, że wśród ulubionych utworów na chwilę obecną królują dwa zgoła podobne do siebie tytuły.

Album, który przedstawię w dzisiejszym wpisie nosi, jakże niespodziewanie, tytuł “Heaven and Hell” i jest drugim studyjnym dziełem greckiego kompozytora Vangelisa, o którym mowa była już przy okazji zeszłotygodniowej pseudointelektualnej gatce muzycznej. Tym razem cały album to w zasadzie jedna czterdziestominutowa suita jeno tylko ze względów technicznych podzielona na dwie części. Cóż czynić, w 1975 roku winyl był szczytem technologii, a na jednej ze stron mieścił nie więcej niż nieco ponad dwadzieścia minut muzyki.

“Heaven and Hell” to, jak dość łatwo wydedukować, dźwiękiem nakreślony obraz piekła i nieba, który zrodził się w umyśle Vangelisa. Grek odchodzi tutaj od koncepcji rocka progresywnego na rzecz melodii zbliżonej do muzyki klasycznej mieszając przy tym niebo z piekłem w jedno i otrzymując klimatyczne dzieło zaliczane do najlepszych w jego karierze. Jak w każdej suicie te dwa, rzekłbym nawet, rozdziały podzielone są na kolejne mniejsze części. “Heaven and Hell (part one)” kończy pod-utwór “So Long Ago, So Clear”, który jest jedyną kompozycją zawierającą warstwę liryczną. A głosu na nim użycza nie kto inny jak Jon Andreson - wokalista zespołu Yes, a także wieloletni kompan Vangelisa (W tamtym okresie planowano też by Vangelis dołączył do Yes, lecz - jak wiemy dziś - nic z tego nie wyszło). Wszystko to tworzy ciekawą i barwną kompozycję, miejscami cichą i spokojną by w chwilę później zaatakować agresywnymi szybkimi wstawkami. Miód.

“Heaven And Hell” to naprawdę kawał świetnej muzyki, muzyki dla cierpliwych. To nie trzy minuty i chwytny rym w zasadzie nic nie znaczącym tekście. H&H to czterdzieści minut, których urok poznaje się dopiero po głębokim wsłuchaniu się weń. Polecam, ale pewno i tak to zignorujecie.

Vangelis - Earth (Tedi.u2.pl)

Po krótkiej przerwie spowodowanej lekką niechęcią do robienia czegokolwiek postanowiłem dodać wreszcie jakąś nową notatkę, tudzież wpis na moim chlubnym pseudoblogu. Chciałbym kontynuować to, co zapoczątkowałem w styczniu publikując pseudo-przemyślenia na temat płyty Marillionu i dziś przedstawić Wam kolejny album, w który swego czasu się zasłuchiwałem.

“Earth” - bo o tym albumie będzie mowa - jest oficjalnym rozpoczęciem solowej kariery greckiego muzyka i kompozytora Vangelisa. Choć artysta (tutaj jeszcze podpisujący się swoim prawdziwym nazwiskiem Evangelos Odysseas Papathanassiou) zaliczany jest jako twórca muzyki elektronicznej, to “Earth” wydany w 1973 roku bardziej wpasowuje się w nurt rocka progresywnego, czasem też zahaczając o stylizację stosowaną w gatunku muzycznym zwanym New Age. Mamy także dużą jak na Vangelisa ilość kompozycji, w których pojawia się warstwa liryczna (sześć z wszystkich dziesięciu utworów), która w “We were all uprooted” i “A song” przybiera formę opowieści relacjonowanej za pomocą nie śpiewu, a narracji. Szczególnie dobrze wypadło to w drugim utworze na tle wokalizy Roberta Fitoussiego. Sam Vangelis w całej swojej karierze bardzo rzadko uwieczniał swój głos na płytach, tak i na “Earth” go nie usłyszymy.

Tworząc pierwszy solowy album Vangelis czerpie wiele z muzyki (jak dla mnie) dość orientalnej (choćby w utworach - znów “We were all uprooted” czy “Sunny Earth”) , może to i elementy greckiej muzyki ludowej (tudzież narodowej), ale pewien nie jestem bo i na greckiej muzyce ludowej się nie znam. Oprócz tego pojawiają się też bardziej klasyczne kompozycje jak gitarowe, stanowiące swoiste intro, “Come on”. Przez dłuższy czas bardzo miło słuchało mi się “Earth” jednak, gdy tylko zdobyłem kolejne nagrania Greka album ten został wyparty z playlisty i jak do tej pory oczekuje na chlubny do niej powrót.

“Earth” to bardzo dobry album, jednak nie najlepszy w dorobku greckiego kompozytora. Co prawda jeżeli ktoś chciałby rozpocząć przygodę z muzyką Vangelisa mógłby zacząć właśnie od tej płyty, ale osobiście polecałbym bardziej, na miły początek, ścieżkę dźwiękową z filmu “Chariots of Fire” bądź wydane w 1995 roku “Voices”.

Przypowieści Świata Zysku - Trzecia Wieża cz.1 (remake)

25 luty 2007

Schludniej i wygodniej:
“Zbiór opowiadań nijakich”

Słońce majestatycznie chyliło się ku zachodowi pogrążając całe miasto w odcieniach pomarańczy. Ostatnie promyki z trudem przedzierały się przez widoczne na horyzoncie wierzchołki drzew zagórzańskiego lasu. Jeszcze parę minut i dzień definitywnie dobiegnie swego kresu ustępując miejsca nocy. W tej samej chwili kilka osób szybkim krokiem zbliżało się do zrujnowanego budynku leżącego na południe od miasteczka. Ta stara rezydencja z gnijącymi ścianami i powybijanymi oknami niegdyś należała do pewnego tragicznie zmarłego potentata naftowego. Wielki krach w latach dwudziestych doprowadził do załamania nerwowego nafciarza, który wreszcie pewnego niedzielnego popołudnia strzelił sobie w głowę z rewolweru drugą ręką jedząc podwieczorek złożony z ulubionego budyniu waniliowego. Willa od tamtej pory stała zupełnie niezamieszkana. Od kiedy służba w panice opuściła dawne miejsce pracy nikt tam nie zaglądał - bo i ponoć dom miał być nawiedzony. Toteż wnętrze i wystrój w większości zachowały się bez zmian, obrosły jeno kurzem i pajęczynami.

Piątka chłopców zwolniła kroku dochodząc do dwuskrzydłowych drzwi będących zarazem wejściem do rezydencji. Wcześniej z trudem przepełzli pomiędzy kolczastymi krzewami, które porastały budynek dookoła. Jako, że wszyscy ubrani byli w krótkie spodenki, nogi poharatane badylami i pogryzione przez komary swędziły ich niepomiernie. Umysł bardziej spostrzegawczy mógłby zauważyć, że od dłuższego czasu ktoś ich śledzi, a raczej „coś”…
- To co? Zaczynamy naszą zabawę? - zapytał najniższy z nich.
Oprócz zadającego pytanie Roberta do pięcioosobowej paczki należał też wysoki jak na swój wiek Tomek, typowy przykład dupka, niczym nie wyróżniający się Franek, Marek, który myślał, że jest fajny i Piotrek, przez swoje gabaryty zwany Grubym.

Czytaj dalej ‘Przypowieści Świata Zysku - Trzecia Wieża cz.1 (remake)’

PŚZ - The Great Voyage Full of Alcohol (remake)

17-18 luty 2007

Schludniej i wygodniej:
“Zbiór opowiadań nijakich”

Już niegdyś wspominałem, czym mniej więcej Świat Zysku jest, tak i tym razem bez wyrzutów sumienia pominę tę żałosną historyjkę. Jednak dodać warto, że to także miejsce wysoce niezwykłe i zamieszkałe nie tylko przez bardzo życzliwe wobec siebie stworzenia. O nie! Świat Zysku pełen jest dziwów i ingerencji innych równie tajemniczych sił - bogów, demonów, kosmitów, mojej teściowej… Ich sprawcza siła (albo ogólne zdebilenie autora tegoż opowiadanka) pozwoliła na wykształcenie w miejscach, bądź osobach niezwykłych, niemal magicznych zdolności. Nie zmienia to oczywiście faktu, że dziewięćdziesiąt pięć procent świata przemieniła się w jałową pustynię opanowaną przez Kurny bądź inne równie krwiożercze stworzenia. Ale… To nie jest ważne…

Kolejna z opowieści rozpoczyna się w pewnym ciemnym namiocie rozbitym pośrodku Fakoutowa - jedynego miasta na terenie Krain Wewnętrznych. Na sporym łożu z wyłażącymi zeń sprężynami unosiła się w rytm oddechu śpiącego pod nią człowieka pofałdowana blacha. W pomieszczeniu znajdował się jeszcze tylko nocny stolik, stojący tuż przy kamieniu, na którym spoczywała głowa drzemiącego delikwenta. Na blat wdrapał się mały, brodaty stworek ubrany w bawarskie porteczki, spojrzał jeno na swój malutki bawarski zegareczek i zaczął wykrzykiwać jak najgłośniej tylko potrafił jedno słowo: „konstantynopolitańczykowianeczka”. Po siódmym krzyku blacha na łóżku drgnęła, a w sekundę później spod niej wyłoniła się brudna, osmolona ręka dzierżąca w swych przebrzydłych paluchach młotek. Wystarczył jeden szybki ruch, by mały stworek zamienił się w bawarskiego klopsa. Oczywiście zanim to uczynił, tak bez większego powodu zbryzgał wszystkie ściany swoimi flakami. Mężczyzna wyburczał pod nosem coś na kształt „Jak ja nienawidzę budzików” po czym przeciągnął się i postanowił rozpocząć kolejny dzień. Blacha osunęła się na podłogę, a on wstał robiąc przewrót w tył przez lewe udo. Mężczyzną był wielce atrakcyjnym - wysoki, przystojny, a jego futrzasta, muskularna klatka piersiowa przywodziła na myśl sklepienie kaplicy Sykstyńskiej. Mógłby nawet wytatuować tam swoją podobiznę w skali jeden do jednego… A, nie. Pomylili mi się bohaterowie… Osobnik płci męskiej, który właśnie wybudził się ze snu cały wysmarowany był olejem napędowym i w zasadzie niewiele można było powiedzieć o jego wyglądzie - poza tym, że miał kręcone włosy na plecach. Gdy tylko wylądował na prostych nogach zdołał wystękać jeno „Bulba…”.

Czytaj dalej ‘PŚZ - The Great Voyage Full of Alcohol (remake)’

Przypowieści Świata Zysku (remake)

10 luty 2007

Schludniej i wygodniej:
“Zbiór opowiadań nijakich”

Mało kto tak naprawdę wie, czym jest Świat Zysku. Wielu uważa tę krainę za jedyną pozostałość po wojnie nuklearnej, inni zaś twierdzą, że Świat Zysku to tylko wymysł w głowie szalonego płetwonurka, ale… Oni są w mniejszości. Tak, więc pozostańmy przy tej pierwszej opcji - wojnie, która zmieniła niemal idylliczny świat w niebezpieczne pustkowia bez jakichkolwiek szans rozwoju dla życia. Mimo wszystko, na zapomnianym przez bogów krańcu zrujnowanej planety ostały się pojedyncze oazy, wokół których skupiły się resztki niemal wymarłej cywilizacji - osiedlili się tam ludzie.

Jednym z takich właśnie punktów jest Fakoutowo, miasteczko leżące na pustynnej równinie pomiędzy Górami Pieprzowymi na północy, a Lasem Cichaczy na południu gdzieś na terenie Krain Wewnętrznych. Według legend, to właśnie tutaj znajdowało się centrum dawnego imperium ze stolicą w mitycznych Furmanach. Na chwilę obecną, jedyną rzeczą, która trzyma tu ludzi (i nie tylko) jest studnia niezanieczyszczonej wody. Samo Fakoutowo nie jest wielkie, bowiem składa się jedynie z dziewięciu namiotów, trzech szałasów, jednej budy i kawiarenki internetowej. Ta historia zaczyna się pewnego lipcowego poranka, gdy w jednym z namiotów na zachodnim skraju miasta miała odbyć się tradycyjna ceremonia…

Namiot, o którym mowa, to siedziba wodza wioski - Dżordża Frizbiego. Przez większość czasu służy on za mieszkanie Dżordża, w czasie świąt staje się jednak budynkiem użyteczności publicznej, w którym odprawia się wszelkie ceremoniały. W takim przypadku główne pomieszczenie wypełniano ławkami, na których zasiadali mieszkańcy, środek zaś pozostawiano na tradycyjne popisy wodza. Gdy niemal wszystkie miejsca siedzące zostały zajęte jeden z obecnych puścił pawia pod ławkę. Zgodnie z pradawnymi zapiskami rytuał połączenia trzech żywiołów zaczynał ekwilibrystyczny taniec prowadzącego obrzędy, tak więc nieco podstarzały już Dżordż Frizbi wstał ze swego miejsca, rozprostował nogi w rękach i stanął tuż przy ognisku zaczesując siwe włosy na stopach. Ubrany jedynie w chyba różowe (przynajmniej w zamierzeniach miały być takiego właśnie koloru) stringi, mężczyzna począł tańczyć z gracją pogryzionego przez szerszenie hipopotama. Tragizm sytuacji potęgował fakt, iż Dżordż jest osobą niemal idealnie okrągłą, więc i jego pokaźny brzuch począł podskakiwać w rytm rumby razem z nim dopóki przy większym wychyleniu nie wybił jednego z okien. Potłuczone szkło poraniło przechadzającego się i śpiewającego dromadera.

Czytaj dalej ‘Przypowieści Świata Zysku (remake)’

Jade Empire

3 luty 2007 /Z

Pierwotnie, najnowsza gra twórców Baldur’s Gate miała ukazać się wyłącznie na Xboxa. Jednak, tak jak w przypadku choćby serii GTA, konwersji na komputery osobiste można było się prędzej czy później spodziewać. Nie należy mieć obaw o jakość gry, gdyż BioWare nie zmarnowało czasu, który upłynął od konsolowej premiery Jade Empire.

Tym razem kanadyjscy twórcy nie zabiorą nas do krain rodem z opowieści fantasy, co nie znaczy, że świat zawarty w Jade Empire jest mniej mistyczny czy też tajemniczy. Wszystko bowiem zostało oparte na chińskich legendach, mitach i przypowieściach, w których nie mało jest magii, bohaterów, smoków i innych dziwacznych stworzeń. Animowaną przez nas postać zastaniemy w momencie ataku grupy bandytów na rodzinną wioskę. Napastnicy mają niemałego pecha, gdyż w Jade Empire gracz wciela się w mistrza wschodnich sztuk walki, który właśnie kończy szkolenie. Swe alter-ego wybierzemy spośród siedmiu udostępnionych bohaterów (z czego jeden z nich - Monk Zeng - pojawił się wyłącznie w limitowanej, prawie, że kolekcjonerskiej edycji Jade Empire na Xboxa), a każdy z nich dysponować będzie innymi cechami, a także osobnym stylem walki.

Tak jak w Knights of the Old Republic, poprzednim dziele BioWare, sami zadecydujemy czy w celu uratowania świata skorzystamy ze ścieżki dobra czy też zła. Wpływać na naszą moralność będzie dosłownie wszystko co uczynimy - od rozmów z napotkanymi postaciami po przebieg poszczególnych walk. W czasie naszej podróży (w sumie około 70 lokacji rozłożonych na jakieś 40 godzin zabawy) napotkamy wiele barwnych i nieszablonowych postaci, niektóre z nich będą mogły się do nas przyłączyć tworząc swego rodzaju drużynę, wspomagającą w wielu trudnych walkach.

Czytaj dalej ‘Jade Empire’

The Show

25 styczeń 2007 /Z

Gdy po raz pierwszy usłyszałem tytuł tej gry na myśl przyszły mi swojskie obrazki vide “spraw by twój sim stał się gwiazdą telewizji”. Jednak, jak już zapewne inteligentniejsza część czytelników zdążyła się zorientować, byłem w błędzie. Mimo to nadal twierdzę, iż The Show to dość nietypowa nazwa jak dla rasowego RTS’a.

Bo właśnie strategią czasu rzeczywistego będzie nadchodzące dzieło niemieckiego studia Sixteen Tons Entertainment - twórców choćby serii Emergency. Najwidoczniej znudziło im się ratowanie ludzkich istnień i postanowili po ludzku kogoś zabić.

Cała historia zaczyna się od wojny domowej w Stanach Zjednoczonych pod koniec XXI wieku, kiedy to pewien sprytny uzurpator wykorzystuje zaistniałą sytuację by to co mu się należy odebrać z rąk Wuja Sama. W ten oto sposób na obszarze Kalifornii powstaje niepodległe państwo policyjne rządzone przez Lou Baxtera - człowieka o niemałych zapędach dyktatorskich. Jednak z czasem pojawili się tacy, którym najwyraźniej zaczęło brakować wrzucania papierków do urn oraz innych niezaprzeczalnych zalet demokracji, toteż kalifornijskie ośrodki resocjalizacji już po kilku dłuższych chwilach pękały w szwach od natłoku więźniów politycznych. Baxter dość łatwo rozwiązał ten problem - zaadaptował sztuczną wyspę leżącą dwadzieścia mil na zachód od wybrzeża Ameryki Północnej, nakazał zbudować tam ogromne areny i posłać wszystkich krnąbrnych mieszkańców swego kraju by do siebie nawzajem strzelali na oczach milionów widzów. Kto przeżyje - wychodzi na wolność. Proste. Program The Show stał się skutecznym narzędziem propagandowym w rękach tyrana, który dzięki niemu z dnia na dzień umacniał swoją władzę. Zniesmaczone Stany Zjednoczone nie mogąc patrzeć na krwawe jatki w telewizji postanawiają interweniować. Wysyłają więc tam gracza w skórze agenta Franka Harrisa, którego celem jest, nie ukrywajmy tego, obalenie dyktatora.

Czytaj dalej ‘The Show’

Marillion - Misplaced Childhood (Tedi.u2.pl)

25 styczeń 2007

Mam już takie ciekawe schorzenie psychiczne, że gdy uprę się na coś uprę, to wałkować będę do upadłego. Pół biedy, gdy jest to pojedynczy utwór (choć trzygodzinna sesja z zapętloną jedną pieśnią może być nieco irytująca dla postronnych) gorzej gdy świetną okaże się cała płyta…

Takiż mnie ostatnio przypadek trafił gdy na me dłonie i do czytnika mego trafiła kolejna płyta jednej z legend brytyjskiego rocka progresywnego. „Misplaced Childhood” to trzeci wydany w roku 1985 studyjny album zespołu Marillion.Ta płyta to dziesięć utworów dających razem 41 minut wspaniałej muzyki. I choć każdej z zawartych tu piosenek można słuchać osobno, to swe prawdziwe oblicze (tak jak w przypadku wielu progresywnych zespołów) album ukazuje dopiero jako całość. Fish (a tak naprawdę Derek William Dick), lider grupy w tamtym okresie, twórca wszystkich liryk zawartych na płycie przedstawia nam niebanalną historię samego dzieciństwa jak i jego wpływu na późniejsze życie. Jeżeli chodzi o warstwę tekstową, moim zdaniem dzieło Fisha ustępuje chyba jedynie twórczości Rogera Watersa…

Próżno szukać tutaj słabszych miejsc, gdyż takich po prostu nie ma. Pierwsze utwory (szczególnie „Pseudo Silk Kimono”) niemal przytłaczają swoim klimatem gdy z kolei pieśni wieńczące płytę zdecydowanie już mają charakter optymistyczny, gdy bohaterowi opowieści udaje się zrozumieć to czego do tej pory nie dostrzegał. A na „Keyleigh” czy „Blind Curve” po prostu nie mam słów bo gdy tylko pierwsze dźwięki dotrą do mych uszu rozpływam się jak plastelina na gorącym kaloryferze.

Mógłbym porównać teraz „Misplaced Childhood” choćby do „Script for a Jester’s Tear” wydanego kilka lat wcześniej, ale tego nie zrobię bo nie mam w zwyczaju czynić takich rzeczy. Jednak myślę, że z tej konfrontacji zwycięsko wyszedłby właśnie album z 1985, pomimo że jego przeciwnik dysponuje choćby takim utworem jak “Frogotten Sons“.

Pozostaje mi jedynie podsumować - Marillion - Misplaced Childhood - coś pięknego.

Final Revenge! Atomic Edition

19 styczeń 2007

Schludniej i wygodniej:
“Zbiór opowiadań nijakich”

Noc spuściła na miasto zasłonę mroku. Ciężkie i duszne powietrze zapowiadało rychłe nadejście potężnej burzy. Stopniowo, z każdą kolejną minutą niebo zaczęły rozdzierać pojedyncze błyskawice. W pewnym pokoju o różowych ścianach nadal pracował komputer. Światło bijące z monitora pozwalało stwierdzić, iż przy komputerze siedzi jakaś postać. Jeden z piorunów uderzył na tyle blisko, by błysk światła nim spowodowany był w stanie ujawnić tożsamość tego człowieka. To był on. Tedeward…

Tedeward właśnie redagował kolejne wydanie swojego autorskiego magazynu o chlubnej nazwie „Tedi’s Magazine”. Tej nocy nie miał zbyt wielu rzeczy do zrobienia, gdyż większość tekstów już została napisana, a layout wydawał się być wystarczająco dobrze ukradziony z innych zinów internetowych. Ustalił, że po kolacji podziękuje listownie redaktorom naczelnym tych magazynów za pomoc. Pomysł ten ulotnił się z jego umysłu szybciej niż tam pojawił. Otóż spoglądając na zegarek w prawym dolnym rogu ekranu dostrzegł, iż nastała właśnie godzina czwarta w nocy i do kolacji jeszcze bardzo daleko. Zaniechał dalszych planów i powrócił do edycji jednego z tekstów. Po skończonej robocie przeszedł do najważniejszej rzeczy na całym świecie. Przeszedł do pisania Wstępniaku!

Jednak coś stało na drodze, jakaś siła, która nie pozwoliła mu tego zrobić. Nie mógł jej pokonać, więc musiał się jej podporządkować. Obsługując to skomplikowane narzędzie, jakim niewątpliwie jest myszka komputerowa, w menu kontekstowym zamiast kliknąć na „Edytuj”, kursor skierował o jedną pozycję za wysoko, przez co jego klik trafił na… „Drukuj”.

Czytaj dalej ‘Final Revenge! Atomic Edition’

Soundtrack - When the Wind Blows

8 październik 2006

The prophet reclined,
On the Golan Heights,
He said, this land is my land,
To the Shiites.
Ooooh, the lonely boys…

Wiele już było filmów antywojennych, mówiących o niebezpieczeństwie wynikającym z posiadania rozbudowanych arsenałów broni jądrowej. Ludzie stali się obojętni wobec tego problemu, więc by do nich trafić Raymond Briggs postanowił swoje dzieło podać w dużo bardziej oryginalnej formie… Bajki.

Ale to nie jest zwyczajna kreskówka jakie oglądać możemy na co dzień w telewizji, użyty tutaj rodzaj kinematografii nosi chlubną nazwę bajki dla dorosłych. Z pozoru prosta i infantylna bajeczka zawiera głębszą treść, którą zrozumie dopiero widz trzeźwo myślący i nieco rozgarnięty. Łatwo wydedukować, iż “When The Wind Blows” opowiada o wojnie nuklearnej i jej skutkach. Główni bohaterowie to starzejące się małżeństwo mieszkające gdzieś na angielskiej prowincji, a będą oni świadkami upadku oraz zniszczenia naszego świata. Trzeba wam jednak wiedzieć, iż ja sam “When The Wind Blows” nie widziałem. Paradoksalnie, dziś łatwiej jest dostać nie film, a ścieżkę dźwiękową z niego, którą chciałbym wam właśnie przybliżyć.

And Jehova looked up
From the sea of Galilee beneath,
He said, I see you, you thief
This land is my land,
And this sand is my sand,
And this band is my band.
Oh the lonely boys,
Lookin’ over their shoulder,
Checkin out every boulder in the park,
Where the gates are closed from hate,
After dark…

Raymond Briggs zaprzęg do roboty nad muzyką do filmu znanych i bardzo popularnych w tamtych czasach artystów. W zasadzie dziś jedyni pamiętani to Genesis, David Bowie i Roger Waters. Pozostali (Hugh Cornwell, Squeeze, Paul Hardcastle) wątpię aby cokolwiek wam mówili, bo przecież i ja pierwszy raz o nich się dowiedziałem słuchając tej płyty. Tak czy inaczej, każdy z muzyków stworzył po jednym utworze i w ten sposób “When The Wind Blows” otrzymało swoją ścieżkę dźwiękową.

Czytaj dalej ‘Soundtrack - When the Wind Blows’

Me in 52…

9 październik 2006

…czyli wszystkie oblicza Przemysława Bryka…
…czyli wyciąg z Tajnych Akt Tedi’s Magazine

Wielu zastanawia się ile tak naprawdę, znany nam wszystkim, Przemysław Bryk mieści w swym umyśle podświadomości. Jedni sądzą, że nieskończoną ilość, inni zaś, że 666. Są także tacy, którzy twierdzą iż brak tam jakiejkolwiek świadomości. Moje wieloletnie badania pozwoliły mi określić przybliżoną liczbę owych podświadomości i udało mi się wyszczególnić pięćdziesiąt dwie różne osobowości.Opisywana tu postać to jedyny na świecie przypadek rozpiędziesięciodwojenia jaźni, dlatego też w ramach dalszych badań nie staramy się go z tej przypadłości leczyć. Błąd ten (tj. leczenie podmiotu) popełnił mój poprzednik – doktor Stanisław Wykałaczka, co skończyło się dlań tragicznie, a sam obiekt badań uciekł z zakładu psychiatrycznego. Dlatego też moje sposoby kooperacji z chorym są na pewien sposób przyjazne. Poszczególne podświadomości uruchamiają się niezależnie od siebie, nie udało mi się jednak odkryć co wpływa na aktywację danej osobowości.

Dominującą podświadomością niegdyś bywał Tedi, nazywany także niekiedy Tedi Preclovitz. Często jest mylony z Tedim Preclovitzem-Salaterką, który przecież jak wiadomo jest jego (notabene zmarłym) bratem bliźniakiem. Wraz z Tedasem (Tedas) stanowią siłę napędową absurdu w umyśle. Kolejną ważną, a ostatnimi czasy najaktywniejszą postacią jest Tedeward, osobowość nieco poważniejsza - inteligent i myśliciel. To jego sprawką są wszystkie wzniosłe dzieła nieabsurdalne. Jest dość ważny dla umysłu, gdyż utrzymuje równowagę między geniuszem a szaleństwem. Dzięki temu Przemysław Bryk nie trafił ponownie do zakładu zamkniętego.Tedon to ostoja Tedonizmu, twórca, przywódca religijny i jego największy propagator. W religii tedonistycznej Tedon jest podmiotem boskiej doskonałości. Dużo rzadziej ukazuje się Doktor Tedi samozwańczy doktor psychologii zwierzęcej, naukowiec i uczony. Wygłasza pseudointeligenckie teksty i pisze na zamówienie prace naukowe dla mrówek.

Niektóre z podświadomości P.B. wykazywały zdolności poliglotyczne. Obersturmfuhrer Hans von Ted prowadził po niemiecku konwersacje ze szczoteczką do zębów, TedFingers w języku angielskim żądał zardzewiałych łyżek do swojej izolatki, a Tedov zaciągał nieco po Rosyjsku. Baca z gór wysokich, jak już można się domyśleć, mówił czystą gwarą góralską. Niebezpiecznie było gdy ujawniał się dziki Tedorn. Biegał po całym pomieszczeniu machając kończynami na cztery strony świata, niszczył wszystko na co natrafił i wył do Księżyca wydając z siebie dźwięki przypominające słowo „Tedorn”.

Czytaj dalej ‘Me in 52…’

Soldiers: Ludzie Honoru

25 wrzesień 2006 /R

Z wielu płaszczyzn dane nam było brać udział w najkrwawszym konflikcie światowej historii. Broniliśmy nieba nad wyspami brytyjskimi jako pilot myśliwca Spitfire, byliśmy dowódcą czołgu Sherman w północnej Francji, dowodziliśmy niemieckiej łodzi podwodnej polującej na Atlantyku na alianckie łodzie z zaopatrzeniem… Jeszcze tylko II Wojna Światowa z perspektywy muchy żerującej na budyniu Hitlera i będziemy mieć przysłowiowe “wszystko”.

II Wojna Światowa to niezwykle prosty temat do adaptacji w świat gier komputerowych. Wszak wystarczy wstawić kilku Niemców, jednego Tygrysa, paru “The Boys” z amerykanskym akcentem i w zasadzie mamy gotową grę. Giercarze dostrzegli to już dawno, więc wałkują temat do upadłego zmieniając niekiedy (gdy się im chce, bądź nie są w danej chwili na kacu) Niemców na Rosjan i/lub Tygrysa na Panterę. Zastanawiające jest, że większość takowych gier osadzono w zachodniej Europie już po lądowaniu aliantów w Normandii… Cóż, w końcu tylko to było w “Szeregowcu Ryanie”.

Jak widzicie, ponownie zakończyłem swoją dygresję błyskotliwą i trafną pointą. Pora jednak przejść do sedna naszego dzisiejszego spotkania, otóż otrzymałem do recenzji reedycję gry, której (o dziwo) tytuł widnieje w nagłówku na samym początku tego tekstu. Soldiers: Ludzie Honoru przed premierą zapowiadało się na grę wybitną, z nowatorskimi rozwiązaniami, wysokim realizmem i oszałamiającą grafiką/fizyką. Jak było po premierze, wszyscy wiemy. I tak się teraz zastanawiam, ilu z was pamiętało o tej produkcji zanim pojawiła się w serii eXtra Klasyka neXt?

O czym gra jest, wiadomo z góry. Soldiers to strategia czasu rzeczywistego, w której wcielamy się w dowódcę jednego z czterech państw biorących udział w II Wojnie Światowej. Nie będzie spektakularnym odkryciem gdy napiszę, że te kraje to Niemcy, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Związek Radziecki. Jednym słowem: standard. Ktoś spostrzegawczy mógłby stwierdzić, że identycznie było w Codename Panzers i, co gorsza, nie myliłby się. Różnice dostrzega się jednak już po pierwszym kontakcie z samą grą.

Czytaj dalej ‘Soldiers: Ludzie Honoru’