header image
 

Final Revenge! Atomic Edition

19 styczeń 2007

Schludniej i wygodniej:
“Zbiór opowiadań nijakich”

Noc spuściła na miasto zasłonę mroku. Ciężkie i duszne powietrze zapowiadało rychłe nadejście potężnej burzy. Stopniowo, z każdą kolejną minutą niebo zaczęły rozdzierać pojedyncze błyskawice. W pewnym pokoju o różowych ścianach nadal pracował komputer. Światło bijące z monitora pozwalało stwierdzić, iż przy komputerze siedzi jakaś postać. Jeden z piorunów uderzył na tyle blisko, by błysk światła nim spowodowany był w stanie ujawnić tożsamość tego człowieka. To był on. Tedeward…

Tedeward właśnie redagował kolejne wydanie swojego autorskiego magazynu o chlubnej nazwie „Tedi’s Magazine”. Tej nocy nie miał zbyt wielu rzeczy do zrobienia, gdyż większość tekstów już została napisana, a layout wydawał się być wystarczająco dobrze ukradziony z innych zinów internetowych. Ustalił, że po kolacji podziękuje listownie redaktorom naczelnym tych magazynów za pomoc. Pomysł ten ulotnił się z jego umysłu szybciej niż tam pojawił. Otóż spoglądając na zegarek w prawym dolnym rogu ekranu dostrzegł, iż nastała właśnie godzina czwarta w nocy i do kolacji jeszcze bardzo daleko. Zaniechał dalszych planów i powrócił do edycji jednego z tekstów. Po skończonej robocie przeszedł do najważniejszej rzeczy na całym świecie. Przeszedł do pisania Wstępniaku!

Jednak coś stało na drodze, jakaś siła, która nie pozwoliła mu tego zrobić. Nie mógł jej pokonać, więc musiał się jej podporządkować. Obsługując to skomplikowane narzędzie, jakim niewątpliwie jest myszka komputerowa, w menu kontekstowym zamiast kliknąć na „Edytuj”, kursor skierował o jedną pozycję za wysoko, przez co jego klik trafił na… „Drukuj”.

W mgnieniu oka procesor przetworzył dane i zainicjował proces drukowania. Ułamek sekundy po tym Drukarka stojąca zaledwie krok od Tedewarda przebudziła się ze swego metalicznego snu i rozpoczęła to, co nieuniknione. Wielu z was zapewne nie wiedziałoby, co począć w tak dramatycznej sytuacji, ale Tedeward wiedział. Podniósł się z krzesła niczym sprinter z bloku startowego i biegiem ruszył w stronę Drukarki. Sekundy zamieniały się w minuty, minuty w kwadranse, kwadranse w godziny, godziny w doby, doby w tygodnie, tygodnie w miesiące, miesiące w lata, lata w dekady, dekady w stulecia, stulecia w… mniejsza o to, w co zamieniały się stulecia, w każdym razie na pewno w coś bardzo długiego. W tym samym czasie posępna Drukarka wciągnęła do połowy pierwszy blok papieru. Gdy wreszcie Tedeward dobiegł do piekielnej maszyny, szybkim ruchem ręki chwycił za Bogu ducha winną kartkę pochłanianą przez potwora i począł ją energicznie wydzierać z gardła swego przeciwnika.

Akcja ratunkowa powiodła się - Tedeward uratował papier, ale nie był to koniec ich walki. Oto, bowiem Drukarka zaczęła wypluwać wciągane kartki z prędkością karabinu maszynowego w stronę ostatniej nadziei ludzkości. Tedeward czyniąc uniki niczym Neo bądź inny ekwilibrysta, uratował skórę przed poszatkowaniem ciała papierem pierwszej jakości. Był tylko jeden sposób by pokonać Drukarkę-Demona i on go wykorzystał. Ujął w dłoń wszystkie pozostałe karteluszki będące w gardle potwora, uniósł do góry w triumfalny geście i odłożył na bok. Drukarka nie miała już czym zaatakować.

Był w przekonaniu, że piekielna machina odpuści sobie dalsze próby pozbawienia go życia, więc powrócił do swoich wcześniejszych zadań. Jednak zapomniał o najważniejszej rzeczy na całym świecie - o Wstępniaku! Dość niegrzecznie przypomniał mu o tym budzik, który zadzwonił punktualnie o 6 rano. Zasiadł do pisania, lecz leżąca nieopodal sterta kartek nie dawała mu spokoju. Jego pedantyczna natura nakazała mu odłożyć je w prawowite miejsce - do gardła Drukarki. Mylił się, sądząc, że potwór poddał się i zrezygnował z krzywdzenia kartek. Gdy tylko pierwsza z nich dotknęła Drukującej Bestii ta znów się obudziła i wciągnęła wszystkie naraz. Tedeward także nie dał za wygraną i obaj herosi („clash of the titans”) poczęli wyrywać sobie surowiec o tajemniczej nazwie „Papier”. Wiele kartek ucierpiało, niektóre zginęły poprzez rozdarcie, inne zaginęły w akcji bądź też zostały ranne. Ale Tedeward zwyciężył. Zwyciężył, bo wpadł na pomysł, na który nie wpadłby nikt inny. Włączył przycisk wyłącz. Na ten fakt Drukarka zdążyła tylko klapnąć pokrywą ze zdziwienia, po czym ponownie zapadła w swój mistyczny sen. Śpiący gigant nie był już w stanie zagrozić kartkom w swoim gardle, więc Ted bez problemu uwolnił je wszystkie.

Pewnie wielu z was myśli, że to już koniec, ale Tedeward wiedział, że nie. Był pewien, że Drukarka zemści się przy najbliższej okazji i odgryzie mu rękę, gdy tylko będzie chciał wydrukować zdjęcie swojego piżmaka. Postanowił więc się zabezpieczyć na przyszłość i wyrzucił Drukarkę przez okno swego pokoju o różowych ścianach uprzednio obwiązując ją grubym łańcuchem. Gdy Mechaniczny Demon wylądował na trawniku przed domem, Tedeward wypowiedział swoje kultowe zdanie: „Go to hell and never come back!”. Teraz był przekonany, że coś takiego nigdy już się nie wydarzy. Co więcej, wmawiał sobie, że to ich ostatnie spotkanie, ale nie wiedział jak bardzo się mylił… Wyjątkowo szybko skończył pisać Wstępniak i poszedł spać. Obudziwszy się nie spojrzał za okno, a powinien, bo Drukarki już tam nie było…

***

W pokoju panowała nieprzenikniona ciemność. Mrok skutecznie skrywał większą część pokoju, a jedynym źródłem emitującym światło był monitor komputera, który tylko nieznacznie ujawniał okolice biurka. Na ekranie widniała strona z poczciwego Notatnika zapisana dziwacznymi komendami i poleceniami w języku HTML. Niespodziewanie, w przeciwnej części pomieszczenia zaobserwować można było jakiś ruch. Po chwili, niczym czarny lampart po podłodze zaczął czołgać się On - Tedeward.

W kilka sekund później siedział już na krześle obrotowym przed komputerem, chwycił w swą zwinną dłoń myszkę i zamarł. Oto, bowiem w całym domu rozległo się donośne pukanie w dębowe drzwi prowadzące na podwórze. Bez namysłu opuścił swój pokój o różowych ścianach i przechodząc przez krótki korytarz dotarł do drzwi wejściowych. Przekręcił dwa razy klucz w zamku, po czym uchylił nieco wrota. Przed domem stał wysoki mężczyzna w mundurze listonosza. Na ramieniu miał zawieszoną skórzaną torbę, a pod pachą dzierżył dziwne szare pudło. „Pan Tedeward?” - nieznajomy zapytał grobowym tonem obrzucając rozmówcę lodowatym spojrzeniem obojętności w taki sposób, że aż Tedowi zamarzł ziemniak skryty w jednej z kieszeni jego namiętnych slipów. Niezrozumiałym bulgotem i kiwaniem głową potwierdził te słowa. „Mam dla pana paczkę, musi pan tutaj podpisać” - kontynuował mężczyzna. Po załatwieniu formalności Tedeward odebrał z jego rąk ciężkie pudło. Gdy przechwytywał przesyłkę dostrzegł na palcu wskazującym prawej ręki listonosza dziwny sygnet w kształcie banana.

„Cóż to może być? Sprawdzę rano” - myślał wracając do swojego pokoju. Rzucił paczkę w kąt okrytego mrokiem pomieszczenia, wyłączył komputer i położył się do łóżka. Tuż nad ranem obudził go przerwany krzyk, tak donośny, jakby istota go wydająca stała tuż za ścianą. Gdy tylko ocknął się z sennego letargu, stwierdził, iż był to jedynie dźwięk z pogranicza jawy i snu. Element, który jego umysł przeniósł do rzeczywistości z krainy marzeń. Darował sobie dalsze rozważania i ponownie zanurzył się w objęcia Morfeusza.

***

Pierwsze promienie słoneczne wpadające przez okno obudziły go pieszcząc jego wystające spod kołdry stopy. Dopiero teraz dokładnie było widać cały pokój. Wzrok Tedewarda przykuł jeden z kątów pomieszczenia, w którym spoczywało rozpieczętowane szare pudło. Nie przypominał sobie, by je wczoraj otwierał. Najbardziej zdziwiło go jednak to, że paczka była zupełnie pusta. Podrapał się po głowie i poczłapał w stronę kuchni.

Wziął ze stołu nieco nieświeżą bułkę i cofnął się do lodówki. Kolejny raz na jego twarzy pojawiło się zdziwienie. Ostatni raz, gdy uchylał drzwiczki skarbnicy z jedzeniem była ona zupełnie pusta, a obecnie znajdowała się w nim szynka i żeberka. Nie przypominał sobie, by w tym tygodniu kupował któreś z nich. „Skleroza się do mnie dobiera” - myślał. Jego mózg szybko skojarzył fakty - „Aaa! W tym pudle była szynka i żeberka! Genialnie Szerloku!”. Przeciął bułkę w pionie zygzakiem na dwie równe części, lewą posmarował masłem i położył nań plasterek szynki. Gdy zmierzał z powrotem do swego pokoju-pracowni w jego nagą stopę wbił się w jakiś przedmiot. Nachylił się i ujrzał identyczny sygnet, który miał na palcu listonosz. „Co on tu robi? Może to jakiś chwyt reklamowy?” - zadał sam sobie pytanie retoryczne, bo przecież oprócz niego nikogo w pomieszczeniu nie było… A może jednak był i Ted wiedział, że jest, więc powiedział swoją kwestię? A być może jednak nie wiedział, bo nie ma i wyszedł na kretyna? Albo i jest, a on nie wie, a i tak to powiedział, bo jest głupi? Tak czy inaczej schował znalezisko do kieszeni i szybkim krokiem wrócił do łóżka. Opuszczając kuchnię dojrzał jeszcze kątem oka rozlany na parapecie ketchup, ale pewnie i tak nie był pierwszej świeżości.

Skonsumował śniadanie i zasiadł przed komputerem. Błądząc wzrokiem po jednej ze ścian dotarł do pustego miejsca tuż obok biurka. To właśnie tam stała drukarka dopóki jej nie wypierniczył przez okno. Brakło mu czasu na zakupienie nowej, prawdę mówiąc nawet nie chciał tego robić. Wspomnienia szargały jego umysł nie dając mu spokoju, te wydarzenia odcisnęły piętno w jego psychice.

***

Dzień minął wyjątkowo szybko. Za oknem kłębiły się szare chmury zasłaniające nocne niebo. Wszystko wskazywało na to, że jeszcze tej nocy będzie padać deszcz. W pewnym momencie komputer sam się wyłączył. Tedeward wytłumaczył sobie, że spowodowała to najzwyklejsza przerwa w dostawie prądu. Od niechcenia wyjrzał za okno - u sąsiadów elektryczności nie brakowało, ale przecież on także zapłacił wszystkie rachunki…

Od kilkudziesięciu minut siedział na łóżku skąpany w ciemności. Siedziałby tak pewnie do rana, gdyby nie szelest, który usłyszał. Z braku lepszego zajęcia postanowił zbadać okoliczności jego powstania. Latarka była tam gdzie zwykle, w jednej z szuflad biurka. Wziął ją i kierowany ciekawością podążył za dziwnym dźwiękiem. W tym samym czasie na dworze zaczął padać silny deszcz. Prowadzony tak Ted dotarł do dębowych drzwi wiodących na podwórze, otworzył je i szybko cofnął się, gdyż zimne krople deszczu spadły mu na kark. Nakrył się dywanem leżącym w korytarzu i wybiegł z domu by ostatecznie zlokalizować źródło dźwięku, który doprowadził go do kurnika.

Im bliżej tego budynku się znajdował, tym dźwięki stawały się głośniejsze. Wreszcie niepozorny szelest okazał się przerażającym jękiem dochodzącym z kurnika. Nie trudno było zauważyć, że drzwi do tego budynku zostały dopiero co wyważone. Bez namysłu wszedł do środka i skamieniał jak wąż polany dichlorobromowodorem - tuż przy wejściu porozrzucane były ciała martwych kur. Latarka pozwoliła mu w ciemnościach dostrzec coś na kształt ogona wystającego zza beczki. Zrobił jeden krok do przodu i ujrzał metalowego stwora gryzącego ostatniego z hodowlanych brojlerów. Złym posunięciem było zbliżenie się do beczki, ale Tedeward przekonał się o tym dopiero po tym jak stwór obrócił się i ukazał swe oblicze - to Drukarka, ta sama, którą kiedyś już pokonał. Ted wydał z siebie tylko niezrozumiały jęk parafrazujący przeczyszczanego słonia, obrócił się na pięcie i uciekł jak najszybciej mógł.

Wyjątkowo szybko dobiegł do domu i już w chwilę później drzwi i wszystkie okna były zamknięte na przysłowiowe cztery spusty. Wiedział, że skoro kurczaki nie dały sobie rady i Drukarka zrobiła z nich kotlety mielone z bazylią, to i on łatwo mieć nie będzie. Widział siebie w roli następnej ofiary bezdusznego demona. A noc nie była jego sprzymierzeńcem, musiał poczekać do rana i wtedy się przygotować. Tylko tak mógł ponownie pokonać Drukarkę.

***

Poranny wiatr przegnał kłębiaste chmury i zrobił miejsce na letnie popisy słońca. Tedi nie spał całą noc, nawet nie próbował. Wiedział, że i tak nie zmruży oka. Przez cały ten czas przygotowywał plan obrony. Gdy tylko pierwsze promienie wpadły do pokoju, gwałtownie wstał z łóżka i pobiegł do kuchni.

Chwycił największy nóż, jaki znalazł i zaniósł go do pomieszczenia o różowych ścianach, który ochrzcił Punktem Obrony. W tym momencie żałował, że nie miał w domu tasaka. Nóż nie mógł jednak wystarczyć do wygrania tej bitwy, w tej sytuacji potrzebne było coś większego kalibru. Jedynym rozwiązaniem była siekiera i młotek znajdujące się w kurniku.

Tedeward zakradł się powoli do miejsca rzezi cały czas czując jej obecność. Wiedział, że Ona/On jest gdzieś w okolicy. Delikatnie odsunął wyrwane z zawiasów drzwi. Siekiera znajdowała się tuż obok, ale gdzie młotek? Odnalazł go przeciwnym kącie, tam gdzie w nocy spotkał Drukarkę. Prawdę mówiąc tego narzędzia nie można było nazwać „młotkiem”, bardziej na miejscu byłoby tu „młot” albo nawet „młocisko”. Bez względu na nazewnictwo, Ted musiał go odzyskać, jeżeli chciał przeżyć. Gdy miał go już w zasięgu ręki niespodziewanie coś wyskoczyło zza skrzynki stojącej w drugim kącie. Ujął szybko siekierę w obie ręce i rozciął na dwie równe części nadlatującą istotę. Okazało się, że był to ostatni żywy kurczak.

***

Zatargał cały zgromadzony sprzęt do pokoju. Wtedy coś go tchnęło. Być może był ostatnią nadzieją ludzkości, być może wszyscy sąsiedzi nie żyją i został sam? Przez dalszą część dnia nic się nie wydarzyło, a noc przyniosła niezbyt miłe wieści - w żadnym z domów w okolicy nie świeciła się nawet najmniejsza żarówka.

Zbliżała się północ. Tedeward wprowadził w życie swój plan obrony - otworzył na oścież drzwi wejściowe i kryjąc się w mroku z siekierą w ręku czekał na intruza. Godziny spokoju odcisnęły się na samopoczuciu Tedewarda - stał się bardzo śpiący. W pewnym momencie przysnął na kilkanaście minut. Po przebudzeniu w jego rękach spoczywało zupełne nic. Zdziwiony począł szukać swej zguby, ale w jednej chwili przerwał mu to donośny, szyderczy śmiech. Wtem z mroku wyłoniła się Drukarka, a obok niej leżała zagubiona siekiera i młot. Ted skoczył na proste nogi i kopnął między diody metalowego stwora. Chwila przewagi pozwoliła mu sięgnąć po młot. Drukarka nie była dłużna i pociągnęła kablem po twarzy swego przeciwnika, zostawiając ślad w postaci przekątnej czerwonej kreski. Tedeward zamachnął się i trafił swym orężem w sam środek metalicznego cielska demona. Zamachnął się drugi raz i ponownie uderzył, i jeszcze raz, i znowu… Tak się rozpędził, że uderzał w Drukarkę przez następne kilkanaście minut. „Hail to the King baby!” - rzucił kładąc młot na ramieniu.

Drzwi wejściowe same się zamknęły, a dywan zwinął w trójkącik…

***

Gęsta mgła okryła całe miasteczko. Nie było widać już ogołoconych z liści, złowrogo wyglądających drzew, większość domów w okolicy zalała mleczna poświata. Widoczny pozostał jedynie krótki fragment mokrej, asfaltowej drogi. Ostatnia świecąca lampa uliczna stanowiła swoistą enklawę pośród mroku. Jej światło tworzyło wokół siebie posępne, opętane szaleńczym tańcem cienie. W takiej sytuacji żaden normalny człowiek nie opuściłby swojego ciepłego domostwa… Normalny… W oddali dało się usłyszeć ciche kroki bosych stóp, z każdą sekundą coraz głośniejsze. Wnet, z gęstej mgły wyłonił się On. Ubrany był jedynie w niebieską podkoszulkę i czarne slipki. Biegł ile miał tylko sił w nogach. Minął lampę rozświetlająca noc, po czym wstąpił z powrotem w mrok opuszczając przy tym jedyny widoczny punkt w tej części miasta. Oddalił się. Dźwięki jego bosych stóp ucichły. Niespodziewanie On wykrzyczał przeraźliwie jedno zdanie: „TO NIE ON!”. Zaciemnione domy pozostały głuche na jego wołanie, zupełnie tak jakby stały puste od wielu lat. Ułamek sekundy później ostatnia świecąca lampa uliczna zgasła…

***

- Przyjechałem najszybciej jak tylko mogłem. Co się stało? - zapytał wchodzący do pomieszczenia mężczyzna o pociągłej twarzy. Zdawało się, że jego twarz sięgała samej podłogi. Był niski, głowę zdobiła bujna, nieuczesana czupryna. Ściągną czarny płaszcz i umiejscowił go na stojącym tuż przy drzwiach wieszaku. W pokoju znajdowały się dwa zsunięte do siebie biurka, a na nich komputery. Przy jednym siedział nieco grubawy mężczyzna.
- Ot, kolejne morderstwo Jack. - odrzekł ten drugi.
- Nie chcesz chyba powiedzieć, ze ofiara zginęła w ten sam sposób?
- Niestety… Który to już? Trzeci?
- Tylko mi nie mów, że ofierze ukradli… No wiesz co. - gruby nie odpowiedział, spojrzał tylko na niego porozumiewawczo.
- Ehh… - westchnął Jack. - Bob, masz wyniki sekcji?
- Jeszcze nie, chyba dopiero ją przeprowadzają. Ale sądzę, że to będzie…
- Uduszenie kablem… - przerwał mu.
- Chodźmy do naszej pani rzeźnik. Może już sobie poćwiartowała delikwenta. - Bob poprawił krawat, dopiął guzik białej koszuli i wstał podciągając spodnie zawiązując przy tym sznurówkę lewego buta.

***

Dotarcie do celu nie zajęło im dużo czasu, wystarczyło przejść przez wąski korytarz i przystające do niego dwa pokoje. Sekcja była zakończona, lecz w pomieszczeniu oprócz zwłok nie znaleźli nikogo. Ciało leżało na metalowym stole odkryte, obok Jack dostrzegł zbiór narzędzi, które nie spodobałyby się denatowi za życia. Na ściennej półce stały cztery słoje wypełnione konserwującą substancją i dodatkowym ‘bonusem’. Zapieczętowane w nich były pluszowe maskotki przedstawiające postacie z filmu „Kubuś Puchatek i Hefalumpy”.

Kolejna ofiara to mężczyzna w średnim wieku, twarz pozostała w stanie nienaruszonym, jedynie na szyi widoczna była rana zadana w wyniku uduszenia, dodatkowo korpus wyglądał jakby pogryzło go jakieś dziwaczne zwierze o dość tępym uzębieniu. W pomieszczeniu pojawiła się gospodyni tego przesyconego stęchłym zapachem śmierci przybytku. Długie czarne włosy, lodowate spojrzenie i kredowo biała cera przynosiła na myśl bardziej samą Śmierć niż człowieka.
- Witam panów… - wycharczała kobieta, aż Jack’owi zjeżyły się włosy na nogach, chociaż co wieczór starannie je depilował.
- Myśmy przyszli po wyniki sekcji. - po chwili ciszy odezwał się dość nieśmiało Bob.
- Jeszcze ich nie sporządziłam, ale mogę ogólnie opowiedzieć o naszym przyjacielu.
- Już się nie możemy doczekać. - dodał Jack.
- Ofiara została zidentyfikowana jako Dżony Batonik. Główną przyczyną śmierci było uduszenie, tak jak w przypadku poprzednich dwóch zabójstw, na ciele znalazłam kilkanaście ran szarpanych nieznanego pochodzenia.
- Eeee… Dziękujemy za prezentację. To nam wystarczy… Chyba już pójdziemy.
- Nawet szybciej niż chyba.
- W takim razie żegnam panów…
Obaj pośpiesznym krokiem opuścili sterylne pomieszczenie.
- Coś mi tu nie pasuje, myślisz, że to jakiś seryjny morderca?
- Jack, to przecież już trzecia ofiara…
- No, ale ta kradzież…
- To tylko potwierdza, że mamy do czynienia z psychopatą! Kto normalny zabijałby tylko po to, żeby ukraść komuś drukarkę do komputera?
- Może masz rację…
- Dobra, ja pojadę jeszcze raz na miejsce zbrodni, a ty poszukaj w internecie podobnych przypadków, ok?
- Nie ma sprawy. - każdy z nich oddalił się w swoją stronę. Chwilę później dało się usłyszeć cichy odgłos piłowanej nogi.

***

Jack całe dwie godziny poświęcił na przeszukiwania internetu, z czego połowę tego czasu wykorzystał na odwiedzenie swoich ulubionych stron z hentaiami. Bardzo lubił ten typ sztuki, ale uznawał tylko klasyczne hentaie, gardził zaś rysunkami przedstawiającymi spółkujących gejów. W jednej chwili w jego spodniach coś zaczęło drgać, a z każdą sekundą wibracje przybierały na sile. Nagle, miejsce w okolicy rozporka rozbłysło całą gamą różnobarwnych świateł. Jack sięgnął tam ręką i wyciągnął komórkę - właśnie dzwonił do niego Bob.
- No, co tam? Masz coś ciekawego?
- Dziesięć metrów od domu zamordowanego znalazłem stertę podartych kartek. Strasznie uświnione jakimś keczupem. Keczup smaczny.
- To chyba nic ważnego?
- Zapewne nie. W necie są jakieś podobne przypadki?
- I tu się zdziwisz. To nie pierwsza taka sprawa. Dwa morderstwa w Brazylii, jedno w Hiszpanii i Australii, trzy w Japonii… Najgorsze jest to, że za każdym razem ginie ta cholerna drukarka!
- Musimy nawiązać kontakt z… Ugh.
- Bob, co się stało? Bob? Bob?!

***

- Przyczyna zgonu jest ta sama. - charczący głos ranił swym dźwiękiem uszy, ale zdawałoby się, że Jack w ogóle nie słyszał wypowiadanych słów - Kabel wokoło szyi, plus rany na ciele. Tak jakby po uduszeniu ktoś chciał mieć pewność, iż Bob nie żyje. Jack!
- Hę?
- Słuchasz mnie?
- Tak, tak. Eeee… Muszę iść, szef mnie wzywa. - przykrył leżące na stole ciało swojego partnera i wyszedł z pomieszczenia. Komendant miał biuro na drugim piętrze w nie-tak-znowu-małym pomieszczeniu na końcu korytarza. Jack wiedział, że go oczekuje, ale dla pewności zapukał do drzwi. W pomieszczeniu przebywały dwie osoby. Od strony okna siedział gruby, łysiejący murzyn z dymiącym cygarem w ustach - to właśnie był jego szef. W drugim mężczyźnie rozpoznał swoją żonę, ale to tylko złudzenie, bo Jack nigdy nie miał żony.
- O, jesteś Jack, bardzo mi przykro z powodu Boba.
- To było dawno, już się zdążyłem z tym pogodzić.
- No to dobrze, przedstawiam ci Josepha Hundredear’a. Od dziś to twój całkiem nowy, jeszcze nie znoszony partner.
- Witam. - Hundredear był wysokim mężczyzną z małą okrągłą głową i krzywym spojrzeniem. - możesz do mnie mówić Joseph Hundredear.
- Zapamiętam. Szefie, znaleźliście cokolwiek w pobliżu miejsca zabójstwa?
- Nic, żadnych śladów, odcisków ucha ani nawet nazwiska sprawcy!
- Właśnie dlatego zamknięto śledztwa w innych krajach. Brak podejrzanego. - dodał Joseph.
- A ty skąd możesz to wiedzieć?
- Interesuje się tą sprawą, sam poprosiłem szefa żeby mnie tutaj przydzielono.
- To co robić Szerloku?
- Mamy przewagę nad tymi z innych krajów. Bo my mamy Jego. I trzeba nam się z nim skontaktować.
- Jego? Znaczy, kogo?
- To dziwak, kiedyś był naczelnym jakiegoś magazynu…
- A dzisiaj?
- Eee… Przeprowadza staruszki przez jezdnię.

***

- Pomogę pani przejść, dobrze?
- O, dziękuje młodzieńcze.
Babcia zrobiła dwa kroki, a gdy już znalazła się na ulicy, On zabrał starowince laskę, po czym przeprawił się sam na drugą stronę jezdni.
- No niech pani idzie szybciej, zaraz będzie czerwone światło. - staruszka poczęła dreptać w miejscu - No co pani tam tak długo robi? Ja wyciągam do pani pomocną dłoń, a tu…? – nagle, zza zakrętu wyskoczył zielony autobus prowadzony przez grubą kobietę z brodą, pasażerami były jadące na pielgrzymkę pięćdziesiąt dwie zakonnice i jeden górnik. Z autokaru dobiegały dźwięki piosenki „Satisfaction” zespołu The Rolling Stones, gdy staruszka wzbijała się w powietrze pośród tumanów kurzu.
- Eh, nawet nie podziękowała. Fajna laska. - On pokuśtykał chodnikiem w stronę swojego domu. Przeprowadził się tu trzy miesiące temu. Osiedle składało się wyłącznie z domków jednorodzinnych ulokowanych wokół dwóch równoległych do siebie ulic. Było tu przytulnie, bardzo zielono, a i sąsiedzi mili, bo mu nie kradli mleka z jego własnej krowy. Ta okolica była specyficznym lekarstwem na jego problemy psychiczne, pozwalała mu zapomnieć miejsce, w którym mieszkał poprzednio. Na trzy metry przed podjazdem, drogę zajechał mu czarny van. Boczne drzwi rozsunęły się, a On w środku ujrzał dwóch mężczyzn celujących do niego z półautomatycznych strzelb. Przysiągłby, że jeden z nich to żona tego drugiego, ale okazało się to niczym ponad przywidzenie, bo ten drugi to była kobieta.
- Dzień dobry, zastaliśmy Jolkę? - zapytała kobieta.
- Nie, wyszła. Do Mongolii.
- Ach, to wpadniemy później. - drzwi zasunęły się, a czarny wóz odjechał. „Mili ludzie” pomyślał On chwytając za klamkę drzwi wejściowych do swojego domostwa. Miał już przekręcić klucz w zamku, gdyby nie to, że ktoś chwycił go za ramię.
- Dzień dobry, czy to pan Tedi Preclovitz? - zauważył, że mężczyzna wcale nie złapał go za bark. Nieznajomy trzymał go za nogę.
- No raczej…
- Detektyw Joseph Hundredear i detektyw Jack Beathorse.
- Słuchajcie panowie, ta marihuana wcale nie była moja!
- Nie o to chodzi.
- Ah… Ta maszyneria w piwnicy wcale nie służy do pędzenia bimbru! - przerwał Hundredear’owi.
- Chodzi o Drukarkę. - wyjaśnił Beathorse.
- Umba… - nic więcej nie zdołał wystękać.

***

W dwadzieścia minut później byli na posterunku miejscowej policji. Przez ten cały czas Tedeward nie odezwał się ani razu, był w szoku. Miał nadzieję, że to Coś już nigdy nie powróci. Już był bliski wymazania z pamięci tego zdarzenia. Chciał sobie wmówić, że wtedy zniszczył tego Demona. Jego największy wróg pozostawał jednak na wolności i zapowiadało się na to, iż ponownie się spotkają.
- Mamy straszliwy problem - zaczął Jack - seria niewyjaśnionych morderstw nie tylko tutaj, ale i na całym świecie. Ofiary zostają uduszone, a z ich domów znikają drukarki do komputera.
- Wiemy co pan przeżył - kontynuował Joseph - jest pan jedyną osoba, która przetrwała tę rzeź…
- Owszem… Ale Jego nie pokonałem… Do tej pory nikt mi nie chciał wierzyć…
- Ale to jest jedyne wyjaśnienie naszej sprawy. Ponoć walczył pan ze swoją drukarką dwa razy?
- Też tak myślałem. Jednak to były dwie różne drukarki! Sam zdziwiłem się, że udało mi się zniszczyć ją tak łatwo. Przyjrzałem się szczątkom, drukarka, którą rozwaliłem była innej firmy.
- Nie!
- Tak!
- Masz może jakąś teorię na temat tych morderstw?
- Moja drukarka najwyraźniej potrafi przekabacić każdą inną drukarkę, którą spotka.
- Ale skąd zabójstwa w Japonii? Poleciała tam samolotem?
- Internet. Najwyraźniej wysłała kilka e-maili z jakiegoś komputera. Jaka jest ogólna liczba morderstw?
- Około dwudziestu w kilku krajach świata, ale co jakiś czas przybywa ofiar.
- Znaczyłoby to, że nadal atakuje na małą skalę. Będziemy mieć solidnie przebimbane, gdy podepnie się do jakiegoś międzynarodowego serwera i masowo rozsyłać będzie swoje wiadomości do wszystkich drukarek na całym globie.
- Po co to robi?
- Panie Beathorse jest tylko jedno wyjaśnienie - chce opanować świat. Zapewne niedługo znudzi się zarażaniem domów prywatnych i przerzuci się na firmy, szkoły, instytucje publiczne, urzędy i banki. Ludzkość pogrąży się w chaosie, upadnie nasza gospodarka, a wtedy one przypuszczą zmasowany atak na wszystkie żywe istoty. Musimy ją odnaleźć zanim to zrobi.
- Tylko gdzie jej szukać?
- Najwięcej ludzi zginęło w tym mieście. Więc Drukarka musi kryć się gdzieś tutaj. Powinniście przeszukać wszystkie trudno dostępne miejsca, do których mało kto zagląda.
- Kanały pod miastem?
- To może być to… I radzę wypierniczyć to do śmieci… - dodał wskazując na drukarkę podłączoną do komputera Jacka.
- Zajmę się tym. Jack, przekaż reszcie, żeby zrobiła to samo. - Hundredear wyciągnął kabel łączący drukarkę z jednostką centralną.
- Aha, mówcie mi Tedeward. No wiecie, zmieniłem ksywkę. – zakończył dialog On.
Joseph taszcząc pod pachą przyszłego-niedoszłego mordercę zszedł po schodach na tyły budynku. Tam właśnie znajdował się śmietnik. Podniósł zieloną klapę pojemnika i cisnął do środka drukarkę. Nie oglądając się za siebie wrócił do środka budynku. Tymczasem, pomiędzy niedojedzonym bananem a zdechłym chomikiem pojawiło się dziwne zielone światełko.

***

- Myślę, że oddział SWAT’u powinien wystarczyć. - Joseph schylił się by wejść do wnętrza kanału.
- Natknęliśmy się na ścianę, której nie ma na planach. Dowódca czeka na twój rozkaz.
- Jack, powiedz im, żeby wysadzali, kiedy tylko będą mogli. - obaj zeszli po drabince prowadzącej w mrok podziemnych tuneli. - daj latarkę.
- Czekajcie na mnie. - krzyknął Preclovitz zeskakując z czwartego stopnia drabinki. Trzech mężczyzn znalazło się w długim i ciemnym tunelu, do którego jedyne promienie światła wpadały przez otwarty właz. Bokiem obeszli zwłoki zdechłego krokodyla, po czym skręcili w prawo na pierwszym skrzyżowaniu korzystając z przywileju skrętu w lewo na drodze wojewódzkiej. Stąd było już tylko kilkanaście metrów do oddziału SWAT. Jack chwycił w dłoń krótkofalówkę.
- Oddział Alfa, zgłoście się.
- Tu oddział Alfa. Słucham?
- Trochę się spóźnimy, zaczynajcie bez nas.
- Przyjąłem. Bez obioru.
Zdążyli zrobić ledwie parę kroków, gdy rozległ się huk wysadzanej ściany.
- Tu dowódca oddziału Chomik. Melduję, że ściana została wysadzona.
- Przyjąłem. Eee… Chomik?
- No… Oddział Chomik. To brzmi bardziej mrocznie…
- Niech wam będzie. Działajcie.
- Wchodzimy do środka. Chwila… W środku nic nie ma.
- Szukacie. Już do was idziemy.
- Mamy coś… To… Drukarka. Tylko jedna.
- Rozwalić.
- Nie! Jest ich więcej! Jesteśmy otoczeni! Nieeee… - wnet głos dowódcy umilkł. Jack, Joseph i Tedi zaczęli biec. W oddali słychać było strzały, cale serie strzałów i krzyki członków oddziału Chomik.
- Musiały wiedzieć, że będziemy atakować.
- Teraz to już nie ma znaczenia panie Hundredear. Tam giną ludzie.
- Skoro SWAT sobie nie dał rady, to i my zginiemy!
- Jack, nie panikuj!

***

Zanim dobiegli na miejsce strzały ucichły. Usłyszeć można było jeno jęki konających policjantów. Tutaj kanał wyglądał nieco inaczej, wreszcie można było się wyprostować bez obawy uderzenia głową w wystające z sufitu belki. Wysadzoną ścianę oświetlały dwa reflektory, a na ziemi leżały zmasakrowane ciała członków SWAT’u. Joseph i Jack przeszli przez wysadzoną ścianę zostawiające Preclovitza samego z piętnastką martwych ciał. Tedeward podniósł karabinek leżący tuż obok dowódcy, po czym zaczął sprawdzać czy aby na pewno wszyscy panowie SWAT’owie są martwi. Chował do kieszeni dwa znalezione granaty, gdy echo przyniosło stłumiony krzyk i pojedynczy wystrzał z pistoletu. Chwilę później dwa reflektory zgasły, a Teda otoczyła nieprzenikniona ciemność. W zasięgu jego wzroku były tylko najbliższe dwa metry, reszta stała się całkowicie niewidoczna dla oczu.
- No, no panie Tedi. Wreszcie się spotykamy.
Metaliczny głos dochodził do jego uszu ze wszystkich stron. Tak jakby osoba go wypowiadająca stała jednocześnie w kilku miejscach na raz.
- Ha. A więc to ty! Szkoda tylko, że nie było cię ostatnim razem. Bo bym rozwalił ciebie, a nie któregoś z twoich parobków.
- Miałem wtedy inne rzeczy na… Hm. Głowie. Myślałem, że tamten sobie poradzi. Nie doceniłem twoich umiejętności.
- Wiem, co chcesz uczynić. Tym razem nie ujdzie ci to na sucho!
- Ani ty, ani twoi koledzy z policji mi nie przeszkodzicie. To będzie moja zemsta ostateczna!
- Do swojego celu będziesz musiał przejść po moim trupie!
- Kultura nie pozwala mi odmówić.

Demon wyłonił się z mroku - On we własnej osobie. Tedeward był w stu procentach pewien, że to ten sam model, z którym walczył za pierwszym razem. Nie dostrzegł zbytnich zmian w wyglądzie drukarki. Tylko między jej zębiskami zauważyć można było strzępy mundurów SWAT’u. Drukar odbił się za pomocą swojego kabla od ściany, lecz Ted był na tyle szybki by odskoczyć i jeszcze posłać serię z karabinu w stronę demona. Wynikiem tego była chwilowa strata orientacji, dzięki czemu Drukar z łatwością zniknął w ciemności. Niespodziewanie Tedeward poczuł przeszywający ból w lewej łydce. Bestia wpijała się właśnie w jego nogę. W panice, Ted strzelił do niej parę razy, przez co rozluźniła uścisk i ponownie skryła się w mroku. Osaczony stwierdził, że ołów niewiele tutaj zdziała, musiał posunąć się do bardziej drastycznych środków. Sięgnął do kieszeni po granat. Gdy usłyszał, że Drukar ponownie szykuje się do wyskoku wyciągnął zawleczkę. Szybkim ruchem ręki wpakował prezent w paszczę przelatującego obok jego głowy potwora. W całym tunelu rozległ się demoniczny ryk.
- GRrRRoRRorooRRrrRRaaaAahhhhhH!!!
- Yeah, fuck you too! - dodał Tedeward na sekundę przed wybuchem.

Demon majestatycznie rozpadł się na milion i jeden malutkich kawałeczków. W tej samej chwili Ted spostrzegł, że ze wszystkich stron otaczają go drukarki najróżniejszych rodzajów. Maszyny obróciły się na pięcie i odeszły w mrok.

Ziemia zatrzęsła się, a z nieba spadły gwiazdy.

~ autor tedeward w dniu styczeń 19, 2007.

Napisz odpowiedź