header image
 

Przypowieści Świata Zysku - Trzecia Wieża cz.1 (wersja pierwotna)

10-11 Lipiec 2005

Słońce majestatycznie chyliło się ku zachodowi, pogrążając miasto w pomarańczowym kolorze. Ostatnie promyki przebijały się przez widoczne na horyzoncie drzewa. Za parę minut dzień miał się skończyć, ustępując miejsca nocy. W tej samej chwili kilka osób zbliżało się do zrujnowanego budynku z powybijanymi szybami w oknach. Była to stara rezydencja pewnego potentata naftowego, wielki krach w 1927 sprawił, że ten popełnił samobójstwo, a willa od tamtej pory stoi pusta. Do dziś można w niej znaleźć nie rozkradzione meble, talerze, obrazy. Ludzie się bali tam chodzić, bo dom ten miał być nawiedzony.

Piątka chłopców spokojnym krokiem zbliżyła się do dwuskrzydłowych drzwi. Spostrzegawczy, mógłby zauważyć, że od pewnego czasu ktoś ich śledzi, a raczej “coś”…
- No to co? Zaczynamy naszą zabawę? - spytał jeden z chłopców.
- Nie wiem, poczekajmy aż będzie naprawdę ciemno.
- Tak, Robert ma rację, trzeba jeszcze poczekać.
- A ty, co Marek, ty tu dowodzisz? - zaśmiał się niskim głosem najwyższy z nich, Tomek. - No, ale dobra, poczekamy.
- Wiecie co? Ja rezygnuje.
- No daj spokój Gruby. Nawet tak nie mów.
- Nie nazywaj mnie gruby!
- Jesteś gruby i nic tego nie zmieni! - dorzucił milczący dotąd Franek.
- Cykasz się tłusta dupo? - spytał drwiąco Tomek.
- Pewnie, że nie!
- I tak ma być.

Teraz już można było usłyszeć kroki “gościa”, był coraz bliżej, w końcu krzaki znajdujące się nieopodal wejścia zaczęły się ruszać, a wiatru nie było wcale.
- Krzaaa…
- Co?
- Krzaaaa…
- O kurcze, Robert jąka się zawsze wtedy, gdy się czegoś przerazi.
- Krzzaaaa… ki!
- Krzaki? O kurde!
- Co to?!
Chłopcy zaczęli się wycofywać w stronę drzwi. Jeden z nich krzyknął, “gość” się ujawnił.

***

- Ja się bałem? Ja? To Marek krzyknął!
- To taka reakcja alergiczna! Ty Robert wcale nie byłeś lepszy!
- Zamknijcie się obaj, wszyscy byliśmy przestraszeni! - uciszył ich Franek.
- Trzeba lepiej coś z tymi patałachami zrobić - dodał Tomek.
- Mozemy sie z wami bawić? - spytał mały, na oko 5-letni chłopiec.
- A idź, nie chcemy tu brzdąców.
- Plosseeeee…
- Tedi, spieprzaj. Zabierz swojego kumpla Bandiego i spadajcie obaj. Do piaskownicy.
- Albo cię znowu wywiesimy za nogi przez okno.
- Nie lubie was, choć Stasiu, idziemy. - obydwaj mali odeszli. Tomek jeszcze podbiegł do Tediego i kopną go w tyłek.
- Sza czo?
- Za jajco. - wszyscy starsi wybuchli śmiechem.

- No dobra, już jest w miarę ciemno. Wchodzimy?
- Dobra, Robert, pomóż mi otworzyć te drzwi…
- Wiecie co? Ja jednak nadal nie jestem pewien.
- Gruba beko, zawrzyj swoją paszcze, bo jeszcze nas wszystkich połkniesz i nawet nie poczujesz. A teraz właź!

***

Piątka chłopców znalazła się wreszcie w środku budynku. Drzwi zamykając się wydały okropny, drażniący uszy dźwięk. Trudno było się zorientować, co tak naprawdę znajdowało się w środku holu, było tak ciemno, że ledwo widzieli siebie nawzajem.
- Macie latarki?
- Pewno.
- Zapalcie.

Mrok rozdarły snopy światła. Machali tymi mieczami świetlnymi po całym pomieszczeniu, to w kącie przyglądali się ogromnym pajęczynom, to na stare meble czy obraz byłego właściciela.
- Dobra, no to rozdzielamy się. Kto będzie szukał?
- Grubas.
- Nie! Ja nie!
- Gruby, no daj spokój, boisz się?
- Proszę was, tylko nie ja!
- Dobra, zagramy w grę. Ten, kto jest najgrubszy ten szuka.
- Ha! Grubas, ty jesteś tak gruby jak wysoki, szukasz!
- To nie fair!
- Masz rację, ja będę szukał. - wyratował Grubasa z sytuacji Franek.
- Uf.
- Frajer żeś Franek, wiesz?
- Wiem, wiem…

- No to dobra, ja gaszę latarkę, liczę do stu i wtedy szukam. Rozdzielcie się.
- Ok, zaczynaj.
- 1, 2, 3, 4…

Chłopcy rozbiegli się na wszystkie strony.

***

Gruby szedł długim korytarzem. Kierował światło latarki na mijane obrazy, wydawało się, że postacie na nich zawarte bez przerwy wpatrywały się w niego. Nie chciał oglądać tych wszystkich malunków, ale coś nie pozwalało mu nie oświetlić kolejnego obrazu. Ku jego radości, korytarz się skończył, ale zaczęło się jeszcze większe piekło - trafił do sali z wypchanymi zwierzętami, łeb łosia pustymi oczyma patrzył przez okno na pobliski las. Niedźwiedź w dumnej pozie szczerzył swoje spore kły. Dzik wywalił wielki ozór i jakoś bez radości wisiał na ścianie. Wszystko to zadziałało na Grubego tak bardzo, że ten przyśpieszył kroku jeszcze bardziej.

Opuścił przerażający pokój i poszedł dalej, światło latarki rzucało złowrogie cienie. Jego umysł tworzył z nich różne potwory i demony, tu i ówdzie widział przebrzydłe kreatury rodem z horrorów, ale po drugim spojrzeniu okazywało się, że to nic więcej niż zwykły wieszak.

Kolejne minuty wędrówki wcale nie wydawały się lepsze. Grubas zorientował się, że nie ma pojęcia jak wrócić do drzwi wyjściowych, a na dodatek jego latarka przestała świecić…

***

98, 99, 100! Szukam! - krzyknął Franek i włączył swoją latarkę.

***

Po omacku trafił do jaśniejszego pomieszczenia. Otaczały go obdarte ściany, gdzieniegdzie widać było gołe cegły, i jeden dość widoczny punkt, dziura po kuli. Na środku owego pomieszczenia stał duży stół. Na nim zniszczony przez czas obrus i zastawa stołowa, tak jakby ktoś tuż przed obiadem porwał wszystkich domowników. Gruby usłyszał jakiś szept w pokoju obok.
- Buuuu!!!! Gruby!!!

To byli jego współtowarzysze zabawy. Zawsze lubili się nabijać z Grubego, tylko dla tego był on w ich paczce. Mimo to, że nie była to sprawka sił nadprzyrodzonych, a jedyne wybryk jego koleżków, to i tak Grubas zaczął biec przed siebie krzycząc przeraźliwie rozumiane tylko przez siebie słowa. Wbiegł po schodach na kolejne piętro, ruszył znajdującym się tam korytarzem i trafił do jednej z wielu sypialni. Bez namysłu postanowił, że schowa się w trzydrzwiowej szafie po drugiej stronie pokoju, ominął, więc wielkie, zakurzone łoże i uchyli jedno z drzwiczek szafy. Mebel ten był sporych rozmiarów, do wszystkich przegród bez większego problemu weszłoby pięć dorosłych osób, gołym okiem widać było, że szafa ta nie należała do najtańszych, a i twórca miał z nią dużo roboty.
Środkową jej część zajął przestraszony Grubas, skulił się i wcisnął w najdalszy kąt.

Nocne niebo przykryło stado ciemnych chmur, zaczął padać deszcz…

***

Gruby już spory kawał czasu siedział w tej szafie, jemu wydawało się, że nawet cała wieczność minęła od wejścia do tego przeklętego budynku. Aby zwalczyć strach myślał o rzeczach przyjemnych, które doświadczył w ostatnim czasie, nie było ich zbyt wiele. W pewnym momencie Grubas usnął.

- Co? Jest tu ktoś? - spytał sam siebie, obudzony jakimś dziwnym dźwiękiem. - Kto tam? To znowu wy? Dajcie mi spokój!

Jednak to nie był Robert, Marek, Tomek, ani nawet Franek. Tym razem szept, który słyszał miał zupełnie inny głos, przerażający, ochrypły. Gruby zacisnął pięści, nagle spostrzegł zasuwkę u dołu drzwiczek, dla bezpieczeństwa zamknął szafę od środka.

Na niebie pojawiła się błyskawica, która przez krótką chwilę połączyła niebo z ziemią. Tuż po niej nastąpił donośny grzmot, krzyk i cisza. Burza ustała.

***

- Cholera, gdzie ten Grubas się ukrył?
- Robert, nie martw się o niego, poszukajmy lepiej Marka.
- A co z grubym? - spytał Franek.
- Pewnie zapadła się pod nim podłoga i wpadł do piwnicy. - odpowiedział Tomek, po czym wybuchł swoim specyficznym śmiechem.
- Patrzcie, tam na górze, na końcu schodów.
- Co?
- Ktoś leży! - trójka chłopców wbiegła po schodach.
- Ja piernicze, to Marek. Co mu się stało?
- Może nie żyje?
- Tomek, wypluj te słowa!
- Spieprzamy stąd, bo nas posądzą o morderstwo!
- Nie panikuj Robert, nie panikuj! Lepiej sprawdź czy oddycha.

Robert pochylił się nad leżącym Markiem, a ten szybkim ruchem ręki złapał go za szyję i zaczął dusić.

- Pomocgh gh hg hrrr… - Marek zwolnił uścisk, zaczął tarzać się po podłodze i śmiać tak głośno jak nigdy dotąd.
- Ty gnoju! - Krzyknął Robert - wal się leszczu, już ci nigdy nie pomogę. W niczym!
- Frajerzy!!!!
- Zamknij się dupku, musimy teraz Grubasa znaleźć, nikt go nie widział od dwóch godzin, od wtedy, gdy go przestraszyliśmy.
- Zapadł się pod ziemie! - Marek znowu zaczął się śmiać.
- Dość tych żartów, trzeba go znaleźć. - uciszył wszystkich Franek. - Zaczniemy od tego korytarza, o ten pokój jest otwarty.

Chłopcy weszli do pomieszczenia z wielkim i zakurzonym łożem, w kącie po drugiej stronie od wejścia stała trzydrzwiowa szafa.

- Może siedzi w tej szafie.
- E tam, jak na moje oko to by się nie zmieścił.
- Ale sprawdzić warto.
- U, zamknięte. Pewnie tam siedzi.
- Gruby! Wyłaź.
- Tomek i Marek, weźcie te drzwi wyważcie czy coś.
- Dobra, już się bierzemy do roboty.
- Eh, tyle zachodu dla jakiegoś Grubasa. Dawaj Marek.

Siłowali się z drzwiczkami parę dobrych minut, ale jednak w końcu udało im się jakimś sposobem je wyrwać z zawiasów.

- Gruby, mamy cię! – Krzyknęli wszyscy na raz w momencie, gdy Tomek odsłonił zawartość szafy. W środku nie było nikogo.

***

Na słupie wisiało ogłoszenie. Na białej kartce widniało czarno-białe zdjęcie grubego, uśmiechniętego od ucha do ucha chłopaka, zajadał się czekoladą. Poniżej widniał napis.

Zaginął!
Piotr Walczyński, lat 12, zaginął 11 lipca 2005 roku, w okolicy Starego Dworu. Jeżeli ktoś go widział, lub wie gdzie może przebywać prosimy, aby zadzwonił pod numer telefonu (099) 582 76 23, każda informacja może się przyczynić do odnalezienia Piortka.

Przy tym samym słupie rozmawiały ze sobą dwie emerytki.
- Wie pani, to ten od Walczyńskich, no wie pani jego matka to się kiedyś nazywała Dąbrowska.
- A to wiem, jej ojciec, co miał wypadek i nogę stracił. Tak, oj jaki piękny miał pogrzeb…
- No to ta, no i ten jej syn to zaginął tam przy tej chałupie, co ona się rozsypuje, w nocy gdzieś łaził i już nie wrócił, a ciała to nie znaleziono, więc nadal szukają. Pijany pewnie był, jak to te bachory, łazi to to i chleje.
- Eee, to już go nie znajdą.
- A żeby pani wiedziała…

***

Słońce majestatycznie chyliło się ku zachodowi, pogrążając okolicę w pomarańczowym kolorze. Ostatnie promyki przebijały się przez widoczne na horyzoncie góry. Za parę minut dzień miał się skończyć, ustępując miejsca nocy. W tej samej chwili kilka osób wracało z pustyni. Zanim zbliżyli się do pierwszych namiotów było już zupełnie ciemno, pożegnali się jeszcze i wrócili do swoich mieszkań. Nie wiedzieli, że od pewnego czasu ktoś ich śledzi…

- To do jutra Zbigo, pogramy w piłkę na równinie.
- Dobra, tylko przyjdź! - chłopcy podali sobie ręce i poszli, każdy w swoją stronę.

Nieoczekiwany “gość” podążył za Maćkiem, był ledwie parę kroków za nim, ale ten go nie zobaczył.

- Hej, poklikamy?
- Kto to? Ty Zbigo? - spytał Maciek.
- Nie. Nazywam się Jurek, i też mam dwanaście lat. Chodź, coś ci pokaże.
- Dobra.

Maciek zdążył tylko jęknąć, po tym nastąpił tylko dziwny skrzypiący dźwięk, ledwo słyszalny chichot i cisza…

Pamiętaj, nie wiadomo, kto jest po drugiej stronie!

~ autor tedeward w dniu lipiec 10, 2005.

Napisz odpowiedź