header image
 

Tangerine Dream - Madcap’s Flaming Duty

Tangerine Dream to klasyka krautrocka i muzyki elektronicznej. Kto nie słyszał choćby jednego ich utworu, niechaj się wstydzi i schowa pod stołem, o! (i niech mnie który spróbuje to nazwać technem to umierać będzie w katuszach przez siedemdziesiąt dwa dni, a jego ciało rozpuszczę w kwasie, Grrrr!)

Dla mnie osobiście, i części twardogłowych fanów zespołu, Tangerine Dream skończyło się w 1987 roku w momencie burzliwego odejścia Chrisa Franke i przejęciu przez Edgara Froese całkowitej władzy nad kierunkiem rozwoju grupy. To co od dwudziestu lat Edgar wyczynia z nazwą Tangerine Dream miejscami niemal zakrawa o herezję, a mimo to sięgnąłem po jego nowy album głównie ze względu na tematykę tegoż - oddanie czci zmarłemu w ubiegłym roku Sydowi Barrettowi.

Froesemu po raz kolejny zamarzył się album z wokalem (co w historii TD zjawiskiem jest dość rzadkim), lecz nie ma tutaj - jak podpowiadałaby logika - utworów autorstwa Syda Barretta. Froese postanowił bowiem, że nagra płytę z tekstami poetów, którzy tworzyli jedynie w młodym wieku bądź w różny sposób przedwcześnie zeszli z tego świata. A jako, że sam ze śpiewem nieco kuleje, do współpracy zaprosił Chrisa Hausla.

Madcap`s Flaming Duty to siedemdziesiąt minut elpopu - połączenia muzyki elektronicznej ze stricte popowym wokalem. Trzeba przyznać, że dość średnio udane siedemdziesiąt minut. Cały album utrzymany jest w bardzo, bardzo nostalgicznej konwencji. Największy na to wpływ ma melancholijna barwa głosu Chrisa Hausla. W samym tym fakcie nie ma nic złego, słucha się go dość przyjemnie, ale… Płyta jest po prostu za długa i zbyt monotonna. Po góra trzydziestu minutach człek już zapomina o z lekka nudnawej muzyce sączącej się w tle. Kolejne utwory zlewają się w jedno i tak naprawdę nic z albumu w głowie nie zostaje.

Z całego Madcap`s Flaming Duty zawierającego dwanaście utworów zapamiętałem jedynie dwa - początkowe Astrophel and Stella i znajdujące się gdzieś przy końcu Lake of Pontchartrain. I przyznać muszę, że utwory są to świetne. W zasadzie jeno dla nich warto przesłuchać MFD (choć ostrzegam tych, którzy będą próbować - dla mnie ostatnie piętnaście minut tego albumu zawsze jest gehenną). Tak, warto przesłuchać… Ale nie ortodoksyjnym fanom Tangerine Dream. Ci naprawdę nie mają czego tu szukać, bo i zupełnie niewiele zostało z tego za co uwielbiało się dawne TD. Jedyna część instrumentalna to pierwsze minuty Astrophel and Stella i nic poza tym. Nie ma tu dzieł pokroju Force Majeure czy Stratosfear. Również nowy album blado wypada na tle Cyclone i Tyger (pozostałe albumy TD z wokalem) - jest co najmniej o dwie klasy od nich słabszy. Prawdę mówiąc pomyłką jest w ogóle podpisywanie Madcap`s Flaming Duty, bądź co bądź, znakiem firmowym jakim jest Tangerine Dream. Bardziej adekwatna byłaby nazwa Edgar Froese & Friends… No, ale Edgar też chce zarobić.

Oj Edgar Froese dryfuje z Tangerine Dream po niebezpiecznych wodach i aż strach, bo nie wiadomo co mu do głowiny wpadnie następnym razem. Ten krok w stronę elpopu zupełnie się nie powiódł. A i okładka brzydka. Jeżeli chodzi o ten gatunek lepiej wybrać klasyczny duet Jona Andersona i Vangelisa. W skali dziesięciopunktowej Madcap`s Flaming Duty zasługuje wyłącznie na 5 i ani plusa więcej. Aczkolwiek, jeżeli jesteś ortodoksyjnym fanem dawnego Tangerine Dream obniż sobie ocenę do 2+, no może w porywach i w wesołe czwartki tylko do 3…

01. Astrophel And Stella
02. Shape My Sin
03. The Blessed Damozel
04. The Divorce
05. A Dream Of Death
06. Hear The Voice
07. Lake Of Pontchartrain
08. Mad Song
09. One Hour Of Madness
10. Man
11. Hymn To Intellectual Beauty
12. Solution Of All Problems

Rok nagrania: 2007

~ autor tedeward w dniu listopad 9, 2007.

Napisz odpowiedź