Narzekania i zawody roku 2007
Rok 2007 szybko odszedł równie szybko, co nadszedł. Kolejne dwanaście miesięcy minęły stając się niczym ponad złudne wspomnienie. Co się stało z tym straconym czasem?
Rok ten nie był fajnym rokiem, dla mnie. Z resztą, jak wiele innych. Nie osiągnąłem niczego wielkiego, co osiągnąć bym chciał. Nie miałem żadnej wspaniałej (ani nawet najmniejszej) okazji, którą mógłbym zmarnować. Czy, ewentualnie, wykorzystać. Jak chcecie. Pierwszy stycznia 2008 rozpoczął się tak samo jak pierwszy stycznia 2007 roku – z liczbą punktów na koncie równą zeru. Czyli standard. Smutne. Przez ten rok nie zmieniło się nic w moim życiu (którego dalej szukać ze świecą można), ani tym bardziej w tzw. życiu zawodowym – branży zinów internetowych. Rok 2008 to już będzie bodajże siódmy rok mojej zinowej egzystencji, a ja dalej robię to co robiłem w roku 2005 czy 2003.
W minionym roku naprawdę niewiele miałem okazji do zagrania w nowe gry komputerowe. W zasadzie to nawet nie jestem pewien, czy grałem w jakąś grę z roku 2007… No, może parę było. Ze dwie. Cóż poradzisz kiedy większość gier nowych zdaje się dla mnie być słabymi, niegrywalnymi czy pustymi. A pozostała część znajduje się poza zasięgiem moich możliwości finansowych, bądź sprzętowych mojego komputera. Ale pewno też by były słabe, niegrywalne i puste. Bom już zgred jest. To pewne. W tym roku także spotkał mnie zawód na grach z lat poprzednich. Zagrałem wreszcie w czwartą Cywilizację i gra to dobra, ale nie bawiłem się przy niej tak jak jakiś czas wcześniej przy Civ III. Podobnie było z Age of Empires III, w które pograć można, ale bez zbytnich rewelacji. Pierwszy kontakt z nimi to długa, kilkugodzinna sesja, a potem drugi raz już się nie ma ochoty ich włączyć. Dziwna sprawa.
W roku 2007 w zasadzie wciągnęły mnie tylko trzy gry – Jagged Alliance 2, Star Wars: Empire at War i Europa Universalis: Mroczne Wieki. Jak widać – wspaniałe przykłady gier z roku 2007. W związku z tym ostatnim zasmuciła mnie strasznie wydana w lutym Europa Universalis 3. Przeniesienie jej w trzeci wymiar sprawiło, że nie mam ochoty nawet na nią patrzeć. Bleh. Komu szkodziło to uproszczone i sympatyczne 2D? Całe szczęście, że mam Mroczne Wieki i Hearts of Iron 2 wraz z dodatkiem. Niech się wypchają Szwedzi z tym swoim uszczęśliwianiem mnie na siłę, o!
2007 był też rokiem premier kilku Ogromnych, Hitowych Gier, Które Zapiszą Się W Historii Komputerowej Rozrywki. Ja je, dla uproszczenia, nazywam gry-buce. Z tego faktu, że strasznie napompowane są przez kampanie reklamowe i szum wokół nich robiony. A gdyby z nich ów powietrze spuścił, okazałoby się, że są równie malutkie jak wszystkie pozostałe gry. Tutaj przoduje Wiedźmin (z tego faktu, że to polski, to i w Polsce reklamowany diabelnie. W przeciwieństwie do zachodnich gier, które w Polsce reklamuje się słabiej), któren to Wiedźmin właśnie, niemalże wypadał mi z lodówki. Widziałem go wszędzie. Kiełbasa z Wiedźmina, mydło Wiedźmina, skarpety Wiedźmina… Wszystko. Na tych gadżetach człowiek mógłby się ubrać, najeść i przemieszkać trzydzieści lat. Brakuje tylko dobranocki z Wiedźminem. Kto się podejmie? No, ale się sprzedał Wiedźmiak. Jednak czy gra jest aż taka dobra, żeby ją pamiętać nawet dziś? Hm.
Podobnie z jakimś tam Stalkerem czy Bioshockiem. Czy któreś z nich miały cokolwiek przełomowego, co zrewolucjonizowałoby choćby hodowlę rzeżuchy? No, chyba że wybory moralne w Bioshocku. Też mi wybór. Zjedz małą dziewczynkę, albo nie zjadaj. Phef. Chyba, że za dużo oczekuję po twórcach gier. Pewnie tak. Jakiś wariat ze mnie, że oczekuję czegoś nowego po Ogromnej, Hitowej Grze, Która (…) Rozrywki.
Pojawił się także ten największy i najbardziej fantastyczny – Crysis. Podług niektórych relacji do mnie docierających poza grafiką gra ta nie prezentuje niczego fantastycznego. Że krótka, że nie wykorzystany potencjał, że momentami uproszczona i – jak pewien osobnik stwierdził ogólnie – spieprzona. I postać ów, którą cytuję tutaj bezwstydnie, śmie twierdzić, ze stareńki Half-Life 2 lepszy jest i już.
Tak, wymądrzam się, narzekam, smęcę, a wcale nie grałem. Co racja, to racja. Ale faktem jest także, że nie mam ani odrobiny ochoty zagrać w żadną z tych gier. Kiedyś? Może. Z tym, że to może ma wyjątkowo małą szczyptę prawdopodobieństwa. Wolę podbić Udzielne Księstwo Kijowa. A co. Albo poleżeć i nic nie robić. Jeszcze lepiej. A skoro już o podbijaniu mowa – w tym ubiegłym roku wydano parę strategii, w które można zagrać bez większych kompleksów – nowy Command and Conquer czy World in Conflict. Nikt przynajmniej nie twierdził, że to będzie coś czego nikt nie widział od paleolitu. Chociaż, może i twierdził, ale ja nie słyszałem. W te dwie produkcje z chęcią mógłbym zagrać. Tak. Ale najpierw coś jeszcze poklikam w Mrocznych Wiekach.
W roku 2007 coraz bardziej mnie zaczął odpychać internet. Jak rzekł zmarły dwa lata temu Stanisław Lem – “Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.” Jakże trafne i piękne słowa. Do podobnych wniosków można dojść buszując po blogach, photoblogach, fotkach, forach internetowych (jakże ja ich nie cierpię!)… Ba, nawet siedząc na gadu-gadu człowiek zostaje niekiedy zaatakowany przez siły głupoty i głupszej głupoty. Dość rzec, że według co najmniej kilkunastu Nieznajomych Przesyłających Wiadomość jestem głupi, pusty i p****any. Bo jakimś cudem zamiast “ktury” bezwstydnie i nagminnie używam formy “który”. No i nie wiem tak durzo o rzyciu jak Szanowny Nieznajomy(/a). Eh.
Branża zinów internetowych i innych rzeczy robionych za darmo kona już od kilku lat i kwiczy wniebogłosy. Dzisiaj już wielu naprawdę nie chce wydusić z siebie ani zdania gdy nie czeka nań jakaś nagroda – czy to pieniężna, czy rzeczowa (tj. gra do recenzji). Ci, co piszą dlatego że lubią, bądź – o zgrozo – że potrafią, są na skraju wymarcia. Zazwyczaj oni wyskakują z pomysłem jakiejś grubszej inicjatywy. Potem zbierają ludzi chętnych do pracy, nie ukrywajmy zgłasza się niejedna osoba. Jednak inicjatywa pada, gdy się okazuje że trzeba wspólnie opłacić serwer czy na co innego wyłożyć pieniądz. Już nikt nie cieszy się z faktu, że zobaczy swój tekst w internecie, na stronie jakiejś, magazynie czy na płycie jakiegoś czasopisma. To nie te czasy. Dziś, żeby pisać, trzeba być opłacanym. Dlatego kwitną liczne portale o grach i inne tego typu twory. Co gorsza, wcale nie oznacza, że recenzent na pensji w portalu jest lepszy od tego darmoroba w zinie. Nie mówię niestety, a powinienem.
Naprawdę, jest słabo z zinami. I nie widzę szansy, by się poprawiło w najbliższym czasie. Z resztą, o czym tu mowa, skoro dziś wystarczy naobiecywać, wydać dwa numery i upaść, by stać się legendą. Potem reaktywować się co dwa kolejne lata, tym sposobem w ciągu dekady już można nazwać się mesjaszem. A ci co wydali ponad sześćdziesiąt numerów i upadli to sobie mogą iść do lamusa.
Ah, jedyne co dobre, to fakt, że udało się nam reaktywować GtaCenter. Heh. W trochę słabszej formie niż niegdyś, ale jest.
Jednak zostawmy internet i zajmijmy się innym medium – telewizją. W tym ubiegłym roku nie byłem zbyt częstym widzem żadnego z programów. I strasznie z tego zadowolony jestem. Naprawdę szkoda głowy na politykę (i tak szczęściem się uspokoiła trochę pod koniec roku wraz z wyborami) i nasze polskie pseudogwiazdy lansujące się w jakim programie tylko się da. Ostatnio przez tydzień zachodziłem w głowę w jaki sposób niejaka Frytka mogła stać się polską gwiazdą (?!?!?!??!?!?!) i – co lepsze – jak serwis o nazwie Pudelek mógł zszargać JEJ DOBRE IMIĘ. Dobre imię Frytki to jeden z lepszych dowcipów, jakie usłyszałem w 2007. Poza tym mamy – jak zwykle – wysyp marnych seriali. Z super emocjonującym Skazanym na Śmierć na czele. Gdyby bohaterowie uciekali przed stadem rozjuszonych, zielonych słoni to niewiele by się zmieniło w scenariuszu. I jeszcze strasznie mnie irytuje ciągnięcie w nieskończoność niezgorszego Pitbulla. Panowie, serial to jak guma od majtek – kiedyś pęknąć musi.
Kinematografia roku 2007 była tak porażająca, że zdołałem wytrzymać tylko trzy filmy – Transformersów Michaela Baya i Grindhouse duetu Tarantino-Rodriguez. Reszta? Jaka reszta? Poza tym oczy moje zająłem filmami starszej daty. Z lat osiemdziesiątych, siedemdziesiątych czy nawet sześćdziesiątych. Przy nich można się lepiej bawić.
W muzyce rok 2007 był taki sam jak pozostałe z ostatniej dekady. Naprawdę na rynku fonograficznym nie pojawiło się nic co by przykuło w znacznym stopniu moją uwagę i zajęło oba ucha. Co prawda Roger Waters wydał jednego singla z niezłą piosenką, ale do kiepskiego filmu. Nowy album Tangerine Dream to padaka. Pocieszenie przyszło z dalszą częścią roku – Katie Melua wydała przyjemne Pictures, a w grudniu pojawiły się dwa nowe wydawnictwa Vangelisa. Reedycja ścieżki dźwiękowej do Blade Runnera i całkiem nowy soundtrack do filmu biograficznego o malarzu El Greco. Ten drugi cholernie ciężki do zdobycia w naszym pięknym kraju. Z kolei zapowiedziane na rok 2007 nowe albumy Mike’a Oldfielda (Music of the Spheres), Rogera Watersa (Heartland) i Ricka Wrighta (instrumentalny o nieznanej jeszcze nazwie) jak widać nie ukazały się i automatycznie przesunęły na rok 2008. Niestety. No, zobaczymy co nam Brytyjczycy wyczarują. W ubiegłym, 2007 roku reaktywował się jeszcze zespół Led Zeppelin, bez Johna Bonhama co oczywiste. Czy to dobre co poczyniono, jeszcze się okaże.
Książki w roku 2007… Nowa książka? Nawet nie wiem skąd takie rzeczy brać. A i nawet starych książek w tym roku nie czytałem wiele. W domu już nie ma w zasadzie nic co przeczytać bym mógł (no, została jeszcze stara, wyryta na kamiennych tablicach książka kucharska), a biblioteka daleko i tam nie zawsze co ciekawego jest do podjęcia. Takie życie. Ale tak czy siak grubo przekroczyłem średnią polską.
Mimo, że ten rok był jaki był. A był dość słaby. Mimo to właśnie mógłby trwać jeszcze. Ile? Długo. Mógłby się w zasadzie nie skończyć. Dziwne, nie? Przemijanie. To straszne. Czas płynie i płynie. Jutro się staje dziś, dziś się staje wczoraj… Może kiedyś ktoś się jeszcze ze mną zgodzi, gdy dostrzeże że czas przepłynął obok niego. I będzie stał sam gdzieś, kiedyś i myślał z nostalgią – tamte chwile mogły by trwać i trwać. No, ale wy o to martwić się będziecie za lat dziesiąt. A ja już mam to teraz. Eh.
Ps. Ledwo rok 2008 się zaczął, a już się zawiodłem. Odwołali rajd Dakar, w którym zawsze chciałem wziąć udział… Bu. Co prawda oficjalnie nie będzie go tylko w tym roku, ale prawdopodobnie skończy się to całkowitym zamknięciem tej imprezy.
(Żeby uprzedzić tych, którzy z jęzorem na oślinionym czole biegną by wyzłośliwiać się i oskarżać, że ten tekst jest słaby, nudny, a autor to imbecyl – tak, macie rację.)

Dodaj komentarz