header image
 

Vangelis - Heaven and Hell (Tedi.u2.pl)

15 kwiecień 2007

Tydzień zastoju. Nie żebym znowu nie miał czasu co napisać, po prostu nie pałałem aż taką potrzebą ażeby z kimś się czymkolwiek dzielić. Tako z kolejnym końcem tygodnia, zwanym niekiedy z obca łikendem, postanowiłem wyskrobać coś zdatnego do przeczytania przez zwykłego, w miarę trzeźwo rozumującego internautę. Wiele jest powodów tego, ale główny to taki aby mi się spamu nie zalęgło znowu na pseudoblogu, a co lubuje się czynić po dłuższej jego nieaktywności. Zresetowałem swoje konto na Last.fm (którego substytut wybadać można z prawej strony w podmenu Muzyka), a przeglądając dokładniejsze statystyki zaradni spostrzegą, że wśród ulubionych utworów na chwilę obecną królują dwa zgoła podobne do siebie tytuły.

Album, który przedstawię w dzisiejszym wpisie nosi, jakże niespodziewanie, tytuł “Heaven and Hell” i jest drugim studyjnym dziełem greckiego kompozytora Vangelisa, o którym mowa była już przy okazji zeszłotygodniowej pseudointelektualnej gatce muzycznej. Tym razem cały album to w zasadzie jedna czterdziestominutowa suita jeno tylko ze względów technicznych podzielona na dwie części. Cóż czynić, w 1975 roku winyl był szczytem technologii, a na jednej ze stron mieścił nie więcej niż nieco ponad dwadzieścia minut muzyki.

“Heaven and Hell” to, jak dość łatwo wydedukować, dźwiękiem nakreślony obraz piekła i nieba, który zrodził się w umyśle Vangelisa. Grek odchodzi tutaj od koncepcji rocka progresywnego na rzecz melodii zbliżonej do muzyki klasycznej mieszając przy tym niebo z piekłem w jedno i otrzymując klimatyczne dzieło zaliczane do najlepszych w jego karierze. Jak w każdej suicie te dwa, rzekłbym nawet, rozdziały podzielone są na kolejne mniejsze części. “Heaven and Hell (part one)” kończy pod-utwór “So Long Ago, So Clear”, który jest jedyną kompozycją zawierającą warstwę liryczną. A głosu na nim użycza nie kto inny jak Jon Andreson - wokalista zespołu Yes, a także wieloletni kompan Vangelisa (W tamtym okresie planowano też by Vangelis dołączył do Yes, lecz - jak wiemy dziś - nic z tego nie wyszło). Wszystko to tworzy ciekawą i barwną kompozycję, miejscami cichą i spokojną by w chwilę później zaatakować agresywnymi szybkimi wstawkami. Miód.

“Heaven And Hell” to naprawdę kawał świetnej muzyki, muzyki dla cierpliwych. To nie trzy minuty i chwytny rym w zasadzie nic nie znaczącym tekście. H&H to czterdzieści minut, których urok poznaje się dopiero po głębokim wsłuchaniu się weń. Polecam, ale pewno i tak to zignorujecie.

~ autor tedeward w dniu kwiecień 15, 2007.

Napisz odpowiedź