header image
 

Chuck od Norisów

12 marzec 2006

Eh, kiedyś to było życie! Człek się nie musiał męczyć i pisać teksty, choć nie posiadał tematu. Nie musiał spełniać niecnych zachcianek naczelnego, bo sam nim był… A dziś? Co było, minęło. Trzeba wziąć się do roboty! Moja pozycja jest tym bardziej przegrana, bo ostatni raz, w jakąkolwiek grę z serii GTA grałem bodajże w sierpniu roku pańskiego 2005. A jest to wynikiem tajemniczego wydarzenia, które odcisnęło się trwale w mojej psychice. Wszystko zaczęło się tego zimowego poranka…

Był to lipiec. Obudziłem się z pociągłym “bananem” na twarzy (rezultat snu o spółkujących słoniach indyjskich). Ubrawszy się szybko w roboczy strój - skórzane spodnie, czarny płaszcz, czarny t-shit, przeciwrakietowe okulary i kolorowe wrotki - opuściłem wygodną kryptę, by udać się do kaplicy na codzienne modły ku czci wielkiego stwórcy wszystkiego, co żyje - Tedona. Wtem, spotkałem tam świstaka, który, jak co roku miał zobaczyć swój cień, ale nie mógł tego uczynić z jednego prostego powodu - był tak gruby, że gdy się obracał z zamiarem namierzenia własnego cienia mijały pełne 24 godziny. A jak wiadomo w nocy cieni ni huhu. Ma to także swoje plusy, świstak ten ma 24 godzinną ochronę kotlet-protekt-defens24 famili. Swoją drogą, pewien uczony wysunął niegdyś teorię, iż ów świstak porusza się nie na swoich łapach, lecz poprzez przelewanie się tłuszczu w jego pośladkach.

Tak czy inaczej, gryzoń niczym poduszkowiec odpłynął na swoich pośladkach i tyle go widzieli. Tak się jakoś złożyło, że ten Świsior za zięcia miał konia. Koń Zygfryd szedł sobie kiedyś przez las, powiedzmy, że z zamiarem zbierania grzybów. Był stary, wyliniały i wystawały mu gnaty. Prawdę mówiąc to był nierobem i nieudacznikiem. Łaził po tym lesie i łaził, aż wreszcie poślizgnął się na skórce od banana i spadł z urwiska. Połamał sobie wszystkie kości, a mimo to żył nadal. Konał na dnie wąwozu nie mogąc ruszyć ni palcem w kopytku. Wnet zleciały zewsząd wrony i kruki, poczym zaczęły obrabiać znanego nam konia. On nadal oddychał, gdy ptaki wydziobywały mu oczy i wyciągały jelita przez odbyt zawiązując na nich supełki. Był wytrwały, bo pragną żyć nadal. Ale gdy przyszedł drwal-dewot, koń zwątpił i zdechł w męczarniach. Morał z tej historii jest taki - nie łaź zapity po lesie, jeżeli jesteś koniem, bo możesz się poślizgnąć na skórce od banana i spaść z urwiska łamiąc sobie wszystkie gnaty i kończąc w objęciach drwala-dewota. Nie muszę chyba wspominać, że drwal ów był nekrofilem?

Ugh, uah, umba!

Wracając jednak do tego feralnego zimowego majowego dnia. Po odejściu świstaka, z nieba na chmurce spłynął… Mariusz Pudzianowski. Pradawne bóstwa mogą tylko wiedzieć, po jaką cholerę on na tej chmurce do mnie spłynął. Rzekł bowiem tylko “Gacek i już!” po czym odszedł. Kto by tam zrozumiał tych poetów. Cholera wie skąd wziął się tam również Chuck Norris (Wypraszam sobie! Nie wiem! - dop. Cholera) i jego brat bliźniak Marian Krzaklewski. Wiem (a raczej pamiętam) tylko tyle, że Chuck za pomocą kopniaka z półobrotu wyperswadował mi granie w jakiekolwiek GTA przez następne 200 lat.

Najwidoczniej tylko (skoro Cholera odmawia zeznań) Norris wie o co chodzi (biega, a nawet skacze) w tym tekście. Tylko on zna odpowiedź na pytanie “Co autor miał na myśli?”. Możliwe, że miał na myśli czarno-chlebową kanapkę z serem i sezamem, albo chciał odreagować dwumiesięczny odwyk alkoholowy. Być może bodźcem do napisania tegoż tekstu był ojciec prowadzący radyja? Ewentualnie osoba pisząca jest świetnym przykładem mutacji popromiennych w Czarnobylu (albo pierwszej wersji Windowsa). A tak na marginesie, taki autor tekstów to straszny narcyz i gbur, co myśli, że pozjadał wszystkie głowice. I nie ma w tym wyjątku! Każde zdanie jest tak spreparowane, że czytając je od tyłu usłyszysz pochwały na temat artykułu! Tyle że większość zaszyfrowana jest w jakimś obcym i przerażającym języku. !ejlórkjómnozbeB.

No dobra, blefowałem. Drwal-dewot nie był tak naprawdę drwalem-dewotem. On był… Drwalem-żydo-masońskim-liberalnym-burżujem! Ale dewot brzmi ładniej. Nie sądzicie? No i jest podtekst polityczny! Rozumiany (a i to nie bardzo) tylko przez autora.

Skoro zostało mi jeszcze trochę czasu, poruszyłbym temat wszechświata, obcych cywilizacji oraz przedstawiłbym dowody na istnienie kosmicznych żuli torpedowych. Ale jeszcze nie jesteście na to gotowi. Może za parę dekad, kiedy wasze mózgi skurczą się jeszcze bardziej, a idiotą i kretynem będzie co pierwszy mieszkaniec Ziemi.

PeeS: Dopiero w szpitalu mi powiedzieli, że Gacek i Już to nikt inny jak zaprzyjaźniony(?!) listonosz. Okazało się bowiem, że miał on dla mnie list z Mongolii. Tak więc Pudzianowski chciał mnie tylko ochronić przed * zawartymi w umowie o pracę w mongolskiej kopalni diamentów. Czy jakoś tak.

~ autor tedeward w dniu marzec 12, 2006.

Napisz odpowiedź