Komar wieczorową porą

14 lipiec 2005

Noc była spokojna, ciszy nie zakłócił nawet najmniejszy szmer. Można było przyglądać się gwiazdom na niebie, a łysol (księżyc) co jakiś czas zanikał za większymi chmurkami. Oczywiście coś musiało zburzyć ten sielski obrazek. Wszystko zaczęło się niepozornie, od cichego bzyczącego dźwięku. Po krótkiej chwili zidentyfikowałem jego źródło, to był on. Komar…

Komar ów, najwidoczniej od razu nie zainteresował się moją osobą, albo tylko udawał głupiego i udał się na rekonesans. W każdym razie podleciał do mnie, zachowując dystans, okrążył i cofnął się na wyższe rejony planować inwazję. Nie zajęło mu to zbyt długo, bo wrócił jeszcze szybciej niż się pojawił. Machnąłem od niechcenia ręką i bzyczący dźwięk ucichł. Zabiłem go, zdawałoby się. Jednak nie, to była tylko część jego planu.

Sporo czasu minęło zanim pojawił się ponownie, tym razem zbliżył się do mojej głowy, a raczej ucha i zaczął denerwować swoim bzyczeniem. Długo nie wytrzymałem, w przypływie furii zacząłem okładać się po całym łbie dłońmi, tak by zabić natręta. Teraz już wiem, że cwaniak odleciał chwile wcześniej i śmiał mi się prosto w twarz. Dokładnie słyszałem jak sobie wesoło bzyczał pod sufitem, drań.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, z kim mam do czynienia, nie byłem świadom, że walczę z równie dobrym strategiem, co ja (nie ma to jak dystans do samego siebie) i tak łatwo go nie pokonam. Jednak byłem pewny siebie, zbyt pewny. Rzuciłem się do walki, wstałem spod kołdry, chciałem pochwycić przeciwnika w dłoń i zmiażdżyć. Łatwym nie było, musiałem się kierować na słuch, jednak komar miał dobrze wyćwiczone uniki, więc pierwszy atak zupełnie się nie udał. Wykorzystał za to tą sytuacje mój wróg, który przypuścił szturm na odsłonięte ciało, gnojek urąbał mnie w rękę i jeszcze mu było mało. Wtedy już wiedziałem, że sam nie dam sobie rady. Zanurkowałem pod poduszkę i kołdrę by tam przeczekać kolejne ataki.

I tu rozpoczęła się śmiertelna gra, ja ukryty niczym Arnold Szwarzenegger w błocie, a komar grał rolę oprawcy, Predatora. Latał nade mną w pełnym kamuflażu, widział dokładnie gdzie jestem, ale nie chciał ugryźć (szczegół, że nie miał w co), bawił się ze mną. Nie wiedziałem keidy ponownie nadleci i skąd. Co jakiś czas podlatywał w okolicę mojej głowy, czasem widziałem białka jego oczu, wstrętny uśmieszek i to działo zamiast nosa. Do dziś ciarki mi po plecach chodzą, słyszę w uszach ten brzęczący dźwięk jego skrzydeł. Zabawiał się tak przez dobre pół godziny. Ja naiwny, myślę sobie “nie będę się wychylał, to mu się znudzi i zrezygnuje”. Byłem w wielkim błędzie…

Komar, bowiem nie chciał mojej krwi, gdyby tak było, odleciałby już po pierwszym ukąszeniu, ale nie, on pragnął mojej śmierci tak samo jak i ja jego. Obaj wiedzieliśmy, że walka będzie trwać dopóki jeden z nas legnie martwy, a zwycięzca pozostanie sam na polu bitwy. Wtedy przez myśl przeszło mi kilka rzeczy, w tym gitara bez jednej struny stojąca w kącie pokoju. Była jednak za daleko od łóżka, nie dobiegłbym. Wtedy przypomniał mi się leżący na biurku zeszyt. To była moja ostatnia deska ratunku.

Zrzuciłem mój kamuflaż i skoczyłem do biurka, miałem już broń, wystarczyło poczekać na przeciwnika. Zaskoczył mnie od tyłu, prawie trafiając w głowę swoim działkiem. Odpowiedziałem szybkim uderzeniem zrolowanym zeszytem. Komara nie trafiłem, acz wywołany w ten sposób wir powietrzny wciągnął mego przeciwnika i ogłuszył na parę chwil. Otrząsł się szybko i ponowił atak, złapałem go w palce, ale on ciągle parł ku mojej twarzy. Skoncentrowałem wszystkie siły na ręce, próbowałem zatrzymać komara, ale on był coraz bliżej. Mimo iż trzymałem go za jedną z nóg to ten ciągną za sobą moją dłoń i zbliżał się jeszcze bardziej.

Wtedy pacnąłem go leżącym nieopodal kapciem. Komar zemdlał. Teraz mogłem go ukarać za swoje postępowanie. Wyrwałem mu oba skrzydła, dwie nogi i puściłem wolno. W końcu każdy, nawet najmniejszy robaczek, ma prawo do życia, nie? (tylko nie wiadomo czy taki robol chce żyć) A ten przynajmniej dostanie rentę jako weteran wojenny.

Obserwując kuśtykającego po podłodze komara, spostrzegłem, że za oknem wstało słońce i rozpoczął się nowy dzień…

~ autor tedeward w dniu lipiec 14, 2005.

Napisz odpowiedź