header image
 

Przypowieści Świata Zysku - Trzecia Wieża cz.2 (wersja pierwotna)

11 wrzesień 2005

Noc była znacznie ciemniejsza niż zwykle, tylko co jakiś czas księżyc przebijał się przez gęstą warstwę chmur nieznacznie rozjaśniając mrok.. Jeden z namiotów był oddalony od reszty o parę dobrych metrów. Tuż za nim, pomiędzy dziwacznymi roślinami znajdowały się dwie postacie, pierwsza wykonywała jakąś przedziwną czynność, druga leżała nieruchomo na przerzedzonej pożółkłej trawie.
- Maurycy! Do domu! – odezwał się jakiś kobiecy głos.
- Jeszcze tylko pięć minut mamo! Zakopię tylko zwłoki sąsiada w ogródku i wracam! – odpowiedział stojący w ogródku chłopak.
- W porządku synku, ale szybko wracaj, już późno.
- Dobrze mamo.
Chłopak wrócił do poprzedniej czynności. Wbił łopatę w ziemię i usłyszał kolejny głos.
- Poklikamy? – szept dobiegł zza leżącego nieopodal kamienia.
- Pewnie, mam na imię Maurycy.
- Nazywam się Jurek, też mam dwanaście lat. Podejdź no bliżej, coś ci pokażę…
- Ok.

Gdy Maurycy podszedł do kamienia, księżyc skrył się za wielką chmurą, mrok przykrył całą okolicę. Przechodzący człowiek na pewno usłyszałby cichy jęk, następujący po nim skrzypiący dźwięk oraz w końcu chichot…

***

- Jep, co tam? – spytał podstarzały, mężczyzna siedzący na tronie.
- Mamy wyniki. – odpowiedział typowy urzędas w okularkach, tyle, że bez garnituru.
- Hm, i jak?
- No więc, ja i moja współpracownica Dupa Maryna przeprowadziliśmy ankietę, którą nam kazałeś.
- Po co mi to mówisz? Przecież ja to wam kazałem, nie jesteśmy przecież w jakimś durnym opowiadaniu, gdzie trzeba opisać sytuację dokładnie, by tępi czytelnicy wszystkiego się domyślili. Debil! – obrzucił urzędasa mięsem znany nam wódz wioski Dżordż Frizbi.
- Fakt. No więc zrobiliśmy spis ludności.
- Słucham.
- Wyniki są następujące, na 15 nieruchomości, w piętnastu nie udzielono nam pozwolenia na przeprowadzenie testu. W trzech przypadkach zostały odnotowane elementy przemocy.
- Jaśniej, panie Włazidup, jaśniej.
- Dobrze, więc tak. Do piętnastu chat mnie nie wpuścili, a w trzech dali mi jeszcze kopa w dupę. Ale mojej współpracownicy, Dupie Marynie się udało przeprowadzić tajne liczenie.
- Więc?
- Mamy trzech mieszkańców.
- Czy ona jest blondynką?
- Dupa Maryna? Tak.
- Czyli mamy 30 mieszkańców.
- ??
- Bo wiesz, 30 to za duża liczba, nie zapamiętała by…
- Ah… Ale jest problem. Gdzieś wyparowały wszystkie dzieci. Oprócz twojej wnuczki.
- Łoś Wacław?
- Nie, Hawranek, tylko ona została w mieście…

***

- Gadaj co wiesz Hawranek! – pokój, w którym przebywali, nie miał drzwi, Hawranek siedziała na krześle przywiązana łańcuchami, Szaman świecił jej diodą po oczach. A Frizbi, by zmusić ją do gadania, śpiewał.
- Nie! Przestańcie! Nie wytrzymam tego! Wypuśćcie mnie!
- Najpierw nam powiesz wszystko!
- Maurycego porwała trzydrzwiowa szafa, która planuje podbój świata za pomocą armii dzieci zombie. Mają one wrócić za dwa tygodnie do domu i w nocy podusić wszystkich w mieście. Maurycy jest teraz w ruinach Furman. Poza tym nie lubi budyniu.
- Aleś wymyśliła teraz! Mamy w to uwierzyć? Idź się leczyć! Przecież tego by nawet pijany chory na padaczkę pustynny zając z downem nie wymyślił!
- Teraz przyjdzie po mnie…
- Zapewnimy ci ochronę
- O dzięki Ci, Ojcze Chrzestny! – Hawranek pocałowała Frizbiego w rękę.

***

Tej nocy było jeszcze ciemniej niż ostatnio. Było tak ciemno, że Frizbi, gdy sikał, opryskał swoje własne plecy. Hawranek siedziała na kamieniu tuż za wioską – była przynętą. Tym czasem wszyscy mieszkańcy Fakoutowa siedzieli ukryci za krzakiem malin, pół metra od dziewczyny(?!).
- Jesteśmy wszyscy? – spytał Władek, czarnoskóry mutant.
- Tak, ty, ja, Szaman, Edek, Stan, Żółw Edmund, Trzydrzwiowa Szafa, Hacjenda. Reszta siedzi w moim namiocie… – Frizbi chwilę się zamyślił – coś mi tu nie pasuje… A! Hacjenda! Spieprzaj stąd!
- Ok… – i Hacjenda opuściła czatujących na porywacza.
- Na kogo czekamy? – spytała Trzydrzwiowa Szafa.
- Nie wiemy dokładnie, ponoć na jakiegoś drewnianego stwora. Taboret czy coś… – odezwał się Stan.
- E, to chyba była Komoda. – dodał Edek.
- Nie… Dywan!
- Ok., to ja spadam. Przepraszam – Szafa zaczęła się przeciskać między pilnującymi – przepraszam, puśćcie mnie. No, Hawranek, chodźmy do mojego domu.
- Ok.! Chodźmy!
I poszli. A cała ekipa czekała do białego rana, lecz nic się nie wydarzyło…
- Do ciężkiej cholery! Nie porwali Hawranka!
- Bywa. – odrzekł Frizbiemu Żółw Edmund.
- Czekajcie… Czegoś nie rozumiem – wyrwał się Władek.
- Ty nigdy nic nie rozumiesz!
- Faktycznie, ale… Gdzie jest Hawranek?
- Poszła z tą miłą Trzydrzwiową Szafą… TRZYDRZWIOWĄ SZAFĄ?!

***

Frizbi zwołał zebranie całego Fakoutowa. Pech chciał, że odbywało się w tej samej sali co ostatnie, więc trzeba było zabrać ze sobą maski przeciwgazowe.
- Potrzebuje najsilniejszych z najsilniejszych! Najodważniejszych z najodważniejszych, najprzystojniejszych z najprzystojniejszych. Czyli krótko mówiąc potrzebuje siebie. – rozpoczął przemowę Frizbi. – ale trzeba mi mężnych współtowarzyszy! Kto pójdzie ze mną ratować dzieci naszej pracy?
- O tak, dzieci ciężkiej pracy! – rzucił ktoś z tłumu.
- To nie nasza wina, że twoja żona jest brzydka jak pustynny krokodyl! Dla mnie była to przyjemna praca! – dodał jakiś mężczyzna z końca sali.
- Cisza! Kto ze mną wyruszy?!
- Ja! – rzucił Szaman – i na pewno pójdzie z nami Bob!
- Ok., weźmiemy jeszcze… Tasdija.
- Jeszcze ja! – krzyknął wbiegając do namiotu śpiewający dromader.
- Ty z nami nie możesz iść.
- Dlaczego?
- Bo… Cholera. – Frizbiego ugryzł w nos przelatujący słoń.
Dromader zrobił wielkie oczy i wybiegł z płaczem z sali.
- Bo skończyła się hossa na giełdzie… ej, gdzie on jest?

***

- Tasdij, gdzie idziesz?
- Żono droga, wódz wybrał mnie na uczestnika wyprawy by uratować dzieci.
- Dzieci? Ale frajer, po co je ratować? Przecież możemy sobie nowe zrobić…
- Mi też szkoda czasu, ale już decyzja zapadła… – zamknął na klucz szafę, obok której srał i wyszedł z namiotu.

***

Cztery osoby opuściły miasto. Trzech niosło na rękach czwartego.
- Jak ja mu zazdroszczę – rzucił Szaman. – taka sytuacja, a ten sobie po prostu śpi. Trzeba mieć nerwy ze stali…
- Bob to twardziel pierwszej klasy. Przecież jak mu żonę ratowali to siedział spokojnie i nic nie robił, nawet nie próbował ich powstrzymać! – odrzucił Frizbi.
- Opanowanie trzeba mieć we krwi. Ale twardziele chyba powinni się czasem myć, Bob śmierdzi jak zgniły trup…
- Tasdij, nie narzekaj, przecież zawsze moglibyśmy nieść trupa śmierdzącego jak Bob…
Trzej niosący zaczęli kiwać głowami na potwierdzenie tych słów.

***

- Widziano jak Szafa idzie na południowy zachód. W stronę Lasu Cichaczy, z resztą, o tu są ślady. – wskazał na psią kupę.
- Sprawdzę, kiedy tędy przechodzili – Szaman pochwycił gówienko i odgryzł kawałek, przeżuł i połknął – Hm. Byli tutaj osiem godzin temu, trzydzieści trzy minuty i czterdzieści dwie sekundy temu.
- Czekaj, ale Szafy chyba nie robią psich kup, tylko drewniane. – przemyślał sprawę Tasdij.
- O kura… – Szaman zwymiotował na swoje buty. – czemu mnie nikt nie uprzedził?!

***

Wędrowali bez skutku przez dwa kolejne dni. Podążali śladami szafy, jednak z każdą godziną drogi pojawiało się coraz więcej innych śladów. Nie należących do żadnego znanego im mebla. To były ślady dzieci… Wreszcie trzeciego dnia, zobaczyli coś dziwnego. A mianowicie kartonowe pudło na środku pustyni. Naokoło w promieniu kilometra nie było zupełnie nic… O przepraszam, był kamień wielkości pięści, a poza tym kompletnie nic. W tej części Krain Wewnętrznych teren był zupełnie płaski, brak było jakichkolwiek pagórków czy dolin. I oni trzej, z Bobem na plecach spotkali tutaj kartonowe pudło. Obok pudła leżał wspomniany kamień. Szaman podszedł jako pierwszy, chwycił kawałek skały i cisnął nim het daleko za horyzont. Wtem karton poruszył się.
- Dżdżownica! Na błękitną dżdżownicę! Gdzie jest mój, kura, kamień! AAAAAAaaaaaaAAAAAAAaaaaaaaaa!!!!…
- Bez paniki, chłopie. – próbował uciszyć pudło Frizbi.
- Wypchaj się! Zdefraudowałeś mój kamień! Ja jestem chory na agorafobię! Muszę mieć ten kamień!
- Agorawrotki? – spytał Tasdij.
- Agorafobia – paniczny strach przed otwartymi przestrzeniami. – wytłumaczył Szaman.
- To znaczy że… Wyrzucając kamień zrobiłeś otwartą przestrzeń?
- Tak.
- Panie Kartonowe Pudło. Dlaczego więc żyjesz na pustyni? – zapytał Frizbi.
- Bo jestem pustelnikiem. A poza tym, nie jestem pudłem – i wylazł z pudła facet z brodą do kolan i kolanami do brody. Na głowie miał naciągnięte stringi, a na tyłek założoną czapę uszatkę.
- Ah.
- Teraz musicie mnie zabrać.
- Dupa!
- O tak, Dupa Maryna to niezła dupa, nie Szaman? – zagadał Tasdij
- Wybacz, ale Szaman nie lubi kobiet.
- Ups.
- Hej! Musicie mnie zabrać!
- Ale przyznaj Szaman, że ma niezłą dupę!
- No…
- JESTEM TU!
- Cicho bądź, nie widzisz że rozmawiamy od Dupie Marynie? – ponownie uciszył do Frizbi. – ale dobra, weźmiemy cię pod jednym warunkiem. Jeżeli nam powiesz gdzie poszła Trzydrzwiowa Szafa.
- Do Wąchocka.
- Idziemy!
- Żartowałem, nie wiem, nie widziałem żadnej szafy!
- To oddal się w jak najbliższym terminie. Najlepiej w podskokach.
- Ok., wiem!
- Ale nie żartujesz?
- Nie!
- A skąd mamy wiedzieć że nie żartujesz! Raz już ci zaufaliśmy, to nas wykpiłeś, więc jak mamy ci drugi raz zaufać?
- Za pomocą jogurtu z bakaliami?
- CO?
- Nie ważne. Przyrzekam wam na moje imię Kapucyn, że widziałem.

“Nie wieżę mu” – pomyślał Frizbi.
“Ma niezły tyłek” – pomyślał Szaman.
“Hjash jadhuwjb uashd? Zupa z grzybów jest dobra, ale z Dobermana lepsza. Chyba że jest zła pogoda to lepsze są uda mi się zjeść żabę za jednym razem z żelazkiem?” – pomyślał Tasdij
“Frajerzy! Uwierzyli że się tak nazywam! Jak można mieć na imię Kapucyn? Imię jak dla debila! Całe szczęście, że ja się nazywam Grandżers…” – pomyślał Pustelnik.
” ” – pomyślał Bob.
“Puff. Ale gorąco, niech ktoś mi się pomoże rozebrać” – pomyślał inteligentny Banan, którego Pustelnik trzymał w gaciach obok swojego… przyrodzenia.

- Ok., wierzymy ci. – po chwili ciszy odezwał się Frizbi. – Prowadź nas!
“Tylko kurna gdzie? Nie mam pojęcia, wiem pójdziemy na północ. Ale ku**a frajerzy… Hej! Kto mi myśli cenzuruje?” – pomyślał na koniec Pustelnik i włączyć “tryb oszczędzania energii” czyli wyłączył wszelkie niepotrzebne procesy, w tym myślenie.

- Pójdziemy na południe do ruin Furman.
- Ale jak tam nie będzie szafy, to ci jaja wyrwę i zrobię z nich orgiami w kształcie nosorożca! - subtelnie ostrzegł go Frizbi.
Nie ruszyli jednak w dalszą drogę dnia dzisiejszego. Bowiem nastała noc, a wędrować blasku księżyca zbyt bezpiecznie nie jest. Schowali się więc wszyscy do pudła i postanowili przeczekać ram do rana.

***

- Boję się…
- Pustelnik, ty się zawsze boisz… – przygadał mu Tasdij.
- O wypraszam sobie, mam tylko agorafobię, arachnofobię, klaustrofobię, myszofobię, trupofobię, piłkofobię, lęk wysokości, ptakofobię, dupofobię, mendofobię, kupofobię, kompofobię, życiofobię, powietrzowobię i parę innych fobii!
- To w takim razie czego się boisz?
- Szamana…
- Masz Szamanofobię?
- Nie, przeraża mnie to, że patrząc na mój tyłek oblizuje usta.
- Nie martw się, on tak zawsze…
Po tej rozmowie wszyscy zasnęli, ale czy na pewno? Rano Pustelnik czuł się dość dziwnie i do tego bolały go pośladki. Pewnie go banan uwierał…

Pamiętaj, wakacje ze znajomymi z internetu nie zawsze są bezpieczne…

~ autor tedeward w dniu wrzesień 11, 2005.

Napisz odpowiedź