header image
 

Przypowieści Świata Zysku - Trzecia Wieża cz.1 (remake)

25 luty 2007

Schludniej i wygodniej:
“Zbiór opowiadań nijakich”

Słońce majestatycznie chyliło się ku zachodowi pogrążając całe miasto w odcieniach pomarańczy. Ostatnie promyki z trudem przedzierały się przez widoczne na horyzoncie wierzchołki drzew zagórzańskiego lasu. Jeszcze parę minut i dzień definitywnie dobiegnie swego kresu ustępując miejsca nocy. W tej samej chwili kilka osób szybkim krokiem zbliżało się do zrujnowanego budynku leżącego na południe od miasteczka. Ta stara rezydencja z gnijącymi ścianami i powybijanymi oknami niegdyś należała do pewnego tragicznie zmarłego potentata naftowego. Wielki krach w latach dwudziestych doprowadził do załamania nerwowego nafciarza, który wreszcie pewnego niedzielnego popołudnia strzelił sobie w głowę z rewolweru drugą ręką jedząc podwieczorek złożony z ulubionego budyniu waniliowego. Willa od tamtej pory stała zupełnie niezamieszkana. Od kiedy służba w panice opuściła dawne miejsce pracy nikt tam nie zaglądał - bo i ponoć dom miał być nawiedzony. Toteż wnętrze i wystrój w większości zachowały się bez zmian, obrosły jeno kurzem i pajęczynami.

Piątka chłopców zwolniła kroku dochodząc do dwuskrzydłowych drzwi będących zarazem wejściem do rezydencji. Wcześniej z trudem przepełzli pomiędzy kolczastymi krzewami, które porastały budynek dookoła. Jako, że wszyscy ubrani byli w krótkie spodenki, nogi poharatane badylami i pogryzione przez komary swędziły ich niepomiernie. Umysł bardziej spostrzegawczy mógłby zauważyć, że od dłuższego czasu ktoś ich śledzi, a raczej „coś”…
- To co? Zaczynamy naszą zabawę? - zapytał najniższy z nich.
Oprócz zadającego pytanie Roberta do pięcioosobowej paczki należał też wysoki jak na swój wiek Tomek, typowy przykład dupka, niczym nie wyróżniający się Franek, Marek, który myślał, że jest fajny i Piotrek, przez swoje gabaryty zwany Grubym.

- Nie wiem, poczekajmy aż będzie naprawdę ciemno.
- A ty co Marek? Ty tu dowodzisz? - zaśmiał się niskim głosem najwyższy Tomek. - No, ale poczekać możemy. Będzie straszniej.
- Wiecie co? Ja. Ja rezygnuję.
- No daj spokój Gruby. Nawet tak nie mów!
- Robert, nie nazywaj mnie gruby!
- Jesteś gruby i nic tego nie zmieni! - dorzucił milczący dotąd Franek szturchając Piotrka w brzuch. Miał rację, Gruby był za gruby o jakąś połowę. Gdy inni ważyli około sześćdziesięciu kilogramów on miał na liczniku dwa razy tyle - sto dwadzieścia.
- Cykasz się tłusta dupo? - zapytał drwiąco Tomek.
- Pewnie, że nie!
- I tak ma być.
Teraz można już było usłyszeć kroki „gościa”, był coraz bliżej. W końcu bujne, kolczaste krzaki rosnące nieopodal zaczęły drgać, a w chwilę po tym dostały wręcz epileptycznych konwulsji.
- Krzz..
- Co? - zwrócił uwagę na jęk Marek.
- Krzzaaa…
- O kurczę, Robert jąka się tylko wtedy, gdy się przerazi… - przypomniał im Franek.
- Krzzzaaaa… ki!
- Krzaki? O Kurde!
- Co to?! - wrzasnął Gruby.
Chłopcy zaczęli krok po kroku cofać się tyłem w stronę drzwi. Tomek pierwszy ich dopadł wtulając się w nie jak w poduszkę. Ktoś krzyknął. „Gość” się ujawnił.

***

W chwilę później wszystko było już, mimo pory dnia, najzupełniej jasne. Teraz, do piątki gniewnych młodzieńców dołączyły dwie kolejne, dużo mniejsze postaci.
- Ja się bałem? Ja? To Marek krzyknął!
- Słuchaj, to była reakcja alergiczna taka. A ty Robert wcale nie byłeś lepszy!
- Zamknijcie się obaj, wszyscy byliśmy przestraszeni! - uciszył ich Franek.
- Trzeba lepiej wymierzyć sprawiedliwość tym dwóm patałachom - dodał Tomek wskazując na dwójkę pięcioletnich chłopców stojących przy krzakach.
- Mozemy się z wami bafić? - spytał jeden z nich, ubrany na różowo. A w rękach trzymał pluszową zabawkę. Najprawdopodobniej była odwzorowaniem Popey’a.
- A idź, nie chcemy tu brzdąców!
- Plosseeee…
- Tedi, mówię drugi raz, spieprzaj! Zabierz swojego kumpla Bandiego i spadajcie obaj. Do piaskownicy gdzie wasze miejsce. - Tomek zelżył chłopców.
- No, albo cię znowu wywiesimy za nogi przez okno. - przestrzegł go Robert.
- Nie lubie was, choć Stasiu iciemy. - obydwaj mali schylili się, by przejść pod ciernistymi krzakami. Tomek energicznie podbiegł do Tediego i kopnął go prosto w wypięty zadek.
- Sza czo?
- Za jajco! - starsi wybuchli śmiechem.
Gdy pięciolatków już nie było widać, a słońce ostatecznie znikło za widnokręgiem padło długo wyczekiwane pytanie.
- Dobra, dobra. Jak dla mnie jest wystarczająco ciemno. Wchodzimy?
- Okej Robert, pomożesz mi otworzyć te drzwi.
- Ja chwycę tutaj, a ty Tomek tam. I ciągnij.
- Wiecie co? Ja nadal nie jestem do końca pewien.
- Gruba beko, zawrzyj swoją paszcze, bo jeszcze nas wszystkich połkniesz i nawet nie poczujesz. A teraz właź! - wykrzyczał Tomek próbując jednocześnie pokonać nadgnite wrota.

***

Wejście do środka nie sprawiło zbyt wielu kłopotów, uchylili nieco jedno skrzydło, a przez powstałą szparę jakoś udało im się przecisnąć. Jedynie Gruby miał trochę problemów. „Mogliśmy cię wcześniej wazeliną wysmarować” - skomentował ten fakt, jak mu się wydawało bardzo żartobliwie, Franek. Dla spotęgowania atmosfery, postanowili zlikwidować wejście, którym się tu dostali i ustawili drzwi na swoje pierwotne miejsce. Trudno było się zorientować, co tak naprawdę kryło się w wielkim holu. Było tak ciemno, że ledwie widzieli siebie nawzajem, a co dopiero mówić o dostrzeżeniu przedmiotów leżących dalej.
- Macie latarki?
- Pewno.
- To zapalcie. - nakazał nieformalny przywódca - Tomek.

Mrok rozdarły pojedyncze snopy światła. Teraz mogli uchylić nieco rąbka tajemnicy oświetlając ciekawsze elementy pomieszczenia. Marek skoncentrował się na ogromnych pajęczynach w rogu, a Robert upodobał sobie stare meble oraz obraz byłego właściciela. Mężczyzna z portretu spoglądał na nich demonicznie, tak jakby zły był, że weszli do jego rezydencji bez pozwolenia. Grubemu zdało się, że facet zaraz zlezie ze ściany i ich wszystkich pozabija.
- Ueh. Dziwak na tym obrazie. Rozdzielamy się. Kto będzie szukał?
- Grubas. - wyskoczył z propozycją Tomek.
- Nie! Ja nie! Nie!
- Gruby, no daj spokój. Chyba się nie boisz!
- Proszę, Tomek! Nie tylko nie ja! Nie!
- Dobra, zagrajmy w taką grę - zdradliwie uśmiechnął się Marek - Ten kto jest najgrubszy, ten szuka.
- Ha! Grubas, ty jesteś tak gruby jak wysoki! Szukasz! - zaśmiał się Tomek.
- To nie fair!
- Masz rację, ja będę szukał. - Wyratował grubasa z opresji Franek.
- Uff… - Piotrek odczuł szczerą ulgę na sercu.
- Frajer żeś Franek, wiesz?
- Wiem, Robert, wiem… No, no. Uciekajcie. Ja gaszę latarkę, liczę do stu i szukam. Rozdzielcie się. Już.
- Okej, zaczynaj!
- Jeden, dwa, trzy cztery…
Chłopcy rozbiegli się na wszystkie strony jak najszybciej tylko potrafili. Po chwili w holu pozostał tylko liczący Franek, reszta penetrowała mroki opuszczonej rezydencji.

***

Gruby podążał długim korytarzem kierując światło latarki na mijane obrazy. W większości przypadków zdawało mu się, że postacie na nich przedstawiane bez przerwy w niego się wpatrują knując jakąś mroczną intrygę. Nie chciał oglądać tych malunków, ale coś nie pozwalało mu nie oświetlić kolejnego obrazu - jakaś podświadoma siła kierowała jego ręką. Ku radości korytarz się skończył, ale ironia losu sprawiła, że dotarł do pokoju pełnego wypchanych zwierząt. Z każdego zakątka sali wlepiały w niego swe ślepia martwe od lat stworzenia. Niedźwiedź w dumnej pozie szczerzył swe ogromne kły, dzik wywalił wielki ozór i bez cienia radości wisiał na jednej ze ścian. Jeno łeb łosia pustymi oczyma jakby z wytęsknieniem spoglądał przez okno na pobliski las. Ten smutny widok zadziałał na Grubego mobilizująco - przyspieszył kroku jeszcze bardziej. Wyszedł z przerażającego pomieszczenia szukając miejsca na kryjówkę w innej części budynku. Lecz z minuty na minutę światło latarki rzucało coraz bardziej złowrogie cienie. Jego umysł zmieniał ich kształty w najróżniejsze potwory i demony. Wszędzie dookoła otaczały go przebrzydłe kreatury rodem z horrorów, ale już po drugim spojrzeniu okazywało się, że nie są one niczym ponad wieszak czy inny mebel. Momentami chciał wyskoczyć przez okno, ale spostrzegł, że większość z nich szczelnie zabita jest deskami. To dziwne, gdyż patrząc z zewnątrz zdawało mu się, że wręcz przeciwnie - wszystkie są powybijane i można dowolnie przez nie wchodzić i wychodzić.
W jednej chwili napadła go straszna myśl - Gruby zorientował się, że zupełnie nie ma pojęcia jak wrócić do miejsca, którym tutaj wszedł. W chwilę po tym, jego latarka przestała świecić…

***

Dziewięćdziesiąt osiem, dziewięćdziesiąt dziewięć, sto! Szukam! - Franek krzyknął jak tylko najgłośniej potrafił i włączył swoją latarkę.

***

Gruby próbował różnych sposobów na ponowne uruchomienie latarki, jednak żadne nie skutkowały. Problemem nie mogły być baterie, przecież sam kupił nowe specjalnie na tę oto okazję. Po omacku udało mu się trafić do jaśniejszego pomieszczenia. Postanowił wcisnąć się w kąt i tam na kogoś poczekać. Otaczały go obdarte ściany - wcześniej musiała być na nich jakaś tapeta, ale wilgoć i czas spowodowały, że po prostu pewnego dnia odpadła. Gdzieniegdzie tylko wyłoniły się nagie cegły, a na jednej z nich dość widoczny punkt - coś na kształt dziury po kuli. W pomieszczeniu, które oglądał właśnie gruby stał ogromny stół nakryty postrzępionym obrusem i bogato zdobioną zastawą stołową. Wszystko wyglądało tak jakby ktoś tuż przed obiadem porwał wszystkich domowników. Gruby usłyszał jakiś szept w pomieszczeniu obok, z wolna zbliżył się do drzwi i…
- Buu! Gruby!

To byli jego niechlubni współtowarzysze zabawy. Uwielbiali się nabijać z Grubego i w zasadzie tylko dlatego znalazł się w ich paczce. Potrzebowali jakiegoś grubasa by móc wyładowywać swe frustracje. Mimo to, iż owy szept i krzyk nie były sprawką sił nadprzyrodzonych, a jedynie nieudolnym wybrykiem jego koleżków, to i tak Gruby zaczął biec przed siebie nie patrząc dokładnie dokąd ucieka. Wykrzykiwał przy tym przeraźliwie zrozumiałe tylko dla siebie słowa. Wbiegł po schodach na kolejne piętro i skierował się znajdującym się tam korytarzem do drzwi znajdujących się na jego końcu. Trafił do jednej z wielu sypialni. Najważniejsze miejsce zajmowało tu ogromne zakurzone łoże z baldachimem, obok stała niewielka komoda, a w rogu przy drzwiach spora trzydrzwiowa szafa. Bez namysłu postanowił, że ukryje się właśnie w tym ostatnim meblu. Ominął więc wszystkie inne przeszkody i uchylił jedno z drzwiczek. Do wszystkich przegród bez większego problemu weszłoby pięć dorosłych osób, gołym okiem widać było, że szafa ta nie należała do najtańszych. Gruby wybrał przegrodę środkową, skulił się i wcisnął w jej najdalszy kąt.

Tymczasem nocne niebo przykryło stado ciemnych chmur. Zaczął padać deszcz.

***

Piotrek już spory kawał czasu spędził w tej szafie, zdawało mu się nawet, że cała wieczność minęła od wejścia do tego przeklętego budynku. Aby zwalczyć strach myślał jedynie o rzeczach przyjemnych, które doświadczył w ostatnim czasie. Nie było ich zbyt wiele. No, może poza tym jak jego matka ostatnio upiekła ciasto z jabłkami. Zawsze je uwielbiał. W pewnym momencie Gruby usnął. Śnił mu się ojciec, którego potrącił autobus.
- Co? Jest tu ktoś? - spytał sam siebie po tym jak wyrwał go ze snu dziwny dźwięk - Kto tam? To znowu wy? Cholera, dajcie mi spokój!
Jednak nie był to Robert, Marek, Tomek, ani nawet Franek. Tym razem szept, który słyszał miał zupełnie inny pogłos, przerażający, ochrypły. Zjeżyły mu się wszystkie włosy, jakie miał na swym ciele. Zebrał w sobie odwagę i zacisnął pięści gotując się do ataku. Nagle spostrzegł zasuwkę u dołu drzwiczek, dla bezpieczeństwa zamknął się w szafie od środka.

Na niebie pojawiła się ogromna błyskawica, która na krótką chwilę połączyła niebo z ziemią. Chwilę po tym nastąpił donośny grzmot, krzyk i cisza. Burza ustała.

***

Minęło pół godziny, gdy Franek odnalazł kryjówki Tomka i Roberta. Teraz stojąc w jednym z wielu korytarzy we trzech zastanawiali się, gdzie podziała się reszta ich paczki.
- Cholera, gdzie ten Grubas się ukrył?
- Robert, nie martw się o niego, poszukajmy lepiej Marka.
- A co z grubym? - spytał Franek.
- Pewnie zapadła się pod nim podłoga i wpadł do piwnicy. Niezły z niego spaśluch, wszystko możliwe. - odpowiedział Tomek po czym wybuchł swoim specyficznym śmiechem.
- Patrzcie! Tam! Tam na górze! Na końcu schodów.
- Robert, co to?
- Ktoś leży! - trójka chłopców wbiegła po schodach. Leżącym tam osobnikiem okazał się nie kto inny jak Marek. Dla trzech chłopców najwyraźniej zdawał się być już martwym.
- Ja pierniczę! To Marek! Co mu jest?
- Może nie żyje? Chyba…
- Tomek, wypluj te słowa!
- Spieprzajmy stąd, bo nas o morderstwo posądzą! Ja nie…
- Nie panikuj Robert, nie panikuj! Lepiej sprawdź czy żyje.
Ta rada zdała się Robertowi całkiem mądra, toteż pochylił się nad leżącym Markiem w poszukiwaniu szyi. Chciał sprawdzić mu puls, choć za cholerę nie wiedział jak się to robi. Marek jednak szybkim ruchem ręki złapał swojego kolegę za grdykę i zaczął go dusić.
- Pomocghh gh hg hrrr… – Robert na przemian charczał i się dusił. Sekundę później Marek zwolnił ucisk i jednocześnie zaczął tarzać się po brudnej podłodze śmiejąc się tak głośno jak nigdy dotąd. „Frajerzy!” - zdawało się, że wrzeszczał przez śmiech. Najwyraźniej myślał, że to bardzo zabawny żart. Jednak reszta grupy nie podzielała jego zdania.
- Ty gnoju! - krzyknął Robert - wal się leszczu, już ci nigdy nie pomogę. W niczym!
- Frajerzy!
- Zamknij się dupku, musimy teraz Grubasa znaleźć, nikt go nie widział od dwóch godzin. Od wtedy, gdy go przestraszyliśmy. - przywrócił go do porządku Tomek. Lecz nie na długo, bowiem Marek znów wybuchł śmiechem po swoim przezabawnym komentarzu:
- Zapadł się pod ziemię!
- Dość tych żartów. Trzeba go znaleźć, bo inaczej będziemy mieć przesrane. - uciszył wszystkich Franek -

Zaczniemy od tego korytarza, o ten pokój zdaje się być otwarty.
Chłopcy weszli do pomieszczenia z wielkim zakurzonym łożem. Obok stała niewielka komoda, a w rogu przy drzwiach sporych rozmiarów szafa. Na drewnianym wykończeniu łóżka Franek dostrzegł ślad odbitej dłoni. W pierwej chwili pomyślał, że to mogłaby być krew, ale po dokładniejszych oględzinach odcisk okazał się mieszaniną kurzu i potu. Kształt pasował jedynie do nie tak chudej ręki Grubego, dlatego wywnioskowali, że zguba musiała tutaj swego czasu przebywać.
- Może siedzi w tej szafie… - głośno myślał Franek - Ej, tam chyba jest podobny odcisk.
- E tam, jak na moje oko to by się nie zmieścił. - skomentował Robert.
- Ale sprawdzić warto… - Marek począł sprawdzać po kolei każde z drzwiczek. Logicznym jest, że za drugą próbą trafił na feralną środkową przegrodę. - U, zamknięte. Pewnie tam siedzi.
- Gruby! Wyłaź! - Tomek i Franek zaczęli wrzeszczeć i stukać w ściany szafy.
- Pewnie się zaciął i wstydzi się przyznać. Tomek i Marek, weźcie te drzwi wyważcie, czy co.
- Ale jak Robert, jak?
- Tomek, chodź, weźmiemy tak jakoś…
- Eh, tyle zachodu o jakiegoś durnego Grubasa. Dawaj Marek.

Siłowali się z drzwiczkami parę dobrych minut, chwilami pomagał im Robert i w końcu udało się jakimś sposobem wyrwać je z zawiasów. Szafie się to chyba nie spodobało, ale jeno zaskrzypiała złowrogo.
„Gruby, mamy cię!”- krzyknęli wszyscy na raz w momencie, gdy Tomek ostatecznie ujawnił zawartość środkowej przegrody. W środku nie było nikogo. Lekko zawiedzeni zostawili stary mebel w spokoju by prowadzić poszukiwania dalej…

***

Przy sklepie spożywczym „U Pani Haliny” od wielu lat stał drewniany słup. Niegdyś doprowadzał do pobliskich domów energię elektryczną, jednak od kiedy wstawiono obok słupy betonowe ten stary służył jedynie jako miejsce do przyklejania najróżniejszych ogłoszeń. Dziś wisiała tylko jedna kartka, a na niej czarno-białe zdjęcie pulchnego, uśmiechniętego od ucha do ucha chłopca. Zajadał się czekoladą. Pod fotografią widniał napis:

Zaginął!
Piotr Bebzoński, lat 14.
Zaginął 11 lipca 2006 roku w okolicy Starego Dworu.
Jeżeli ktoś go widział lub wie, gdzie może przebywać prosimy, aby zadzwonił pod numer telefonu (099) 582-67-23, każda informacja może przyczynić się do odnalezienia Piotrka!

Przy tym samym słupie dwie emerytki prowadziły ożywioną konwersację. Jedna, ta z zakupami, powinna być już dawno w domu, ale przecież nie ma lepszej rozrywki w małych miasteczkach nad plotkowanie i pogaduchy.
- Pani Pawlikowska, wie pani, to ten od tych Bebzońskich. Jego matka to kiedyś nazywała się Dąbrowska.
- A to wiem, jej mąż, co wypadek miał i nogę stracił. Oj jaki piękny miał pogrzeb, piękny…
- No to ta właśnie, no i ten jej syn zaginął. Tam przy tym dworku starym. Co się rozsypuje, wie pani. W nocy gdzieś łaził i już nie wrócił, a tego ciała to nie znaleziono no i nadal szukają. Pijany pewnie był i gdzie wpadł. Jak to te bachory, łazi toto i chleje.
- Ee, tu już go nie znajdą.
- A żeby pani wiedziała…

***

Słońce majestatycznie chyliło się ku zachodowi pogrążając całą okolicę w odcieniach pomarańczy. Ostatnie promyki z trudem przedzierały się przez widoczne na horyzoncie szczyty pobliskich Gór Pieprzowych. Jeszcze parę minut i dzień definitywnie dobiegnie swego kresu ustępując miejsca nocy. W tej samej chwili dwie osoby szybkim krokiem wracały z pustyni w stronę miasteczka. Zanim dwaj chłopcy zbliżyli się do pierwszych namiotów było już zupełnie ciemno. Zdołali się jednak odnaleźć w mroku i podać sobie ręce na pożegnanie. Nie wiedzieli, że od dłuższego czasu ktoś ich śledzi…
- To do jutra Zbigo! Może też pogramy w piłkę na równinie!
- Cześć Bartosz! Pograć nie zaszkodzi, tylko przyjdź! - pomachali sobie jeszcze, po czym każdy z nich ruszył w swoją stronę.

Nieoczekiwany „gość” podążył za Bartoszem. Był ledwie parę kroków za nim, ale śledzony chłopiec go nie zauważył. Nie skręcił też w alejkę wiodącą do domu rodziców, gdyż spostrzegł, że jakiś nieznajomy przysyła mu wiadomość.
- Hej, poklikamy? - z mroku dobiegł skrzeczący głos.
- Kto to? Ty Zbigo? - zaciekawił się Bartosz.
- Nie. Nazywam się Jurek i też mam dwanaście lat. Chodź no tutaj, coś ci pokażę.
- Okej.

Bartosz ruszył za źródłem głosu. Gdy wstąpił w mrok zdążył tylko jęknąć. Po tym nastąpił skrzypiący dźwięk, ledwo słyszalny chichot i cisza…

Pamiętaj. Nigdy nie wiadomo, kto jest po drugiej stronie!

Ciąg Dalszy Nastąpi…

~ autor tedeward w dniu luty 25, 2007.

Napisz odpowiedź