header image
 

Przypowieści Świata Zysku (remake)

10 luty 2007

Schludniej i wygodniej:
“Zbiór opowiadań nijakich”

Mało kto tak naprawdę wie, czym jest Świat Zysku. Wielu uważa tę krainę za jedyną pozostałość po wojnie nuklearnej, inni zaś twierdzą, że Świat Zysku to tylko wymysł w głowie szalonego płetwonurka, ale… Oni są w mniejszości. Tak, więc pozostańmy przy tej pierwszej opcji - wojnie, która zmieniła niemal idylliczny świat w niebezpieczne pustkowia bez jakichkolwiek szans rozwoju dla życia. Mimo wszystko, na zapomnianym przez bogów krańcu zrujnowanej planety ostały się pojedyncze oazy, wokół których skupiły się resztki niemal wymarłej cywilizacji - osiedlili się tam ludzie.

Jednym z takich właśnie punktów jest Fakoutowo, miasteczko leżące na pustynnej równinie pomiędzy Górami Pieprzowymi na północy, a Lasem Cichaczy na południu gdzieś na terenie Krain Wewnętrznych. Według legend, to właśnie tutaj znajdowało się centrum dawnego imperium ze stolicą w mitycznych Furmanach. Na chwilę obecną, jedyną rzeczą, która trzyma tu ludzi (i nie tylko) jest studnia niezanieczyszczonej wody. Samo Fakoutowo nie jest wielkie, bowiem składa się jedynie z dziewięciu namiotów, trzech szałasów, jednej budy i kawiarenki internetowej. Ta historia zaczyna się pewnego lipcowego poranka, gdy w jednym z namiotów na zachodnim skraju miasta miała odbyć się tradycyjna ceremonia…

Namiot, o którym mowa, to siedziba wodza wioski - Dżordża Frizbiego. Przez większość czasu służy on za mieszkanie Dżordża, w czasie świąt staje się jednak budynkiem użyteczności publicznej, w którym odprawia się wszelkie ceremoniały. W takim przypadku główne pomieszczenie wypełniano ławkami, na których zasiadali mieszkańcy, środek zaś pozostawiano na tradycyjne popisy wodza. Gdy niemal wszystkie miejsca siedzące zostały zajęte jeden z obecnych puścił pawia pod ławkę. Zgodnie z pradawnymi zapiskami rytuał połączenia trzech żywiołów zaczynał ekwilibrystyczny taniec prowadzącego obrzędy, tak więc nieco podstarzały już Dżordż Frizbi wstał ze swego miejsca, rozprostował nogi w rękach i stanął tuż przy ognisku zaczesując siwe włosy na stopach. Ubrany jedynie w chyba różowe (przynajmniej w zamierzeniach miały być takiego właśnie koloru) stringi, mężczyzna począł tańczyć z gracją pogryzionego przez szerszenie hipopotama. Tragizm sytuacji potęgował fakt, iż Dżordż jest osobą niemal idealnie okrągłą, więc i jego pokaźny brzuch począł podskakiwać w rytm rumby razem z nim dopóki przy większym wychyleniu nie wybił jednego z okien. Potłuczone szkło poraniło przechadzającego się i śpiewającego dromadera.

Frizbi nie zastanawiając się zbytnio nad zaistniałą sytuacją po ludzku spanikował wypróżniając przy tym swój organizm z całego zasobu gazów szlachetnych. Podmuch był tak ogromy, że jeden z obecnych mieszkańców miasteczka znajdujący się najbliżej Dżordża wyleciał przez wybite przed chwilą okno. Reszta towarzystwa wybiegła z namiotu z krzykiem na ustach. I całe szczęście, a nuż ktoś by zapalił zapałkę, i co wtedy? Tak czy inaczej w pomieszczeniu pozostał jedynie Bob - miejscowy twardziel. Nie poruszyła go wymiana gazów wodza wioski, ogólnie rzecz biorąc to Boba niewiele rzeczy ruszało. Był twardy jak towarzysz Lenin, a miejscami nawet jak sam Bruce Lee. Każdy mógł przyjść do niego ze swoimi problemami, a ten wysłuchał i nawet nie przygadywał głupimi komentarzami. Bob całymi godzinami mógł spoglądać w niebo, gwiazdy i rozmyślać. Niekiedy jednak zdarzało mu się za bardzo popaść w medytację i nie ruszać nawet najmniejszym z palców przez kilka dni. Ale to nie będzie opowieść o nim, gdyż jakiś czas później po dziwnym zapachu zgnilizny, stwierdzono, że Bob od kilku lat jest martwy.

Powróćmy jednak do naszego wodza wioski - Dżordż nieco podirytował się, gdy zrobiony przez niego przeciąg poprzez wybicie wszystkich okien brzuchem niewiele pomógł na niezbyt miły zapach unoszący się w namiocie. Prawdę mówiąc Frizbi cokolwiek by nie zrobił i tak nic by to nie dało, bowiem w jego mieszkaniu śmierdzieć będzie do końca wieczności. I jeden dzień dłużej. Zrezygnowany wódz pozostawił problem samemu sobie i wyszedł na codzienny obchód miasteczka, którym zarządzał. Wszystkie zabudowania Fakoutowa skupiały się wokół studni oraz stojącego nieopodal stoiska z lodami w gałkach prowadzonego przez Babę z lodami. Baba owa, bo tak miała na imię, swój biznes usługowo-handlowy prowadziła od bardzo dawna. W zasadzie nawet najstarsi Indianie, ci po paru transplantacjach i wielokrotnym przetłaczaniu płynów ustrojowych, nie wiedzą kiedy przybyła do Fakoutowa. W mieście ktoś niegdyś rozsiewał plotki, że Baba jest kobietą, ale niewielu w to uwierzyło. Jedno jest pewne - Baba jest stara jak brokuły w lodówce wikinga i nikt nigdy nie widział jej młodej. Dżordż postanowił rozpocząć codzienną podróż właśnie od jej stoiska.
- Dzień dobry, nazywam się Dżordż Frizbi.
- Po co się przedstawiasz, debilu? - odparła sympatycznie Baba.
- Bo nie jestem anonimowym alkoholikiem.

- Spieprzaj. - zachowanie Baby pewnie może szokować, jej niezwykle miłe usposobienie najprawdopodobniej wzięło się z tego, iż przed wojną pracowała w sklepie spożywczym, a jeszcze wcześniej - za komuny - również w sklepie spożywczym. Moim zdaniem to nie może być zbieg okoliczności. Zdegustowany Dżordż odszedł od kramiku i obrał kurs na kawiarenkę internetową. Spojrzał tylko przez ramię by jeszcze przez chwilę napawać się niezbyt ładną facjatą Baby, ale zamiast niej ujrzał dwugłowego osła kupującego lody z bitą śmietaną. Jeden z łbów miał wąsik, nałożony srebrno-niebieski kask i gogle.

- Dziwne… - rzekł sam do siebie Dżordż - jeszcze nigdy nie widziałem, żeby kupował z bitą śmietaną…

Mijając rodzinę myjącą papierowe talerze Frizbi kopnął kamień w kształcie gramofonu. Głaz trafił w szaro-zielonego kota uciekającego przez czterogłową szablozębną myszą. Tym incydentem rozpoczął się kolejny zwykły dzień w Fakoutowie. A należy zaznaczyć, że czas tutaj mierzy się nie za pomocą zegarków, a martwych zwierząt. Ot, na ten przykład zdechły koń to godzina dwunasta, słoń - pierwsza, tyranozaur - jedenasta, a kot - 6 rano, czyli umowny początek dnia. A przynajmniej Frizbiemu zdawało się, że tak właśnie jest.

Wódz uchylił seledynowe wrota zrujnowanej kawiarenki internetowej - jedynej konstrukcji zbudowanej z cegły - bez pukania i namysłu wszedł do środka. Ta kawiarenka to dziwne miejsce ściśle związane z duchami przodków. Nie ma w niej bowiem ani kawiarenki, ani tym bardziej internetu. W środku przed wielkim ściennym lustrem stał szaman Miryam. Chyba nie spodziewał się gości, gdyż miał na sobie różową sukienkę z szerokim dekoltem i blond peruczkę, twarz zaś niestarannie wymalowaną jakimiś kosmetykami. Biedak pomylił szminkę z tuszem to rzęs. Starannie wydepilowane długie nogi zdawały się rozpoczynać u samej szyi i kończyć dopiero dwa metry pod ziemią.
- Hej, po co się tak ubrałeś? - zaskoczył go Dżordż - Czyżbym przybył tu do ciebie ciut nie w porę?
- Eeee… Ten tego… - obracając się szamanowi wypadł zza dekoltu kartofel a z lewej ręki bakłażan - To część nowego rytuału… Nie zadawaj więcej pytań i nie mów o tym nikomu, bo przyjdę w nocy i zgwałcę cię aż do bólu pośladków.
- Nie no, bez paniki. Jesteśmy tolerancyjni… Hej, ludziska, szaman jest kobietą! Hej!
- No to sobie przebimbałeś… Oj, zaraz ci pokażę. A teraz… CHODŹ TUTAJ MALUTKI!!! HAHA!

Kilka godzin później wódz sztywnym kowbojskim krokiem wygramolił się z kawiarenki internetowej. Od tego momentu był już zupełnie innym człowiekiem, na jego twarzy wyrysował się szeroki uśmiech, włosy potargane na wszystkie strony falowały na ciepłym pustynnym wietrze. Z oddali usłyszał tylko: „Wpadnij kiedyś jeszcze…”.
- A wpadnę, pewnie, że wpadnę. - odpowiedział pod nosem masując przy tym lewą ręką tyłek.

Generalnie, szedł tam z inną sprawą, ale postanowił załatwić ją nieco później. Kolejnej dawki takich emocji jego spracowane serce chyba by nie przeżyło. Skierował swe kroki ku wschodniej części miasta gdzie mieszkała jego najbliższa rodzina, którą regularnie odwiedzał. Po drodze przywitał się jeszcze z wieloletnim znajomym - czarnoskórym mutantem i obszedł szerokim łukiem dwa żółwie grające w szachy i pijące czysty spirytus. Nie chciał się z nimi zadawać - one nie zagryzały po pierwszym. Malutki namiocik z budą dla świni obok, do którego dotarł po chwili odstawał nieco od zabudowań miejskich. Rodzina Frizbiego nie była zbyt popularna wśród mieszkańców Fakoutowa, w zasadzie lubił ich tylko listonosz, ale… Został wzięty za borsuka i zjedzony gdy pewnego dnia się nie ogolił.

Na rodzinę Dżordża składał się jego syn Harumplimił, żona jego syna Hacjenda oraz dwoje ich dzieci a zarazem wnuczęta Frizbiego. Kobieta właśnie wieszała wyprane skarpetki zrobione z chomiczych rzęs, nie zobaczyła wodza, bo stała bokiem. Dżordż bez pukania władował się do środka i zastał tam jedynaka molestującego swoje dzieci. Niegdyś Frizbi przez długi okres czasu usilnie próbował rozwiązać nurtującą go zagadkę - dlaczego jego żona nie wyglądała na to by była w ciąży? Problem leżał pewnie w tym, że nie należała do najszczuplejszych przedstawicielek swojej płci, w końcu była z lekka przerośniętą krową himalajską. Tak czy inaczej jakimś cudem na świat przyszedł Harumplimił, który właśnie molestował dwójkę dzieci.
- Czegoś tu chciał stary pierdzielu?
- Przyszedłem was odwiedzić, przecież wiesz jak was kocham.
- Wynoś się włazidupie! - skwitował go syn. Na te słowa z szafki na buty wypadł całkiem nagi i oburzony sąsiad. Zabulgotał coś pod nosem, po czym opuścił namiot.
- Chciałem się spotkać z wnukami, przecież wiesz jak je kocham.
- Wstawać bachory! - wrzasnął na leżące na łóżku dwa nieduże worki pełne ziemniaków.

O dziwo, wylazły z nich dżdżownice, które zapewne odleciałyby do cieplejszych krajów, gdyby miały skrzydła. No, a że ich nie posiadają, to musiały zostać i udawać worki ziemniaków. Nawet nie wiecie jak trudno jest przekonać ludzi, że jest się workiem ziemniaków. Obyście nigdy nie musieli się przekonać o tym na własnej skórze! Niespodziewanie do pomieszczenia wparowała posępnie żonka Harumplimiła, brzydka jak zad koczkodana w listopadową noc Hacjenda. Byle ghul jest przy niej jak miss mokrego worka nawozu. Ociec jej był meksykańskim wiertłem na platformie wiertniczej, a matka ponoć gorylicą i nazywała się Dżordż (imię jej nadano po ojcu męża jej córki). Nie zraziło to ojczulka - Pleksiglas było mu na imię. Koniec końców gorylica Dżordż była jedyną istotą podobną do kobiety w promieniu jakiegoś tysiąca kilometrów.
- Czeguś tó hcioł story gżybje?! - wrzasnęła w progu niczym troglodyta po zatłuczeniu murchlawki. Aż Frizbiemu się zrolowały sznurówki przy sandałach.
- Ddddd zieeieeciom bajeczkę opowiedzieć… – jąkał się nieco, to pewnie przez wrzody.
- Znłowó jem jerotikuf nałopoiwados i zesztresója młoje fraglesy i ne bedo iaików znosić. A sama ih do domó noosić nie bede. - w jej głosie dało się wyczuć lekkie potknięcia językowe.
- Ty naucz je znosić cenne przedmioty! - dodał Harumplimił.
- Dobrze, tym razem im opowiem coś innego, ale się zgódźcie.
- Duba, masz ino godzine.
- Ale wy jesteście kochani! Dzięki bogom, że mam taką świetną rodzinę! - rzekł Dżordż spoglądając w górę, unosząc przy tym ręce w pochwalnym geście. To sarkazm, albo po prostu Dżordż był durniem.
- Gnoje! Wyłazić! - ryknął syn wodza.

Dwie istoty wypełzły spod szafy. Nikt normalny by nawet nie pomyślał, że to wnuki Frizbiego - Maurycy i Hawranek. Z tym, że Hawranek to była dziewczynka. Swoim wyglądem mogli uleczyć z zaparć piec kaflowy - twarz chłopca przypominał kaloryfer wrzucony pod osiemnastokołowca, a jego siostry zepsuty tranzystor.
- Chodźcie wnusie!
- Dziadzia! - krzyknęły razem, a w chwilę potem zaczęły gryźć go po nogach.
- Co wam dzisiaj opowiedzieć?
- Erotika!
- Nie, obiecałem rodzicom, że już nie będę wam o tym opowiadać.
- Uuuuu - zawyły dzieci - opowiedz nam o wojnie!
- To będzie długa historia…

To, co wam za chwilę opowiem, zdarzyło się bardzo dawno temu. Gdy środki przeczyszczające smakowały jak środki przeczyszczające, psy nie jeździły na gąsienicach a kobiety przypominały choć trochę człowieka. Hawranek, czy mogłabyś mnie nie lizać po stopie? O, dziękuje. Za górami, za lasami, za Uralem żył sobie pan Breżniew. Świnia spijała się codzienne, nikt nigdy go chyba nie spotkał trzeźwego. Toteż pan Breżniew postanowił sobie pewnego dnia zrobić zupę grzybową. Poszedł do lasu i zaczął zbierać te najdorodniejsze - czerwone grzyby z takimi białymi plamkami. W domu jeszcze spotkał Godzillę i zabił ją szpachlą murarską. Jak się okazało później, jego żona zapomniała założyć okularów, ale nie jest to teraz ważne.

Przyrządzonej zupy skonsumował cały garnek i dostał po niej ogromnych wzdęć, które nawet przybierały kształty i kolory. Najczęściej pojawiały się w postaci takich bajecznych a zarazem wieeelkich grzybów. Nie zdziwił się nawet i zapalił w kominku. Niestety traf chciał, iż podczas oswabadzania kolejnej serii gazów przechodził obok ognia… W ten sposób wyparowała duża część okolicy, a na niebie pojawił się ogromny atomowy grzyb. Źli i podstępni amerykańscy masoni słuchali wtedy audycji ze śpiewającymi chomikami. A jako, że jeden z nich był wrażliwy na zapachy - fiknął plecami na guzik i aktywował całą rezerwę bomb nuklearnych. Te zaś posłane zostały prosto na największe miasta ówczesnego świata. Ludziom to się średnio spodobało, więc pochowali się do ustępów czy też innych schronów. Tym oto sposobem dzięki panu Breżniewowi mamy taki wspaniały świat. Ah, i jeszcze jedno. Nie prawda, że karaluchy są w stanie przetrwać atak nuklearny. Nie były nawet zdolne uciec przed głodnymi ludźmi…

A jaki jest morał z tej historii? Em… No właśnie. Hm. Morał? No, wiecie dzieci. Rozumiecie, prawda? O, to dobrze. Mówiłem, żebyś mnie nie gryzł.

- Dobra dzieci, a teraz podejdźcie. Dziadzia ma coś dla was - Dżordż wypowiedział z szatańskim uśmiechem na ustach wyciągając zza pleców bicz i metalowy łańcuch.

~ autor tedeward w dniu luty 10, 2007.

Napisz odpowiedź