Vangelis - Spiral (Merlin.pl)
1 maj 2007
Na dniach planowałem lekką reorganizację zawartości pseudoblogu, lecz po czasie stwierdziłem, że nie ma to najmniejszego sensu, gdyż po jej przeprowadzeniu z mojej chlubnej nazwy musiałoby pozostać wyłącznie “pseudo-”. Toteż (uwielbiam to słowo) pozostałem przy obecnej łatwej w nawigacji i może nieco chaotycznej formie. Formie, która pozwala mi od czasu do czasu pojawić się na liście stu najczęściej odwiedzanych blogów polskiego WordPressa (chwalę się, a co!).
Zabiegi te, choć co prawda nieudane, opóźniły nowe wpisy, ale postaram się to jak najszybciej nadrobić. Mniejsza jednak o sprawy organizacyjne, bowiem dziś znów o Vangelisie, jednak mimo to nie będzie pochwał ani jęków zachwytu, o nie! Co powodem tego? “Spiral”, ot co.
Moim, nie zawsze skromnym zdaniem czwarty solowy album greckiego muzyka nie jest tym czego można by się spodziewać po wydanych wcześniej płytach - świetnym “Heaven and Hell” i bardzo dobrym “Albedo 0.39″ (o tym w innym czasie). “Spiral” to typowy spadek formy po lepszym okresie, który owszem jest znośny dla ucha, ale zarazem na tyle słaby by szybko o nim zapomnieć. Album jest kolejnym po “Albedo 0.39″ tworze o charakterze futurystycznym i o ile poprzednia płyta spełniała swą rolę znakomicie, o tyle “Spiral” zdaje się być niczym ponad sen marnego wizjonera. Może i w 1977 roku dźwięki wykorzystane przez Vangelisa brzmiały jako obietnica nietypowej przyszłości. W moim odczuciu upływający czas zabił ten album. Na śmierć.
Z liczby pięciu utworów powyżej średniej plasuje się zaledwie jeden, w porywach dwa - tytułowe “Spiral” (niezgorsze, szczególnie na tle pozostałych) oraz “To Unknow Man”. I to w zasadzie tyle, bo resztą zainteresują się fanatycy bądź masochiści (czt. ja i ja). Takie “Ballad” na ten przykład, mógłbym jeszcze zaakceptować gdyby nie te jęki przypominające pohukiwania głodnego muppeta przewijające się przez cały utwór. “Dervish D” zaś przypomina mi melodie z gier na Pegasusa - tam się by się sprawdziła, tutaj jednak niestety nie bardzo. Pozostaje jeszcze “3+3″, którego na tę chwilę już nie pamiętam… Może to i lepiej?
Album może się podobać, ale jedynie tym, którzy lubują się w tego typu melodiach. Szczerze nie polecam znającym Vangelisa jedynie z soundtracku do Rydwanów Ognia, oj tak. Ja sam wracać będę jedynie do utworu tytułowego, bo i dość ciekawy, ale to też nieczęsto. Lepiej przesłuchać Albedo 0.39.

Napisz odpowiedź