Pink Floyd - The Piper At The Gates Of Dawn
20 wrzesień 2005
There was a king who ruled the land,
His majesty was in command,
With silver eyes the scarlet eagle,
Showers silver on the people,
Oh Mother, tell me more…
Mój wybór padł na pierwszą studyjną płytę, zapewne znanego wam (mam nadzieję), zespołu Pink Floyd. Czyli, prościej mówiąc, album The Piper at the Gates of Dawn, który to sobie ostatnio dość często ląduje na mojej playliście. Twórczość Pink Floyd można podzielić na dwa okresy, pierwszy z nich obejmuje lata sześćdziesiąte i pierwsze miesiące kolejnej dekady, kiedy to pod przewodnictwem Syda Barreta zespół gra muzykę mocno psychodeliczną. Drugi, dziś dużo bardziej znany, rozpoczął się po odejściu dawnego lidera i zastąpieniu go Davidem Gilmourem oraz zupełną zmianą granych dźwięków. Jak łatwo się domyśleć, album “The Piper…” należy do okresu pierwszego, co wcale nie znaczy, że płyta ta ustępuje chociażby The Dark Side of the Moon, czy Animals… Co by tu dużo nie pisać płyty PF wydane przed rokiem 1970 są dziś niedoceniane i mocno z tego powodu ubolewam.
Why’d'ya have to leave me there,
Hanging in my infant air waiting?
You only have to read the lines,
They’re scribbly black and everything shines…
Album ten składa się z dziewięciu piosenek i dwóch utworów instrumentalnych, czyli razem daje nam to liczbę jedenastu różnych tytułów. Wszystko to trwa nieco ponad 40 minut, na dzisiejsze czasy to ciut krótko, ale cóż poradzić, gdy wtedy winyl mieszczący właśnie ów czterdzieści minut był szczytem technologii. Dziewięćdziesiąt procent The Piper at the Gates of Dawn zostało stworzone przez jednego człowieka, wspominanego Syda Baretta. Tylko w jednej piosence nie maczał palców (”Take up thy stethoscope and walk” jest bowiem tworem Rogera Watersa), do całej reszty napisał teksty oraz skomponował muzykę (co prawda inni członkowie grupy niekiedy mu pomagali).
Wnioskując z pierwszych zdań recenzji: The Piper at the Gates of Dawn to muzyka psychodeliczna, pełna dziwacznych dźwięków nieznanego pochodzenia (chociażby w “The scarecrow” gdzie utwór rozpoczynają dźwięki przypominające granie łyżeczkami na kubkach po jogurcie), zawierająca jeszcze dziwniejsze teksty (o nich także będzie nieco później) oraz uporządkowany chaos, gdzie z pozoru nie pasujące do siebie dźwięki tworzą jedną, harmonijną całość.
Across the stream with wooden shoes,
With bells to tell the king the news,
A thousand misty riders climb up,
Higher once upon a time…
Krążek rozpoczyna świetne “Astronomy domine”, chyba jedyna pieśń, która oparła się czasowi i pozostała praktycznie do dziś w koncertowej ramówce Pink Floyd (pojawiła się chociażby na sławnym dwupłytowym albumie Pulse). Co ciekawe, utwory “Astronomy…” oraz instrumentalne “Interstellat overdrive”, całkiem przypadkiem były prekursorami nowego gatunku muzycznego - kosmicznego rocka.
W zasadzie wszystkie pozycje zawarte na płycie są na podobnym poziomie, brak tu typowego słabego punktu. Nieco wywyższają się zaś wspomniane “Astronomy…”, “Interstellat…”, nie wymieniane wcześniej melodyjne “Lucifer Sam” oraz “The gnome”. Ponad tym wszystkim jednak stoi, moim zdaniem, genialne (acz zdecydowanie za krótkie) “Matilda Mother”.
Chyba największą zaletą “The Piper…” jest warstwa tekstowa. Na tym polegał geniusz Barreta, który to jak widać miał wiele źródeł inspiracji i z byle błahej rzeczy zrobić temat na piosenkę i to dobrą piosenkę. Na płycie znajduje się chociażby pieśń o kocie (”Lucifer Sam”, tak też miał ów zwierz na imię), rowerze czy strachu na wróble (”The scarecrow”). Niejeden masochistyczny nauczyciel języka polskiego czy też innym humanista, na zasadzie “co autor miał na myśli” mógłby interpretować teksty Barreta na wiele sposobów (i o dziwo, znalazłby zapewne ogromne ilości różnych znaczeń danej piosenki!), ale ja robić tego nie zamierzam, bo byłoby to tak samo niemądre jak zapytanie co Szekspir miał na myśli pisząc „Romea i Julię”…
Wandering and dreaming,
The words have different meaning.
Yes they did.
Jednak najlepsze jest to, że wszystkie teksty zachowują się w podświadomości człowieka, a ten złapany przypadkiem na ulicy nie mógłby ich zaśpiewać, lecz gdy tylko usłyszy się melodię, od razu przypominamy sobie cały tekst i śpiewamy razem z Sydem bez znaczenia czy korzystamy tak świetnie z wokalu jak Mandaryna czy tylko wyjemy jak pies. Ops, to przecież to samo…
Szkoda tylko, że “The Piper…” to w sumie jedyny popis umiejętności Barreta wraz z Pink Floyd. Co prawda, pojawia się on także na kolejnej płycie “A Saucerful of Secrets”, ale jedynie w paru utworach. Co nie zmienia faktu, że Syd był geniuszem, w końcu nie o każdym muzyku wydaje się tyle książek, oraz dedykuje mu “Wish You Were Here” czyli jeden z najlepszych albumów Pink Floyd.
Trudno mi jest ocenić album na tle innych dzieł PF, bowiem każda ich płyta jest całkowicie różna od pozostałych, dlatego też nigdy tego nie robiłem i robić nie będę (a najbardziej nie lubię dyskusji w stylu “Która płyta PF jest najbardziej “floydowska”?”). Jednak jakąś opinię wystawić trzeba… “The Piper at the Gates of Dawn” jest płytą dobrą, acz polecam ją tylko fanom gatunku psychodelicznego rocka (jeżeli oczywiście jeszcze jej nie słyszeli). Zdecydowanie nie zalecam dawać jej tym, którzy chcą rozpocząć przygodę z Floydami, niektórych może odrzucić i do tego dać kopniaka w pośladki. Oba. Dziś może wydawać się staroświecka i momentami kiczowata, jednak nie dajcie się zwieść pozorom! Wsłuchajcie się parę razy w bogactwo dźwięków i geniusz Syda Barreta.
For all the time spent in that room,
The doll’s house, darkness, old perfume,
And fairy sories held me high on,
Clouds of sunlight floating by.
Oh Mother, tell me more.
Tell me more…
Data wydania: 1967
Długość: 42 minuty
Wydawca: Fame/EMI
Twórcy: Roger Waters (bas); Syd Barret (gitara, wokal); Nick Mason (perkusja); Richard Wright (klawisze)
Utwory:
01. Astronomy domine (4:12)
02. Lucifer Sam (3:0 ![]()
03. Matilda mother (3:06)
04. Flaming (2:46)
05. Pow R Toc H (3:06)
06. Take up thy stethoscope and walk (4:24)
07. Interstellat overdrive (9:39)
08. The gnome (2:14)
09. Chapter 24 (3:39)
10. The scarecrow (2:11)
11. Bike (3:20)

Napisz odpowiedź