Supreme Ruler 2010

10 grudzień 2005 /D

Odkąd pamiętam zawsze chciałem rządzić światem. W piaskownicy za pomocą armii piaskowych czołgów zamierzałem obalić demokrację w Polsce i przejąć władzę nad krajem. Stwierdziłem jednak, że takowe zadanie będzie zdecydowanie za proste i przez kolejne pół roku bazgrałem na kartkach plan inwazji na Stany Zjednoczone.

Łatwo się domyśleć, że ów “plan” również się nie powiódł. Co tu dużo mówić, moi wrogowie (wiecie, CIA, KGB i tajny kontrwywiad czeski) uknuli spisek, mający na celu wyeliminowanie mojej osoby i jednoczesne zaniechanie podboju świata. Mijały lata, a ja szukałem sposobu by się odegrać. No i znalazłem…

Tym sposobem są oczywiście gry komputerowe, a w szczególności pewien gatunek strategii nazwany przeze mnie “rule the world”. Po kolejnych Psach Wojny, Command HQ, Europie Universalis, Hearts of Iron, World Empire IV czy Global Domination dotarłem do dość nowej gry. Jest nią oczywiście Supreme Ruler 2010.

Właśnie sobie szukałem jakiejś gierki do wypełnienia wolnego czasu i po matactwach, kręceniu na lewo i prawo oraz poprzez splot niepowiązanych ze sobą zdarzeń zainstalowałem demo gry Supreme Ruler 2010. Nie jest ono duże, bowiem zajmuje nieco ponad sto megabajtów na dysku twardym. Z instalacją bywa różnie, ale zasnąć przy niej nie można.

Sama gra ma dużo z Hearts of Iron i ciut z Cywilizacji. Otóż mamy sobie państwo i musimy zapanować nad światem. Proste, prawda? No nie bardzo. SR 2010 to gra toczona w czasie rzeczywistym (choć można ustawić również tury), jest cholernie skomplikowana i jeszcze bardziej złożona. Mamy tutaj masę tabelek, przełączników, suwaków pstryczków – elektryczków, wajch, okienek i dźwigni. A co gorsza, większość musimy sami przełączać. Jako władca totalny musimy zadbać o wszystko: podatki, rozwój technologiczny, produkcję uzbrojenia, powołania do armii, środowisko naturalne, imigrację, wydatki na szkoły, budowa dróg i autostrad, rozwój przemysłu, wydobycie surowców mineralnych oraz importem i eksportem towarów. Trzeba zadbać o finanse państwa, dbać o to by nie powstała dziura budżetowa i aby politycy nie kradli wszystkiego co nie jest przymocowane do podłogi. Oczywiście można zatrudnić do tego specjalistów, którzy zajmą się tym wszystkim. Ale efekt ich prac jest co najmniej niezadowalający.

Niezadowalający nas i społeczeństwo, bowiem i z nim liczyć się musimy (szczególnie gdy wybierzemy demokrację jako ustrój naszego państwa).

W demku mamy dwa scenariusze, w jednym z nich grając Portugalią opanować mamy Paryż, drugi zaś przenosi nas do USA gdzie za pomocą stanu Kansas musimy podbić cały północny zachód kraju. Wybrałem oczywiście wariant pierwszy, pochwyciłem swą armię i zająłem Barcelonę, chciałem już ruszyć na Francję, gdyby nie to, że napadł mnie Madryt… Tak to już bywa, że zwycięzcom wreszcie się obrywa.

Najważniejszym składnikiem gier typu “rule the world” są oczywiście podboje. Tak jak chociażby w Hearts of Iron, bitwy rozwiązywane są poprzez jakieś przedziwne obliczenia czy inne tajemnicze wzory i równania. Nie wnikam jakie, ale spisują się całkiem dobrze. Przynajmniej nie ma sytuacji gdy jeden oddział zaopatrzeniowy rozgramia pięć wyszkolonych oddziałów pancernych. Nie ma tutaj prowincji, więc granica naszego państwa po prostu przesuwa się wraz z napadającymi wojskami. Dzięki temu obrona granic jest trudniejsza niż w większości takich strategii.

Jak to w grach “rule the world” bywa, ogólna oprawa ma bardzo małe znaczenie, a w niektórych przypadkach nawet nie ma wcale. Mnie (i paru osobom na tym świecie) wcale to nie przeszkadza, nie ma wybuchów, eksplozji, błyskawic, całych tych efektów specjalnych i innego badziewia. Twórcy skupiają się przede wszystkim na grywalności. No i gra szybciej się ładuje. Supreme Ruler 2010 w pełni pasuje do grona oldskulowych strategii. Największym “efektem specjalnym” jest logo gry. Nie psuje to zabawy wcale! Jednak nowych graczy do siebie nie przyciągnie… Podobnie jest z dźwiękami, coś tam brzęczy, jakaś muzyczka leci sobie w tle, podczas “bitew” niby słychać karabiny i inne działa, ale kto by się tam w to zagłębiał. Audio jest jeszcze mniej ważne…

To wszystko powoduje, że grę odpalić można na dość (to mało powiedziane) archaicznych maszynach. Jeżeli nie zmieniałeś żadnej części komputera od 1997 roku, to spokojnie możesz SM instalować.

W demo Supreme Ruler 2010 można grać wiele razy i nie czuć znudzenia. Pod warunkiem, że naszym ulubionym sportem są szachy, a gry takie lubimy. Ale takowych masochistów mogę policzyć na palcach u jednej ręki (oczywiście licząc także siebie). Nie polecam kupna SM 2010, zwyczajny gracz prędzej strzeli sobie w łeb niż pojmie choć część zasad (w najlepszym przypadku zaśnie tuż po rozpoczęciu gry), a fani, poborcy podatkowi i studenci ekonomii już na pewno grali i co gorsza podobało im się.

Gra sama w sobie nie jest zła, jednak zbytnia komplikacja powoduje, że gra raczej nie trafi do szerszego grona i zostanie zapomniana przez ogół. Nie jest mi przykro. Mogli przecież zrobić grę z wybuchami, eksplozjami, efektami specjalnymi i całym tym badziewiem. Dobrze im tak!

Oceniono na 7

~ przez tedeward w dniu grudzień 10, 2005.

Napisz odpowiedź