Wspaniała opowieść o sprawach psychosomatycznych
Historia, którą wam dziś przedstawię zdarzyła się bardzo dawno temu. Mniej więcej w okolicy lat poprzedzających wydanie przełomowego produktu jakim było Grand Theft Auto 3. Wierzcie lub nie, ale wszystek co tu stoi spisane wydarzyło się naprawdę, a postacie przedstawione w pełni prawdziwe i żyją - najprawdopodobniej - po dziś dzień.
Jak i wspominałem na początku, było upalne lato jednego roku końca lat dziewięćdziesiątych. Nowe milenium zbliżało się wielkimi krokami, ale nasz bohater zdawał się tego nie zauważać. Może przez jego dość konserwatywne podejście do życia. Może dlatego, że był księdzem katolickim i wszelkie wymysły o 2000-apokalipise czy innej pluskwie milenijnej nie robiły na nim żadnego wrażenia, gdyż po prostu w nie nie wierzył. Centrum miasta jak zwykle tętniło życiem, tłumy ludzi wlekły się po chodnikach w deszczu prażących promieni słonecznych i niezbyt miłej mgle zapachu ludzkiego potu. Każdy gdzieś się spieszył, każdy dyszał ostatkiem sił, ale mimo to pędził dalej ku swemu dzisiejszemu celowi. Większość ze zdziwieniem patrzyła na naszego bohatera - księdza - który to bowiem wolnym krokiem przechadzał się uliczkami w pełnym swym stroju służbowym - sutannie. Nasz ksiądz nie był już człowiekiem młodym, na twarzy rysowały się liczne zmarszczki. Siwe, krzaczaste brwi i nieco przerzedzone równie siwe włosy wskazywały że niejedno już w ciągu tych wielu lat przeżył. Z kolei zaś jego niemały brzuch mówił, iż nie żyje mu się biednie w tych stronach. Ksiądz w zamyśleniu przekroczył rzekę samochodów toczących się po ulicy i skręcił w mniej uczęszczaną, boczną alejkę.
Sznur licznych kamienic po obu stronach uliczki zdawał się nie mieć końca. Gdzieniegdzie na ławeczkach przesiadywali ludzie starsi, w kapeluszach chroniących przed słońcem i z laskami w dłoniach pozwalających oprzeć się grawitacji. Znacznie więcej było dzieci biegających co sił w tę i z powrotem, czy pluskających się w wodzie tryskającej z zepsutego hydrantu. Czas jakby tu nie płynął. Ksiądz wyrwał się na chwilę z zadumania by machnąć ręką poniektórym starszym ludziom, których najwidoczniej znał nie od dziś. Nie zatrzymywał się mimo to na pogawędkę. Najwidoczniej sam miał jakiś cel wędrówki, zupełnie jak niezliczony tłum koszul i neseserów tam w centrum.
Ksiądz stawiał krok za krokiem po rozpalonym chodniku. Coraz bliżej był swojego celu, coraz bliżej wypełnienia planu. Co nim kierowało nikt nie był w stanie powiedzieć. Jakaś żądza, może prymitywny instynkt, a może przekaz od Boga? Nie wie nikt, tego nie wie nikt… Ksiądz przystanął na chwilę, jakby coś olśniło jego umysł. Pomasował się bo brzuchu, sięgnął ręką do kieszeni swej sutanny i ruszył dalej. Teraz już był pewien. Tylko pewien czego?
Na horyzoncie, pod drzewem pojawiła się biała budka z otwartymi zielonymi drzwiami i, równie otwartą, parą okien. Stojący w kojącym cieniu drewniany budynek był dość sfatygowany, definitywnie przydałby się jakiś remont, nawet najmniejszy. W pierwszej kolejności wypadałoby na nowo obmalować całą strukturę farbą. A najlepiej dwa razy. Nad drzwiami wisiał równie podniszczony transparent oznajmiający ludziom przekraczającym próg, że wstępują właśnie do Królestwa Johna. Nasz ksiądz pchany jakąś przedziwną siłą zbliżył się do drzwi wejściowych. Nieśmiało przez nie zajrzał do środka, by po tym mocnym krokiem przez nie przestąpić.
Niepozorna z zewnątrz budka od środka jawi się jako zwyczajna budka z jedzeniem. Obok lady stoi ten sam co przez ostatnie piętnaście lat John, sprzedawca hot-dogów. Z początku była to jeno właśnie budka z hot-dogami, ale John nigdy nie gardził także sprzedażą hamburgerów czy innych dobroci fast-foodów. Pichcił właśnie na swym wiernym, stareńkim piecyku kolejną porcję mięsa, co by klienci dostawali zawsze gorący posiłek. John pasował wyśmienicie do tej scenerii - starej lady, starej kuchenki, starych nawet bułek które sprzedawał. Z jednego względu szczególnie - John też był stary. W przeciwieństwie do naszego księdza, John był szczupłym i wysokim sześćdziesięciolatkiem. Na łysej głowie naciągniętą miał śmieszną - chyba w założeniu firmową - czapeczkę w kształcie hot-doga. Na sobie zaś niósł wierny fartuch w czerwone pionowe paski. Znudzona pociągła twarz sugerowała, że dawno nie było u niego klienta.
Więc pewnie i ucieszył go widok przekraczającego próg księdza. Oderwał się szybko od piekarnika i przesunął o krok w stronę drzwi. Ksiądz zmierzył wzrokiem Johna, jakby szykował się do jakiegoś pojedynku. Podszedł bliżej lady i oparł się o nią dłońmi. W tym czasie John już wiedział co rzeknie na ten widok. Otworzył swe usta i z trudem wycedził swoim spracowanym głosem starego człowieka “Ile i z czym?” - Najwidoczniej John wiedział już po co ksiądz go odwiedził. I zapewne odwiedzał go już nie jeden raz. Ksiądz milczał. Milczał, bo najwyraźniej zastanawiał się co odpowiedzieć na zapytanie Johna. Mimo długiego dumania w drodze tutaj nie zdążył się zdecydować. A może myślał o czymś innym? Wszystko trwało ułamek sekundy, ale im dwóm czas płynął znacznie wolniej. Wreszcie ksiądz otworzył usta. Chciał już coś rzec, ale zawahał się. Stał tak przez chwilę z rozchylonymi wargami, aż wreszcie zmusił się do wydobycia ze swoich strun głosowych dźwięku. Słowa, wypowiedział niskim, basowym głosem - “Jeden ze wszystkim”.
I ot, koniec tej przejmującej historii. A teraz ta sama opowieść w pierwotnej wersji:
Wchodzi ksiądz do budki z hot-dogami. Facet od hot-dogów mówi - “Ile i z czym?”. A ksiądz na to - “Jeden ze wszystkim”.

Napisz odpowiedź