Pink Floyd - Obscured by Clouds
3 maj 2007
Dziś bez przydługich wstępów, ani tym bardziej pseudointelektualnych dywagacji na tematy związane z niczym sensownym. Ot, dziś przejdę co celu, sedna tudzież meritum krótkim, acz zachęcającym do dalszej lektury słowem. Bulba.
Nadzieję mam cichą, że nie trzeba przedstawiać z osobna tak znaczącego zespołu jakim jest Pink Floyd. Brytyjska supergrupa, jeden z najważniejszych zespołów w dziejach, kamień milowy, etcetera, etcetera… Czymże byłaby dzisiejsza muzyka bez “The Dark Side of the Moon”, “Wish You Were Here” czy “The Wall”? (pewnie płatkami śniadaniowymi, bo i czym?) Ale, ale. Dziś nie będzie ani słowa więcej o żadnym z tych albumów. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta - to nie wpis o nich.
Zaskakujące, prawda? Tytuł - ten tekst pisany większą czcionką - ukazuje prawdziwe oblicze tego co zaraz się wydarzy. Otóż dziś przedstawić chciałem właśnie “Obscured by Clouds”. Przez te wszystkie lata słuchałem go może raz - problemem była tu kaseta magnetofonowa, która nie jest już zbyt przyjaznym nośnikiem dźwięków - acz gdy trafił do mnie w wersji cyfrowo-komputerowej dość szybko zawładnął playlistą. “Obscured by Clouds” zostało wydane w 1972 roku jako soundtrack do filmu “La Vallee” i przyznam że tego obrazu nie widziałem, ale nie odczuwam z tego powodu jakichkolwiek wyrzutów sumienia.
Nie będę ukrywał, że przez krytyków i fanów album ten nie był zbyt przychylnie oceniany. Z resztą nie dziwne to, wszak dziesięć zawartych tu utworów powstało zaledwie w kilka dni i do tego w dość szybkim tempie. Pewnie niektórych dopadnie myśl, że w ten sposób wartość artystyczna dzieła niepomiernie spadła - i pewno mają rację, ale to nie zmienia faktu, że melodie tu zawarte są sympatyczne, wpadają w ucho i - co najważniejsze przecież - mnie się podobają. Znaczną rolę odgrywają tu utwory instrumentalne i choć należą do tych krótkich, trwających od trzech do pięciu minut (gdzie im tam do choćby Atom Heart Mother) to słucha się ich bardzo miło. Szczególne uznanie należy się za pierwsze”Obscoured by Clouds” i ostatnie “Absolutley Curtains”, które, gdybym nie miał podpisane, nigdy bym nie zgadł, że to Pink Floyd.
Pozostałe część płyty, ta ze śpiewem, też prezentuje się całkiem miło. Polecić mogę choćby “Free Four”, które przy akompaniamencie wesołej melodii ukazuje, jakże optymistyczne, przesłanie całej płyty - “Life is a short, warm moment, and death is a long cold rest”. Niektórzy twierdzą, że część kompozycji niby bardzo podobna do twórczości Beatelsów, ale mnie to nie przeszkadzało bo Lennona i jego kolegów nie słucham (jak dotąd). “Obscured…” wydany został na rok przed “The Dark side of the moon”, lecz mimo to bardziej wpasowuje się w twórczość wcześniejszą z lat 68-70. Czyli coś w sam raz dla fanów wczesnych Floydów.
Zgadza się, że Floydzi mieli lepsze albumy. Zgadza się, że “Obscured by Clouds” na tle innych nie wypada bosko. Ale zgadza się też, że są to czterdzieści minut godnej polecenia, lekkiej muzyki.

Napisz odpowiedź