PŚZ – The Great Voyage Full of Alcohol (remake)
17-18 luty 2007
Schludniej i wygodniej:
“Zbiór opowiadań nijakich”
Już niegdyś wspominałem, czym mniej więcej Świat Zysku jest, tak i tym razem bez wyrzutów sumienia pominę tę żałosną historyjkę. Jednak dodać warto, że to także miejsce wysoce niezwykłe i zamieszkałe nie tylko przez bardzo życzliwe wobec siebie stworzenia. O nie! Świat Zysku pełen jest dziwów i ingerencji innych równie tajemniczych sił – bogów, demonów, kosmitów, mojej teściowej… Ich sprawcza siła (albo ogólne zdebilenie autora tegoż opowiadanka) pozwoliła na wykształcenie w miejscach, bądź osobach niezwykłych, niemal magicznych zdolności. Nie zmienia to oczywiście faktu, że dziewięćdziesiąt pięć procent świata przemieniła się w jałową pustynię opanowaną przez Kurny bądź inne równie krwiożercze stworzenia. Ale… To nie jest ważne…
Kolejna z opowieści rozpoczyna się w pewnym ciemnym namiocie rozbitym pośrodku Fakoutowa – jedynego miasta na terenie Krain Wewnętrznych. Na sporym łożu z wyłażącymi zeń sprężynami unosiła się w rytm oddechu śpiącego pod nią człowieka pofałdowana blacha. W pomieszczeniu znajdował się jeszcze tylko nocny stolik, stojący tuż przy kamieniu, na którym spoczywała głowa drzemiącego delikwenta. Na blat wdrapał się mały, brodaty stworek ubrany w bawarskie porteczki, spojrzał jeno na swój malutki bawarski zegareczek i zaczął wykrzykiwać jak najgłośniej tylko potrafił jedno słowo: „konstantynopolitańczykowianeczka”. Po siódmym krzyku blacha na łóżku drgnęła, a w sekundę później spod niej wyłoniła się brudna, osmolona ręka dzierżąca w swych przebrzydłych paluchach młotek. Wystarczył jeden szybki ruch, by mały stworek zamienił się w bawarskiego klopsa. Oczywiście zanim to uczynił, tak bez większego powodu zbryzgał wszystkie ściany swoimi flakami. Mężczyzna wyburczał pod nosem coś na kształt „Jak ja nienawidzę budzików” po czym przeciągnął się i postanowił rozpocząć kolejny dzień. Blacha osunęła się na podłogę, a on wstał robiąc przewrót w tył przez lewe udo. Mężczyzną był wielce atrakcyjnym – wysoki, przystojny, a jego futrzasta, muskularna klatka piersiowa przywodziła na myśl sklepienie kaplicy Sykstyńskiej. Mógłby nawet wytatuować tam swoją podobiznę w skali jeden do jednego… A, nie. Pomylili mi się bohaterowie… Osobnik płci męskiej, który właśnie wybudził się ze snu cały wysmarowany był olejem napędowym i w zasadzie niewiele można było powiedzieć o jego wyglądzie – poza tym, że miał kręcone włosy na plecach. Gdy tylko wylądował na prostych nogach zdołał wystękać jeno „Bulba…”.
***
- Cześć Bob! – Mess rzucił do siedzącego na kamieniu łysawego mężczyzny, a ten nic nie odpowiedział. Ba, nawet nie drgnął. Widać dumał nad zwyczajami godowymi dżdżownic albo czymś równie ważnym. Mess zrozumiał, że nie powinien był przeszkadzać tak wspaniałemu myślicielowi, jakim jest Bob, więc nie dał dojść mu do słowa i zakończył niefortunny dialog. – O, wybacz. Nie musisz nic mówić. Już znikam. – a gdy już odszedł, Bob osunął się na ziemię. Eh ci geniusze i ich ekscesy.
Skoro Mess tak szybko pojawił się w tymże opowiadanku powinnością jest, by przedstawić i jego historię. Rodzina, w której się wychował była rodziną wysoce „lotniczą”, jak to ujął pewien wioskowy kretyn zwany Dżordżem Frizbi. Hindenburg i Łajka Fockewulf byli dziwnym małżeństwem, oboje straszliwie pasjonowali się lotnictwem, choć żadne z nich nigdy nie oderwało się od ziemi na więcej niż dwadzieścia centymetrów. Swemu jedynemu synowi dali na imię po samolocie z czasów drugiej wojny światowej, którego zaś nazwa pochodzi od nazwiska konstruktora. Tak czy inaczej pasja rodziców przeszła także na Messerschmitta. Ten starał się na wiele sposobów kultywować tradycję rodzinną i, choć każda kolejna próba wzbicia się w powietrze kończyła się fiaskiem, nie ustępował i wprowadzał w życie następne swe pomysły, czasem nawet niektóre z nich były całkiem realistyczne. Ot choćby wtedy, gdy za pomocą pralki chciał wystrzelić się na orbitę okołoziemską.
Dnia dzisiejszego nie miał temu podobnych planów. W terminarzu zapisane stało tylko jedno zadanie – „odwiedzić kumpla Helmuta”. Jednak częściej Helmuta von Bulbova nazywano, choć tak naprawdę nikt nie wie dlaczego, Stanem. Poznali się kilka lat temu, gdy Mess próbował wysłać swoją lodówkę na Księżyc. Mało co, a by się to udało, ale znany nam lotnik przez swe braki w zaopatrzeniu na szare komórki zapomniał o wyjęciu z owej lodówki dwóch butelek piwa i laski kiełbasy. Stan mieszkał w środkowej części Fakoutowa w namiocie z numerem 666, co zmusiło Messerschmitta do niedługiej wędrówki ze swego domu w zachodnim krańcu miasteczka. Stan mówił, że ma coś ważnego do zrobienia, a on jest mu w tym niezbędnie potrzebny – tak więc Mess minął właśnie Boba, obszedł szerokim łukiem dwa grające w szachy i pijące wódkę żółwie i jest już tylko parę kroków od wejścia do Helmutowego namiotu. Bo czegóż to się nie robi dla przyjaciół? Nie pierze się im majtek, ot co.
Nachyliwszy się nad wejściem różowego namiotu Mess postanowił przywitać okrzykiem swojego przyjaciela – „Hop, hop! Jesteś tam?”. Po chwili ciszy na zawołanie odpowiedział jedynie tajemniczy, basowy głos: „Nie, Hop-hop wyszedł dwadzieścia minut temu.”. Mess z lekka się zdziwił, zmarszczył więc brwi trzepocząc jednocześnie uszami, rozłożył ręce w dziwacznym geście i wpakował się do środka nie czekając na powrót oraz pozwolenie Hop-hopa. Stan jeżeli z kimś się umawiał, to jedynie w swoim mieszkaniu i bardzo rzadko zdarzało mu się, by na takim spotkaniu się nie pojawił. Ale tym razem było inaczej – w pokoju gościnnym Helmuta z niemałymi problemami przyszło dostrzec Messowi gospodarza, gdyż, jak się później okazało, wcale go tam nie było. Tak więc Messerschmitt przystąpił do poszukiwań swego przyjaciela. Zajrzał pod kanapę – pusto. Odwiedził sypialnię – pusto. Przejrzał wszystkie szafki w kuchni – także pusto. Sprawdził układ pokarmowy przechodzącego obok psa i… o dziwo tutaj też pusto. Wnet wpadł na ideę wyśmienitą, Stan schować się musiał w pralce. Jednak gdy tylko Mess przekroczył próg łazienki zobaczył swego całkiem nagiego przyjaciela pomiędzy dżakuzi a bidetem. Zwinięty w kłębek siedział między tymi niezbędnymi w każdym domu urządzeniami sanitarnymi, kiwał głową i po cichu w jakimś dziwnym narzeczu powtarzał coś niczym mantrę.
- Zapomniałem, zapomniałem, zapomniałem, stearynian sodu, zapomniałem, zapomniałem, zapomniałem… – i tak w kółko.
- Heloł, Stan co ci jest?
- ZAPOMNIAŁEM!
- A co?
- Nie wiem, przecież to ZAPOMNIAŁEM!
- A czy to było ważne?
- SkąD MaM WiedzieĆ, PrzecieŻ TO ZAPOMNIAŁEM!
- To skąd wiesz, że w ogóle coś zapomniałeś?
- Ćam Awruk! Eee… Mess. Ja, ja… To POPROSTU WIEM!
- Nie mów do mnie dużemy leteramy. Szanuj mnie, kochaj, przygarnij…
- Okej, od początku… In the beginning of XXI century… Obudziłem się i od razy wiedziałem, że coś zapomniałem. – To było bardzo, bardzo ważne, tylko nie wiem co…
- Może chodzi o wyniesienie śmieci, to przecież ważne.
- Nie, coś jeszcze bardziej!
- Jeszcze bardziej?! Yyy!
- Tak!
- Em… Wczoraj mówiłeś coś o ważnym zadaniu, jakie mamy dziś wykonać, to musi być to! Ha! Jestem bogiem!
- Mess, jakie to było zadanie?
- Eeee… Myślałem, że ty mi to powiesz.
(Kretyn)
Stana najwyraźniej znużyła konwersacja z Messem, wstał więc i przeszedł do dużego pokoju, gdzie w jednym z rogów stała szafa z ubraniami. Po uchyleniu lewych drzwiczek, wyskoczył zza nich oburzony i całkiem nagi sąsiad, który dość szybko opuścił mieszkanie wrzeszcząc za sobą coś o złych manierach. Helmut przywdział ulubioną czerwoną suknię balową – taką z błyszczącymi kropeczkami i pokaźnym dekoltem, po czym rzekł:
- Idziem do wodza!
- O, fajno się składa, dziś jest rytuał pojednania trzech żywiołów – wina, wódki i borygo… Po tym zawsze się wodzowi łatwiej myśli.
- Więc może Dżordż udzieli nam rady, co czynić…
***
Namiot wodza wioski znajdował się niedaleko, tuż przy stoisku Baby sprzedającej lody. Dżordż przygotowywał się do obrzędu – skończył depilowanie ud i pośladków, przyodział różowe stringi, a nawet umył obie nogi, co w jego przypadku nie było rzeczą prostą ani tym bardziej przyjazną środowisku. Miał wyjść już do czekających na przedstawienie mieszkańców, ale powstrzymała go ręka, która pochwyciła go za nos.
- Wodzu, jest sprawa. – okazało się, że to znany nam już Stan zdecydował się na porady Frizbiego.
- Co się stało? Wódki brakło? Jezu Chryste Nazarejski! Matko Boska Królowo Świata! Boże jedyny Wszechmocny… CO?!
- Nie, nie. To nie to. – wyprostował szybko Mess.
- Chodzi o to, że zapomniałem…
- Uff… Co zapomniałeś? – zaciekawił się Dżordż.
- Nie wiem, przecież zapomniałem.
- To przyjdź, jak sobie przypomnisz.
- E?
- Nic na to nie poradzę. Marihuana mi się skończy… – nie dokończył zdania, gdyż, co ciekawe, zamyślił się.
Stan w tym czasie spojrzał na wodza błagalnym wzrokiem robiąc maślane oczka i zmieniając swój wyraz twarzy tak, że przypominał otępiałego po prochach pingwina. Dodatkowo wyciągnął z kieszeni dwa okrągłe kamienie i zaczął symulować ich stosunek płciowy. Do tej pory zastanawiam się, po co to zrobił.
- Zrobiłem kupę do twojego buta. Wybaczysz mi? – wyszeptał do wodza.
- Chwila… MAM! – wyrwał się z sideł zamyślenia Frizbi. – Co, jakiego buta?
- Em. Nie ważne. Co masz?
- Jaskinia Przypomnienia…
„Opowiem wam coś, co przydać się może do rozwiązania waszego problemu. Dawno, dawno temu, gdy dziadek mojego dziadka, syn jego babci słuchał jeszcze opowieści starego, durnego wodza… A, może i nie. W każdym razie żył sobie pewien gryzoń, szczur mianowicie. Mieszkał gdzieś w Górach Pieprzowych, miał tam swoją jaskinię z garażem i widokiem na… Na co to był ten widok? No, nie ważne. Tak czy inaczej ten stary szczur pamiętał wszystko. I mówiąc wszystko, mam na myśli wszystko. Nawet takie pierdoły jak rocznica swojego ślubu. Czyli jednym słowem – wszystko. Pewnego dnia przybył obcy, który twierdził, że ów gryzoń jest jakimś Szczurzym Bogiem, czy czymś równie głupim i bez pytania wpakował kilka kulek biednemu źwierzęciu między oczy. Moc zapamiętywania przeszła na jaskinię, w której do czasu swojej śmierci żył szczur. I od tamtej pory każdy, kto coś zapomniał mógł się tam wybrać i w mgnieniu oka przypomnieć to, o czym pamiętał dopóki tego nie przestał pamiętać. Tak przynajmniej głosi legenda, kto wie, może to tylko zwykły chwyt marketingowy, który przyciągnąć ma niezliczone rzesze turystów? Nie pamiętam, ale jeżeli jesteś zdesperowany i nie wiesz co zrobić z pieniędzmi to oddaj je… Hm. Udaj się tam. Uważaj jednak! Droga do Jaskini Przypomnienia jest długa i wysoce niebezpieczna! Prowadzi przez tereny zajęte przez potwory, bestie oraz różne dziwaczne, a zarazem mniej lub bardziej agresywne ugrupowania! No to chyba tyle, trzymajcie się, ja idę na rytuał.” – skończył, po czym schował się pod owalnym dywanem leżącym na podłodze zaplecza swojego mieszkania.
- Więc Stan, co robimy?
- Ja tam lezę! Pomożesz mi w tej trudnej wyprawie?
- Pewno! Polecę po pieniądze, trzeba się w sprzęt zaopatrzyć. Z pustymi rękami przecież nie pójdziemy, to nie grzecznie.
- Ja to załatwię, ty tutaj poczekaj.
Stan wybiegł z namiotu, a Mess przeszedł do głównego pomieszczenia Dżordżowego lokum – przecież za chwilę miała odbyć się tradycyjna ceremonia! – usadowił swe cztery litery na jednej z ławeczek i, co mu się nieczęsto zdarza, pomyślał: „To ja sobie przedstawienie obejrzę”. Tradycyjne święto połączenia trzech żywiołów inaugurował taniec wodza. W chwilę po tym jak Mess zajął miejsce siedzące z mroku wyłonił się ubrany w zupełne nic Frizbi. Rozpoczął swój ekwilibrystyczny taniec od wygibasów, które zapędziłyby w kompleksy niejednego człowieka-gumę. Dżordż lizał się po swoim łokciu (po łokciach innych ludzi także), piętą drapał się w tył głowy, a nawet udało mu się ugryźć samego siebie w lewy pośladek. Jego wspaniale umięśnione ciało nasmarowane olejkami błyszczało w świetle otaczających go świec, a doskonale wypracowane mięśnie napinały się tworząc obraz niczym z konkursu kulturystycznego. Aż tu nagle rozległ się potworny huk…
Mess obudził się ze swego ultra-realistycznego snu by, tuż po uchyleniu powiek ujrzeć podstarzałego faceta w strningach z bobrzego futerka. Generalnie rzecz biorąc prawie w całości zasłonięte były przez pokaźnych rozmiarów obwisły brzuch. A wątłe mięśnie tegoż mężczyzny utwierdziły Messa w przekonaniu, że to co widział wcześniej było tylko sennym marzeniem. Cała ta sytuacja trwała ledwie ułamek sekundy, gdyż podstarzały facet – bliżej znany jako Dżordż Frizbi, wódz wioski – wypięty był tylnią częścią ciała w stronę Messerschmitta. Lotnik nie miałby nic przeciwko, gdyby nie fakt, iż huk, który go obudził był zarazem odgłosem wydalanych przez Dżordża gazów. Wytworzone w ten sposób ciśnienie spowodowało, iż Mess z ogromną prędkością poszybował ku gwiazdom wylatując przez rozbite okno.
***
W tym samym czasie Stan zrzucił na podłogę wszystkie zebrane od dzieciństwa pudełka po zjełczałym maśle. Było tego całkiem sporo, bowiem z wraz z matką – Obelgą, siostrą znanej ze swych umiejętności do picia bruderszaftu i jednoczesnego szydełkowania Helgi von Bulbov – przepadali za zjełczałymi masłami. Helmut zbierał pudełka po nich, bowiem niezmiernie intrygowało go to, że wszystkie są takie same. Po krótkiej chwili odnalazł jedno z nich wypełnione po brzegi dziwnymi fioletowymi papierkami. To była oficjalna waluta, której używano w Fakoutowie. Po bliższym zbadaniu owych papierków można wyczytać, iż niegdyś służyły za opakowanie dla „Irysów z Sezamem”. Los chciał, że w okolicach miasta znaleziono ich mnóstwo, zadecydowano więc, że będą pieniądzem. Tak więc Stan wyjął cały dobytek, schował do lewej kieszeni osadzonej w pod jego prawą pachą i wybiegł z domu zostawiając cały ten bałagan na podłodze. Ruszył do namiotu wodza, by Mess się przypadkiem nie rozmyślił w sprawie ich wyprawy. W środku zastał jednak jedynie Boba.
- Gdzie Mess? – zauważył, że ręka Boba skierowana była w niebo. – Aaa… Przynajmniej jemu się udało spełnić swe marzenie… Cóż, będzie mi potrzebny nowy przyjaciel i towarzysz. Potrzebuję kogoś, kto pomoże mi w mojej podróży. Kogoś zupełnie twardego i przystojnego jak ja. Hm. Wiem! Władek!
Władek był mutantem. No, ale nie takim zwyczajnym, był mutantem jedynym w swoim rodzaju, bo mutantem – afroamerykaninem (lub, jak sam woli by go nazywać, afromutantem). Przed wojną był nauczycielką geografii w pewnej szkole w Środkowej Europie. Krążą plotki, że promieniowanie zmieniło mu jedynie płeć i uczyniło go czarnym, a wygląd ogólny pozostał bez zmian. Nawet jego rozumowanie miało być równie powolne co obecnie. Tak więc wnioski są jednoznaczne – Władek był pierwszym w historii popromiennym mutantem stworzonym bez wojny nuklearnej. Niezależnie od jego przeszłości, ten afromutant był „równym gościem” i „spoko ziomkiem”. Stan biegł przez Fakoutowo wymachując nogami na lewo i prawo gdy wpadł na Władka. Było to akurat w ułamek godziny po tym, jak jeden z nieopodal grających w szachy żółwi uczynił szach-mat na królu swego przeciwnika.
- Władek! Władek!
- Hm?
- Ludzkość potrzebuje twojej pomocy!
- Masz… Eeee… Krzyżówkę do rozwiązania i nie wiesz co jest stolicą Antiguy i Barbudy?
- St. John’s, ale nie o to chodzi. Z resztą, to długa historia.
- Dawaj skróconą wersję.
- Ta, racja. Wybieram się do Jaskini Przypomnienia i potrzebuję przyjaciela. Sam nie dam rady.
- Hm… A… Co z Messem? On był przecież zawsze twoim przyjacielem.
- Odleciał… Do ciepłych krajów.
- Migracje?…
***
- Tak, poproszę jeszcze ten turbofrazer wyposażony w dwudupleksową przekładnię elektromagnetyczną wykorzystującą przyciąganie jonowe.
- Stan, to jest widelec. – Odrzekł jedyny sprzedawca broni w Fakoutowie. Tak, tak. Helmut wybrał się do sklepu z bronią Edka Łowcarza. Edek jest psychopatą i ma manię zabijania każdej napotkanej istoty. W miarę możliwości stara się także ustrzelone sztuki wypchać, owinąć w taśmę izolacyjną i zamknąć w lodówce. Ważne jednak było to, że Łowcarz miał wszystko, co tylko chciało się zakupić.
- Aha, to oprócz tego sztucera daj mi jeszcze pięć litrów wódki.
- Da się załatwić. Coś jeszcze?
- Te wykałaczki to gratis są do co piątej paczki podpasek?
- Dokładnie.
- Biorę dwieście paczek.
- Płacisz hąpennaście krzykwastylion Irysów z Sezamem. – Helmut wyłożył kasę na stół, a w zamian otrzymał wszystko to, co zamówił. Sztucer, pięć paczek naboi, łożysko do traktora i dwieście opakowań podpasek z wykałaczkami. Podpaski wyrzucił tuż za drzwiami. W normalnych warunkach zabrałby je wszystkie do domu i zrobił to, co zazwyczaj się z nimi czyni – skonsumowałby je z musztardą.
- Załatwione? – spytał wyłaniający się spod lawiny podpasek Władek.
- Tak. Jeszcze tylko wezmę jedzenie i możemy wyruszać!
Do rozmawiających mężczyzn nieśmiało podszedł śpiewający dromader, „Cholera” – powiedział, po czym szczerze się uśmiechnął i ruszył dalej postukując kopytkami.
***
Przeraźliwy huk odbijał się niczym echo w śpiącym umyśle Messa. Okazało się, że po tym jak wyfrunął przez okno ponownie zasnął na kilka godzin, zapewne za sprawą reakcji chemicznych zachodzących w gazach Frizbiego. Gdy znów z trudem wyrwał się z objęć Morfeusza, otworzył oczy i zemdlał. Ze zdziwienia.
***
- A więc to tutaj kończy się cywilizacja?
- Czy ja wiem, Stan. E, no. Chyba nie. Przecież stoimy za ostatnim namiotem w Fakoutowie. – i rzeczywiście tak było, Władek opierał się właśnie o tylnią ścianę chaty Harumplimiła Frizbiego, a przed ich oczami rozpościerała się niemożliwa do ogarnięcia ogromna pustynia. Gdzieniegdzie tylko widać było większe kamienie czy włochate kaktusy. A poza tym najzwyczajniej puste pustkowie, przez które mieli się przedrzeć.
- Wow. Tak daleko od domu byłem tylko… W sumie nigdy!
- Ba! A to dopiero początek! Nikt nie wie, co nas czeka w dalszej drodze! – (Ja wiem.) – Różne dzikie plemiona i fanatyczne ugrupowania, słyszałeś przecież o złych Mutantach, zajmujących południowe ziemie. To ci, którym przewodzi Piękny RomanG. Całe szczęście nie będziemy przechodzić przez ich terytorium.
- Przecież ty też jesteś mutantem. Czemu ich się boisz?
- Oni nie lubią czarnych.
- Aa… No, ale zapomniałeś dodać o pięknych kobietach, szybkich samochodach, wielkich pałacach, ogromnych bogactwach i starożytnych cywilizacjach.
- Wcale nie zapomniałem. Po prostu ich nie będzie…
- W takim razie ruszajmy! – dorzucił na koniec Stan klepiąc w tym samym czasie Władka po pośladku.
***
(Obudź się kretynie bo mi całe opowiadanie spieprzysz.)
- Co?! – wykrzyczał Mess – Kto to powiedział? AAAaa! – wreszcie zorientował się w jakim jest położeniu. Hmm… Nie, to nie jest dziwne, że człowiek szybuje w przestworzach wcale nie tracąc na wysokości. – Łał! Ja latam! Haha! Nareszcie!
No i tak zaczął sobie latać, to tu, to tam. Ganiał cumulusy, dosiadał nimbusy, podgryzał chmury burzowe…
***
Po męczącym dniu wędrówki dwaj podróżnicy niewiele oddalili się od rodzinnego Fakoutowa. Pierwszym ważnym punktem ich wyprawy był Kopiec Zdechłego Świstaka – musieli się wszak zaopatrzyć w zapasy życiodajnych ruskich pierogów. Poza zaspokajaniem głodu, świetnie nadawały się także jako zagrycha do wódy. Z samym kopcem wiąże się pewna dziwna historia… Nie tak znów dawno przed wyprawą Stana i Władka w pobliskich górach żył sobie świstak Alfred. Światowym źwierzęciem był niebywale. Prawdę mówiąc reprezentował świstakową dresiarską klasę wyższą. Zawsze miał pierwszy to, co trendi, modne i drogie – pierwszy nosił buty Abiddasa, szpanował długopisikami z latareczką i wbudowanym śrubokrętem, miał dres z siedmioma paskami… Kochał szpan i uwielbiał się afiszować z tym co miał przed innymi. Pewnego razu zakupił całkiem nowy zegarek Rolmopsa, którym w chwilę później postanowił się pochwalić w mieście. Ruszył więc szybciutko do Fakoutowa, a że mu się wyjątkowo spieszyło, obrał krótszą drogę przez pustynię z ruchomymi piaskami. Pierwszymi, których spotkał w miasteczku były żółwie grające w szachy. Już chciał wyciągnąć zegarek, już miał się nim chwalić, gdyby nie to, że… Zegarka nie było w kieszeni. Zdesperowany świstak bez zastanowienia się pędząc niczym wiatr wrócił na pustynię i począł pomiędzy lotnymi piaskami wypatrywać swojej zguby. Kilka godzin zajęło mu nim zauważył coś błyszczącego pod kamieniem. Rzucił się na obiekt i zaczął kopać. Przez zbyt gwałtowne ruchy jego świstakowych łapek miast wykopywać przedmiot, ten zagrzebywał się coraz bardziej i bardziej i bardziej… Miały dni, a Alfred kopał. Po tygodniu ciężkiej pracy wreszcie dotarł do obiektu swego pożądania. Jednak nie był to jego zegarek, a… Ruski pieróg. Świstak zdechł bardziej z załamania niż przemęczenia. Od tamtej pory wykopana przezeń dziura nazwana została Doliną Zdechłego Świstaka, a usypana z piasku góra – Kopcem Zdechłego Świstaka. Jak się później okazało, tego feralnego dnia Alfred wcale nie zabrał zegarka z domu. Rolmops do tej pory czeka na powrót właściciela w norze gdzieś w Górach Pieprzowych. Przed śmiercią świstak zdążył jeszcze tylko rzucić wykopanym pierogiem za siebie. Dzięki temu Rosjanin wylądował na kopcu i stał się przyczyną rozwoju plantacji krzewów owocujących ruskimi pierogami. Tak oto skończyły się problemy z jedzeniem nękające od lat całą okolicę. Uff… Męcząca historia.
Wracając jednak do wyprawy Stana i Władka. Afromutant podszedł do krzaka rosnącego na zboczu kopca, chwycił pierwszego wiszącego pieroga gdy… BANG! – rozległ się ogromny huk. Stan i Władysław odwrócili się w stronę zachodzącego słońca. Czarny mutant nie spostrzegł, że jego dłoń została na pierogu, a sam miał już tylko piętnaście palców.
- Wynoś się mutancie! – odezwał się tajemniczy, basowy głos z oddali.
- On jest ze mną! – odpowiedział Stan.
- A, chyba że tak. To przepraszam. – postać schowała broń i odeszła. W tym czasie była ręka Władysława odnalazła się w sytuacji, skoczyła na równe palce i popędziła w stronę pustyni.
- Nie ma, za co! – Pożegnał się Władek – Wracajmy do zbierania jedzenia.
Dwaj nieustraszeni herosi ponownie zbliżyli się do krzaków. Jednak i tym razem nie było im dane zebrać ani jednego pożywnego pieroga – oto bowiem z zarośli wyskoczyło jedenastu i pół mężczyzy ubranych w metalowe pancerze. W swych dłoniach dzierżyli różnego rodzaju modele broni – od klasycznych ciężkich karabinów maszynowych po trzepaczki do jajek – na głowach zaś nosili czapeczki stylizowane na banany. Tylko jeden z przybyszów odziany był w czerwoną, damską bieliznę. „Benel! Nie teraz!” – jednocześnie skarcili tego prawie że rozebranego.
- No dobra, dobra. – odrzekł im i ubrał się w pancerz wspomagany.
- Co tutaj robicie? – zapytał naszych podróżników jeden z nieoczekiwanych gości. – Ten teren należy do frakcji. Nie wolno tutaj wchodzić mutantom oraz debilom. Sami zgadnijcie, które określenie pasuje do każdego z was…
- A kim ty jesteś, żeby tego zabronić? – zbulwersował się afromutant.
- A poza tym, Władek nie jest debilem! – zawtórował mu Stan.
- Jam jest Jaqb, pierwszy po bogu w tym ugrupowaniu. – i taka właśnie była prawda – Jaqb dowodził Frakcją Fallouta z różnymi skutkami od momentu gdy kilka lat temu przywędrowali w te strony z dalekiej północy. Ich organizacja była jedną z najlepiej rozwiniętych technologicznie, co rekompensowało niewielką liczebność członków. Głównym celem, który im przyświecał to podbicie świata, a raczej tego co z niego zostało.
- Ale Władek jest dobrym mutantem. Nawet kiedyś uczył dzieci w szkole. A z resztą, bez paniki panowie, przejdziemy szybciutko przez wasz teren i już nas nie zobaczycie.
- Jaaasne. Wypuścimy was, a potem przyprowadzicie tutaj rodzinę, znajomych, przyjaciół a może i rosyjsko-żydowskich masonów z Grenlandii! O nie, na to się nie zgodzimy!
„O nieeeee!” – Zgodzili się śpiewająco wszyscy w pancerzach.
- Musimy was zlikwidować. W góry z nimi!
„W góry! W góry! W góry!” – Zaczęli krzyczeć Frakcjoniści machając przy tym rękami. Stan zadrżał ze strachu niczym induktor prądu elektrycznego, w którym właśnie usmażyła się zbzikowana wiewiórka. Kto wie, co zrobią im wygłodniali mężczyźni, którzy ostatni raz kobietę widzieli sześć lat temu.
***
„Cóż, latanie samo w sobie jest fajne, ale ileż można?” – Mess począł dumać nad zaistniałą sytuacją. Kilka dni już szybował w powietrzu i rozrywki, które go dotychczas bawiły nagle stały się potwornie nudne. Okrążył już kilkukrotnie ziemię i kompletnie nie było czym rąk zająć. Nawet się zgodził z moim opisem sytuacji i pomyślał – „Ale nuda”. Inteligentne i odkrywcze przemyślenia na temat ludzkiego istnienia przerwał po tym, jak dostrzegł ruch w okolicy góry, którą właśnie mijał. „To musi być jakaś obca istota. A może nawet owca! Podlecę bliżej.” Jak pomyślał, tak zrobił. Okazało się jednak, że ów obiekt to tylko dziwnie ubrany człowiek. Nosił na sobie coś na kształt wspomaganego pancerza, ale dużo lżejszego niż zazwyczaj. Na głowie miał hełm i gogle. A do każdej z nóg przyczepiona była dziwna deska. Pod nosem twarz mężczyzny zdobił wąsik.
- Czekaj! – zawołał do niego Mess. – Kim jesteś?
- O, jak dobrze. Jakiś człowiek. – wyhamował swój lot – Nazywam się Adam.
- Co tutaj robisz?
- Lecę, bo chcę.
- O…
- Nie chcesz znać mojej historii…
- Chcę! Opowiedz!
„To było dawno, sam nie pamiętam już kiedy dokładnie. Występowałem na konkursie w Zakopanem i właśnie przygotowywałem się do skoku. Jadę po skoczni, jadę… I hop! Wybijam się z progu. Postanowiłem, że zrobię tylko jedno kółeczko wokół Ziemi i wyląduję. No, ale gdy leciałem nad Afryką zobaczyłem dziwną smukłą i bardzo szybką postać. Pierwsza myśl „To Sven Chanaffald!”. Podleciałem do niego bliżej i, wraz z zasadą Fair-Play, uczciwie po ludzku walnąłem mu nartą przez łeb. Jednak to nie był Sven, a jakaś rakieta. Powiedziała, że to nieładnie co zrobiłem, zarumieniła się, spadła na ziemię i wybuchła. Potem nadleciały kolejne i posłały cały świat w drzazgi. Próbowałem skontaktować się z kontrolą lotów w Houston, ale nie odpowiadali… Nie miałem gdzie ładować, to i latam po dziś dzień…”
Adam zamyślił się, w jego oczach zaświeciły pojedyncze łzy. Obaj zatrzymali swój lot – drogę przecięła im nadlatująca kobieta. „I co wrzeszczysz idiotko?!” – krzyknął do niej z pogardą Adam – „Trzeba było użyć podpasek bez skrzydełek!”
***
Tymczasem gdzieś w Górach Pieprzowych nasi bohaterowie zakuci w kajdany prowadzeni byli do tajnej siedziby Frakcji Fallouta…
- Musimy uciec. Jakoś…
- Masz rację Władku. Nie widzę tutaj naszej przyszłości.
- Jaqbie, droga wolna, możemy przejść. – złożył raport wysunięty na czoło zwiadowca.
Siedziba frakcji ulokowana była głęboko w trudno dostępnym górskim terenie. Sam sztab był ogromy, bo złożony z dziesięciu ceglanych budynków, co rzadko spotykało się w tym regionie. Górował nad nimi pałac głównodowodzącego Jaqba – mieszanina stylów, antyczne kolumny, kopuły, barokowe wykończenia… Na ten widok pojmanym szczęki opadły na samą ziemię i zagrzebały się w piasku. A ananas ukryty za pazuchą Władkowej kurtki z zaszokowania zrobił sobie harakiri. „Łaaaaaaał” – w pierwszej chwili tylko tyle potrafili wypowiedzieć. Po kilkuminutowym spacerze wreszcie doszli do siebie.
- Władku, czegoś takiego jeszcze nie widziałem…
- No, nieźle się urządzili.
Z każdym krokiem byli bliżej obozu. „Frakcja Fallouta jest najlepsza, wszyscy inni są słabi, źli i wali im z mordy..” – coraz głośniej dało się usłyszeć przemówienie wygłaszane przez zainstalowane wszędzie głośniki – „…jeden z naszych towarzyszy wyrobił 450% normy robotniczej. Niech żyje przodownik pracy i bohater ludu pracującego!”
- Benel, zabierz ich do budynku numer siedem, zamknij i pilnuj. – nakazał mu wódz.
- Już się robi! – zasalutował i podreptał w stronę naszych dwóch bohaterów. Zaprowadził ich do budynku numer osiem, który okazał się być magazynem z bronią. Posadził Władka i Stana na krzesełkach przywiązując ich przed tym za szyję do żyrandola. Stwierdził, że się potwornie zmęczył i zdjął z siebie ciężki pancerz. Jednym ruchem ręki odsłonił duże zdobione lustro w kącie pomieszczenia i począł w nim oglądać swe „piękne” ciało odziane jedynie w czerwoną damską bieliznę. Drzwi trzasnęły. Do budynku wszedł kolejny mężczyzna – postać tajemnicza do tego stopnia, że twarz zastępował mu znak zapytania. Miał na sobie dużo za dużą niebieską piżamę, a w ręku dzierżył największe hip-hopowe dzieło wszechczasów – książkę o tajemniczym tytule „Pan Tadeusz”.
- Hej, Benel. Miałeś ich pilnować, a nie torturować.
- Zamknij dziób debilu.
- To mi schlebia.
- Rozdymana ropucha!
- A gnój już rozrzuciłeś? O przepraszam, zapomniałem, że nie lubisz jak się twoje ulubione jedzenie marnuje… – na te słowa Benel wybiegł z płaczem z budynku.
- Łoł. Niezły tekst. – nie mógł wyjść z podziwu Stan. Nie mógł z niego wyjść, toteż w nim został. W zasadzie bardziej było mu w nim do twarzy niż w tej czerwonej sukni balowej.
- No, przyznaj. Nie widujesz takich rzeczy na co dzień. – z dumą odrzekł mężczyzna w piżamie. – Uh. Zapomniałem mu wręczyć prezent… – wyrzucił książkę za siebie – Jak ja nie cierpię hip-hopu… A wy, za co tu siedzicie?
- Nienawidzą mnie, bo jestem czarny.
- Mnie też. – zawtórował mu Władek.
- Hm. A, to wy. Mają was stracić jutro, ku chwale naczelnego wodza… Ale mogę wam pomóc…
***
Ciemność. Ciemność i dziwne dźwięki. Tyle widać w tej scenie, więc darujmy sobie dalsze opisy.
- Teraz szybko! Nie ociągajcie się!
- Już idę, idę. – wyszeptał Stan.
- Uważajcie na pułapki. Po prawej, miotacz ognia. Tam, dwa wibratory w ścianie.
- Święty Elektroniku!
- Teraz będziemy się czołgać, pod sufitem stare skarpety.
- Już widzę wylot tunelu.
- Mówiłem wam żeby się nie spuszczać w kiblu, tylko wyjść kulturalnie, przez drzwi.
- Cicho Władek, zaraz będziemy wolni.
Trzy osoby wypełzły z małej rury tuż za obozem Frakcji. Strzepali z siebie brud oraz co większe szczury. Władek znalazł nawet w swoich spodniach akordeon. Czego to ludzie nie wyrzucą do sedesu… Nie zastanawiając się poczęli schodzić w dół Gór Pieprzowych. Kilkadziesiąt minut później obserwowali szczyty z podnóża Pieprzówek – tutaj musieli się rozdzielić.
- Dalej idźcie sami, ja muszę wracać. Pewnie jeszcze się nie zorientowali, że uciekliście.
- Chodź z nami, przecież cię zabiją za to, że nas wypuściłeś.
- Mnie? Ja nie mam z tym nic wspólnego. Zrzucę winę na Menela. A wy uważajcie tam dalej – w tym rejonie grasują Kurny. I strzeżcie się Rycerzy Zakonu Kawalerów Kosmicznych, ci goście są naprawdę dziwni. Ah, łap – i rzucił Władkowi sztucer myśliwski.
- A tak w ogóle jak się nazywasz?!
- Mr T – po czym znikł w mrokach nocy.
- Władek idziemy. Musimy przecież wykorzystać tak piękny dzień. Może pozrywamy kwiatki?
***
Wieczór zastał ich, gdy leżeli na soczyście zielonej trawie pośród bławatków. Obaj zgodzili się, że nocą nie jest bezpiecznie przemierzać te ziemie. Dlatego też wykopali ziemiankę głęboką na trzy łokcie i przenocowali na wycieraczce zrobionej ze szczeciny porastającej wnętrze nosa Władka. Tuż po wschodzie słońca ruszyli w dalszą wędrówkę. Już po kilkunastu minutach napotkali pierwszego wroga – to była Kurna… Kurny są śmiertelnie niebezpieczne na krótki dystans – szybkie, agresywne i drapieżne. Mają bardzo rozwinięty zmysł powonienia, potrafią wyczuć śmierdzącą skarpetę nawet z pięciuset metrów. Na nieszczęście głównych bohaterów Stan swe skarpety prał ostatni jakiś rok temu. Kurna nie mogła tego nie wyczuć, więc rzuciła się do ataku – włochata dwunożna istota rozpędziła się niczym gepard na sawannie. Rozszerzyła do granic możliwości paszczę ulokowaną ponad swymi ślepiami ukazując ostre jak brzytwy białe kły. Spotkanie z nimi byłoby niezbyt miłe. Potwór wydał z siebie przeraźliwy nienawistny ryk, od którego Stanowi aż zmiękła lufa sztucera i nabrała konsystencji ogrzanej plasteliny. Całe szczęście Władek zachował trzeźwość umysłu i ulepił ją na powrót. Tyle, że w kształcie anakondy.
- Strzelaj, Stan. Strzelaj!
- Już, chwila. Chwila!
BANG. Kurna padła na ziemię.
- Tada! Zabiłem ją! Haha! Zabiłem!
(Nie prawda. Trafiłeś w łapę. Kurna wstała i uciekła.)
- O, wypraszam sobie. Ona tam leży i nie żyje.
(Nie znasz się. Pierwszy raz strzelasz z broni i masz celność komandosa?)
- Mam wysoki parametr Luck.
(Głupi jesteś. Wynosi 2)
- Co ty, pieprzony Mistrz Gry, że się tak mędrkujesz?
(Nie, narrator.)
- E… To Władek strzelał!
(Nie wiem, czy zauważyłeś, ale on nie ma jednej ręki. W takiej sytuacji byłoby to chyba nieco kłopotliwe…)
- O, patrz! Rzeczywiście nie mam jednej ręki! – mutant pomachał kikutem.
(W takim razie Kurna będzie żyła z kulką w tyłku.)
- Ja się tak nie bawię!
- Stan, idziemy. Nie zadawajmy się z tym marginesem społecznym.
- O!
- Dureń!
***
Stan strzelał do Kurny, a gdzieś w atmosferze dwóch ludzi potwornie się nudziło… Było tak nudno, że ciekawsze okazałyby się nawet wyścigi pijanych serpentyn dosiadających confetti.
- Wiesz co? Ciekawsze od tego są nawet wyścigi pijanych serpentyn dosiadających confetti!
- Racja Adamie… O, a jakby rozpaliły ognisko, to dopiero by było!
- Eh… Nie mam już sił tak latać. A wylądować nie… Hola, hola! Coś mi zaświtało do głowy! Teraz jest nas dwóch… Jeden może się uratować!
- Jak? W jaki sposób?
- Trzymaj moją nartę i walnij mnie nią w głowę. Ale najmocniej jak tylko potrafisz!
- Dobra. Uważaj…
Bum – celny cios w hełm na czerepie Adama. Narciarz zaczął pikować niosąc za sobą smugę czarnego dymu. Mess cieszył się, że nie jest na jego miejscu, „Lądowanie pewnie będzie bardzo twarde” – myślał. Mylił się jednak. Zbliżający się do ziemi Adaś nie wymierzył dostatecznie dobrze kątu spadania i pierwszy kontakt z podłożem spowodował, że miast wbić się, odbił się od niej prawie tak jak Titanic od góry lodowej. Teraz szybował ledwie metr nad powierzchnią pustyni. Pech chciał, że przelatywał obok Fakoutowa, a drogą szedł osioł. Adam z prędkością błyskawicy wpadł w zakończenie pleców niczego niespodziewającego się zwierzęcia. Siła uderzenia spowodowała, że narciarz przeszedł przez cały jego układ pokarmowy jak… skoczek przez układ pokarmowy osła. Tuż przy przełyku nie trafił w odpowiedni wylot i przebił się przez szyję niedoszłego dawcy salami. Od tamtej chwili osioł ten miał dwie głowy – jedną swoją, drugą wąsatą i przyodzianą w dziwaczny srebrno-niebieski hełm. I gogle. Parzystokopytny ssak nie przejął się tym zbytnio i poszedł na lody.
***
Tymczasem w drugiej części świata, w towarzystwie gazów i głośnego huku z komory wydostał się kolejny ołowiany pocisk. Kula przecięła powietrze a na końcu swej drogi napotkała Kurnę, a raczej okolice jej mózgu.
- Ha. A mówiłem, żebyś celował w oczy?
- Nie celowałem w oczy. Celowałem w mały palec u nogi.
Kula ze sztucera przebiła na wylot mózgogłowie podoczne Kurny, czyniąc w tylniej jej części spory otwór, przez który mózg stwora wystrzelił jak z procy i wsiąkł w grunt. Władek podbiegł do denata i zaczął nawijać jego jelita na patyk.
- Ponoć są dobre z chlebem… – wytłumaczył się.
- Schowaj, zjemy na miejscu. To już niedaleko.
- Uważaj Mess. Tutaj gdzieś jest Przełęcz Kormorana. To nawiedzone miejsce… Pełne duchów skazanych na potępienie, bo poszli do Idola a nie umieli śpiewać…
- Nawiedzone mówisz?
- Taa… Jest taka legenda. Zaraz, jak ona się zaczynała… A, już wiem. Cała historia wydarzyła się niedługo po założeniu Fakoutowa. Żył sobie wtedy mężczyzna o imieniu Jips. Był bardzo zuchwały, nie bał się niczego. Drwił z mutantów, śmiał się z płatnych morderców i szydził z wyznawanych bogów. A ci ostatni, jak wiesz nie lubią jak się z nich naśmiewa.
- To jasne.
- Tak więc zesłali z niebios kobietę, która miała go oczarować, zaciągnąć do Przełęczy Kormorana i tam pozbyć. Prymitywny sposób poskutkował – Jips’a pociągało coś, co było w oczach niewiasty. Podążył za… R… r… r.
- Raszplą?
- Renatą. Tak jej dali na imię bogowie. No i idąc za nią kretyn wpadł do przełęczy. A tam kolejny boski poplecznik – Tomasz z Przełęczy – pochwycił go i wmurował w ścianę, gdzie Jips ma do końca wieczności szydełkować i śpiewać piosenkę Queenów „I want to break free”.
- Nie ma co, bogowie mają gust.
***
Jakiś czas później zmęczeni pogromcy potworów siedzieli oparci o głaz przy wejściu do Jaskini Przypomnienia. Pomiędzy dotarciem do groty a legendą, którą opowiedział Władek nie wydarzyło się nic ciekawego. Bo, słuchajcie moi mili, infekcja dróg moczowych naprawdę ciekawą nie jest.
- Teraz idź sam.
- Sam? Władku, sam?
- Ja wolę nie wchodzić, jeszcze sobie przypomnę co robiłem dziesiątego lipca w godzinach między dziewiątą trzydzieści a jedenastą w nocy i będę musiał kłamać przed sądem lustracyjnym.
- Ah, rozumiem… Cóż, to zaraz wracam.
Stan wstąpił w mrok Jaskini Przypomnienia. Grota była wielka i po brzegi wypełniona nieprzeniknioną ciemnością. Prawdę mówiąc tak ogromna ilość ciemności powodowała, iż ta wylewała się z jaskini, a jej gęstość pozwalała ciąć ją nożem i jeść wraz z pomidorami w bagietce. Pod sufitem zawieszone były setki, jeżeli nie tysiące różnokolorowych majtek i kalesonów. Potęgowało to wszechobecną śmierć oraz zniszczenie, że aż niejednemu bananowi zrolowałaby się skórka.
- Hop hop!
- Już mówiłem, że go nie ma!
- ? Szczurze?
Cała jaskinia wypełniła się jaskrawym światłem. Rosnący po środku groty krzew zapłonął żywym ogniem, a tak jakby z góry rozległ się niebiański głos.
- Mów mi Apolinary.
- O. Gdzie jesteś?
- Nie żyję kretynie. Szybko mów czego chcesz, bo czasu nie mam. Pomagam pewnym ubranym na czarno arcyprzyjaciołom zapomnieć parę szczegółów z życia. Gadaj.
- Co to? – zapytał wskazując nogą na płonący krzew.
- A, taki trik. Nie czujesz tego klimatu?
- Przecież każdy byle cymbał potrafi podpalić krzak i mówić przez megafon.
- Przyszedłeś mnie tu obrażać, czy co?
- Zapomniałem coś ważnego.
- Co to takiego?
- Jesteś martwy, powinieneś wiedzieć.
- Dobra, w takim razie wracaj do domu, a tam wypowiedz trzy słowa „To wszystko są bzdury”.
- To cztery słowa.
- Ja tu jestem Wyrocznią, czy ty?
- Jaką znowu wyrocznią? Jesteś tylko zdechłym szczurem! Ale chwila… Przecież miałem sobie to przypomnieć tuż po wejściu do jaskini.
- Chwyt marketingowy. Strasznie głupi i staroświecki, nie? W każdym razie działa. A teraz won!
- Okej, idę. – I, o dziwo, poszedł. Wrócił po Władysława i razem ruszyli w drogę powrotną do Fakoutowa. Jako że była to bardzo nudna podróż, nie będzie opowiedziana. W zamian przeskoczymy trochę w czasie…
***
I żyli długo i szczęśliwie…
Hmm… Ciut za daleko.
***
O, tutaj będzie w sam raz.
Zachodzące słońce oznajmiało kres dnia, gdy Waldek i Stan wrócili do Fakoutowa. Styrani bohaterowie pożegnali się dotarłszy do pierwszego z namiotów.
- Nareszcie w domu… Do następnego razu Władku!
- Zawołaj mnie jak będziesz się jeszcze gdzieś wybierał. Zabawa była przednia, z chęcią stracę drugą rękę!
- Pa! – odwrócił się plecami do afromutanta i skierował kroki do namiotu. „Jeszcze tylko wypowiedzieć formułkę…”. Przekroczył próg swego lokum po czym wykrzyczał na cały głos – „To wszystko są bzdury!” i…
- JUŻ WIEM! WIEM! Ha! Wiem! Miałem iść do Jaskini Przypomnienia, żeby sobie coś przypomnieć!
Sami widzicie, że tym razem happy-endu nie było. Helmut von Bulbov zwany także Stanem postanowił, że nie wybierze się ponownie do „zawszonej jaskini durnego szczura”. Chcąc oszukać prawa rządzące tym światem wymyślił, że po prostu powie formułkę jeszcze raz i to, co zapomniał, znów sobie przypomni. Nie podziałało. Już do końca swego życia nie przypomniał sobie po co miał iść do Jaskini Przypomnienia. Władek niczego się po tej wyprawie nie dorobił. Był nawet stratny – zginęła jego ręka. Dłoń Władka zamieszkała na pustyni i zaczęła prowadzić spokojny tryb życia. Dożyła starości na swoim gospodarstwie agroturystycznym wraz ze stadkiem królików-prestidigitatorów. Benela za karę spuszczono w kiblu. Nawet nie miał im tego za złe, pułapki w rurach mu to zrekompensowały. Mr T zniknął i ponoć pisze jakąś książkę, czy coś równie głupiego.
A Mess? Został pierwszym postapokaliptycznym satelitą geostacjonarnym…

Dodaj komentarz