header image
 

Vangelis - Earth (Tedi.u2.pl)

Po krótkiej przerwie spowodowanej lekką niechęcią do robienia czegokolwiek postanowiłem dodać wreszcie jakąś nową notatkę, tudzież wpis na moim chlubnym pseudoblogu. Chciałbym kontynuować to, co zapoczątkowałem w styczniu publikując pseudo-przemyślenia na temat płyty Marillionu i dziś przedstawić Wam kolejny album, w który swego czasu się zasłuchiwałem.

“Earth” - bo o tym albumie będzie mowa - jest oficjalnym rozpoczęciem solowej kariery greckiego muzyka i kompozytora Vangelisa. Choć artysta (tutaj jeszcze podpisujący się swoim prawdziwym nazwiskiem Evangelos Odysseas Papathanassiou) zaliczany jest jako twórca muzyki elektronicznej, to “Earth” wydany w 1973 roku bardziej wpasowuje się w nurt rocka progresywnego, czasem też zahaczając o stylizację stosowaną w gatunku muzycznym zwanym New Age. Mamy także dużą jak na Vangelisa ilość kompozycji, w których pojawia się warstwa liryczna (sześć z wszystkich dziesięciu utworów), która w “We were all uprooted” i “A song” przybiera formę opowieści relacjonowanej za pomocą nie śpiewu, a narracji. Szczególnie dobrze wypadło to w drugim utworze na tle wokalizy Roberta Fitoussiego. Sam Vangelis w całej swojej karierze bardzo rzadko uwieczniał swój głos na płytach, tak i na “Earth” go nie usłyszymy.

Tworząc pierwszy solowy album Vangelis czerpie wiele z muzyki (jak dla mnie) dość orientalnej (choćby w utworach - znów “We were all uprooted” czy “Sunny Earth”) , może to i elementy greckiej muzyki ludowej (tudzież narodowej), ale pewien nie jestem bo i na greckiej muzyce ludowej się nie znam. Oprócz tego pojawiają się też bardziej klasyczne kompozycje jak gitarowe, stanowiące swoiste intro, “Come on”. Przez dłuższy czas bardzo miło słuchało mi się “Earth” jednak, gdy tylko zdobyłem kolejne nagrania Greka album ten został wyparty z playlisty i jak do tej pory oczekuje na chlubny do niej powrót.

“Earth” to bardzo dobry album, jednak nie najlepszy w dorobku greckiego kompozytora. Co prawda jeżeli ktoś chciałby rozpocząć przygodę z muzyką Vangelisa mógłby zacząć właśnie od tej płyty, ale osobiście polecałbym bardziej, na miły początek, ścieżkę dźwiękową z filmu “Chariots of Fire” bądź wydane w 1995 roku “Voices”.

~ autor tedeward w dniu kwiecień 5, 2007.

Napisz odpowiedź