header image
 

Soldiers: Ludzie Honoru

25 wrzesień 2006 /R

Z wielu płaszczyzn dane nam było brać udział w najkrwawszym konflikcie światowej historii. Broniliśmy nieba nad wyspami brytyjskimi jako pilot myśliwca Spitfire, byliśmy dowódcą czołgu Sherman w północnej Francji, dowodziliśmy niemieckiej łodzi podwodnej polującej na Atlantyku na alianckie łodzie z zaopatrzeniem… Jeszcze tylko II Wojna Światowa z perspektywy muchy żerującej na budyniu Hitlera i będziemy mieć przysłowiowe “wszystko”.

II Wojna Światowa to niezwykle prosty temat do adaptacji w świat gier komputerowych. Wszak wystarczy wstawić kilku Niemców, jednego Tygrysa, paru “The Boys” z amerykanskym akcentem i w zasadzie mamy gotową grę. Giercarze dostrzegli to już dawno, więc wałkują temat do upadłego zmieniając niekiedy (gdy się im chce, bądź nie są w danej chwili na kacu) Niemców na Rosjan i/lub Tygrysa na Panterę. Zastanawiające jest, że większość takowych gier osadzono w zachodniej Europie już po lądowaniu aliantów w Normandii… Cóż, w końcu tylko to było w “Szeregowcu Ryanie”.

Jak widzicie, ponownie zakończyłem swoją dygresję błyskotliwą i trafną pointą. Pora jednak przejść do sedna naszego dzisiejszego spotkania, otóż otrzymałem do recenzji reedycję gry, której (o dziwo) tytuł widnieje w nagłówku na samym początku tego tekstu. Soldiers: Ludzie Honoru przed premierą zapowiadało się na grę wybitną, z nowatorskimi rozwiązaniami, wysokim realizmem i oszałamiającą grafiką/fizyką. Jak było po premierze, wszyscy wiemy. I tak się teraz zastanawiam, ilu z was pamiętało o tej produkcji zanim pojawiła się w serii eXtra Klasyka neXt?

O czym gra jest, wiadomo z góry. Soldiers to strategia czasu rzeczywistego, w której wcielamy się w dowódcę jednego z czterech państw biorących udział w II Wojnie Światowej. Nie będzie spektakularnym odkryciem gdy napiszę, że te kraje to Niemcy, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Związek Radziecki. Jednym słowem: standard. Ktoś spostrzegawczy mógłby stwierdzić, że identycznie było w Codename Panzers i, co gorsza, nie myliłby się. Różnice dostrzega się jednak już po pierwszym kontakcie z samą grą.

Po pierwsze: skala. Zapomnijmy od razu o szarżach dywizji pancernych pośród ostrzału artyleryjskiego i ataku samolotów szturmowych. Soldiers skupia się na pojedynczych żołnierzach i ich zasługach na polu walki. W ten oto sposób dowodzimy ledwie kilkoma żołdakami (dziesięciu to absolutne maksimum) i/lub jednym, góra dwoma czołgami (plus kolejne, jeżeli sobie sami takowy zdobędziemy). Główną wadą tego minimalistycznego rozwiązania liczba przeciwników, która w najlepszym przypadku dziesięciokrotnie przewyższa nasze siły. Dochodzi tutaj do syndromu FPSów, gdzie jeden heros bez mrugnięcia okiem zapisuje na swoje konto kolejne setki martwych wrogów.Zawarto w grze cztery oddzielne kampanie prezentujące kolejne etapy wojskowej kariery soldatów każdego z narodów. Bohaterami są radzieccy czołgiści zagubieni daleko za linią frontu, brytyjscy komandosi wypełniający tajną misję odnalezienia rakiety V3, amerykańscy spadochroniarze (i nie tylko) biorący udział w operacji Market Garden oraz dowódca niemieckiego Tygrsa Wittman i jego ekipa. Wszyscy podwładni podpisani są z imienia i nazwiska, dzięki czemu z niektórymi możemy się “zaprzyjaźnić” i ich śmierć staje się podwójną stratą. Na każdą ze stron przypada po pięć misji, co jest według mnie liczbą zdecydowanie za małą. Ledwo człowiek sobie pogra, a tu już trzeba kończyć.

Większa ilość dusz do odesłania na łono Abrahama prowadzi do podwyższenia poziomu trudności kolejnych misji. Soldiers: Ludzie Honoru jest koronnym przykładem twórczego masochizmu. Aby uleczyć kompleksy i przedłużyć żywotność gry, giercarze nie przejmując się niczym dorzucili kolejne dwie setki żołnierzy w obcych mundurach. Ja, mistrz intelektu, wiedząc o tym na długo przed rozpoczęciem rozgrywki uruchomiłem Soldiers… Ha! Na Poziomie Łatwym! Niestety nie przyniosło to oczekiwanego skutku i już w drugiej misji dostałem tęgie baty. Ale to jedynie porażka chwilowa, gdyż nie przyzwyczajon byłem do typu rozgrywki jaki prowadzi się w Ludziach Honoru. Potem, jak już się nieco rozkręciłem dotarłem bez większych problemów do trzeciej kampanii i… Zwątpiłem w moje umiejętności strategiczne. Męczyłem tydzień, ale udało się. W tym czasie miałem wrażenie, że gram nie w Ludzi Honoru lecz w Soldiers: Ludzie Horroru.

Aby wygrać trzeba umiejętnie wykorzystać wszystko czym dysponujemy. Każdy element, który znajdziemy na mapie może się do czegoś przydać niezależnie czy jest to ściana zniszczonego domu, kanister benzyny czy uszkodzony Pz. IV. Jest wiele dróg do celu i sposobów by pokonać wroga. Nic nie stoi na przeszkodzie by naprawić powaloną przed chwilą Panterę i przesiąść się do niej ze starego, dobrego Shermana. Zamiast krętą górską ścieżką możemy rozminować główną drogę i tamtędy poprowadzić żołnierzy. Dodatkowo, bardzo często mapy są dużo większe niż tego wymaga sama misja, co buduje nowe możliwości taktyczno-strategiczne.

Warto wiedzieć, że każdy z ludzi będących pod naszą kontrolą ma swój własny ekwipunek. W trakcie misji może uzupełniać braki w amunicji, zabierać granaty i wymieniać się pukawkami ze spacyfikowanymi przeciwnikami. Ważne to, bowiem na początku misji nie zawsze dysponujemy odpowiednim arsenałem by wybić wszystko co się rusza i ma inne poglądy niż my. Na ten przykład dość trudno jest zniszczyć Królewskiego Tygrysa z dział alianckich czołgów, więc lepiej jest zagarnąć jakąś niemiecką broń przeciwpancerną i oszczędzić w ten sposób czas, nerwy i ludzi. Piekielnie cenne są zaś wszelkie pojazdy, działa i działka. Wszak oprócz czołgów prowadzi się tu także pojazdy opancerzone, ciężarówki, jeepy a nawet statki.

Twórcy Soldiers: Ludzie Honoru wprowadzili (niezupełnie jako pierwsi) moduł zwany Sterowanie Bezpośrednie. Wystarczy wcisnąć klawisz End i już strzałki na klawiaturze kontrolują ruchy wybranego wojaka a mysz służy za celownik. W zasadzie przez większość gry używałem tego trybu a zwykłe wydawanie rozkazów znane z pozostałych RTSów odeszło w zapomnienie. Sterowanie owo nie dość że przyjemne, to i wyjątkowo skuteczne. Podwładni robią wszystko co im każemy, a za ewentualne błędy możemy winić wyłącznie siebie. Pewnie gdy wezmę się za inną strategię wojenną płakać będę jak bóbr nad rozlanym mlekiem bezskutecznie próbując kierować żołnierzami z klawiatury.

Na pochwałę zasługuje wyjątkowa dbałość o szczegóły i wysoki realizm. Sherman może co najwyżej zniszczyć gąsienicę Tygrysowi i spróbować go ugryźć od tyłu, w przeciwieństwie do przeciwnika, który powalić go potrafi jednym celnym strzałem. I w zasadzie cała gra jest wypełniona tego typu zagraniami. Jeżeli realizm, to na całego. Inne co przykuwa wzrok to zaskakująca fizyka, w zasadzie wszystko co ustawione ma mapie można rozjechać, zdemolować lub po prostu po ludzku wysadzić. Eksplozja wyrzuca w powietrze fragmenty budynków i ciała znajdujących się w pobliżu istot żywych, domy przemieniają się w gruz po trafieniu pociskiem odłamkowym, ogień z płonącego pola przechodzi na pobliski las smażąc przy tym załogę stojącego tam samochodu… Obrazków takich w grze jest masa, a każdy z nich to miód na moje serce. Po dwóch latach od premiery bardzo dobrze prezentuje się także oprawa graficzna. Co prawda zmuszony byłem zaniżyć nieco detale, bo i sprzęt mam niemłody, ale nie wpłynęło to zbyt negatywnie na ogólny odbiór strony wizualnej. Przyczepię się tylko do braku najmniejszego nawet outra. Ja rozumiem, to miała być opowieść o cichych bohaterach konfliktu, ale przydałoby się coś więcej niż tylko suchy teksty płynący z dołu do góry.

CD Projekt w swojej eXtra Klasyce umieszcza wyłącznie gry wcześniej spolonizowane. W tym przypadku nie mogło być inaczej i tak oto zamiast Soldiers: Heroes of WWII dostaliśmy Ludzi Honoru w pełnej polskiej wersji językowej, zamieniono więc nie tylko sam tekst na polski, ale także i wszelkie wypowiedzi ustne. I jak to zazwyczaj bywa postanowiono zachować akcent danego narodu. Dostawałem białej gorączki gdy Niemiec na przemian szprechał i mówił po polsku używając przy tym głoski “r” tak jakby był Francuzem. Straszne. Ja osobiście jestem zdecydowanie przeciwko takim lokalizacjom, panowie, spolszczamy Wszystko bez żadnych takich “bajerów” językowych, albo sprawiamy by Rosjanin mówił po rosyjsku a polski jedynie pozostał tekst. Czyż to nie prostsze i tańsze rozwiązanie?

Fani strategii, do sklepów marsz. To jedyna okazja by nabyć bardzo dobrą strategię za tak niewielkie pieniądze. To nic, że gra jest nieco krótka i miejscami frustrująca, w zamian za to ma wiele zalet, które w pełni zrekompensują wyrwane włosy i zniszczone sprzęty gospodarstwa domowego.

Oceniono na 8

~ autor tedeward w dniu wrzesień 25, 2006.

Napisz odpowiedź