header image
 

PŚZ - The Great Voyage Full of Alcohol (wersja pierwotna)

2 maj 2005

Kiłłłłłłłłłłłłłłłłłłlaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!! – Zaczął wrzeszczeć mały stworek stojący na stoliczku tuż przy łóżku. Leżąca na nim szeroka blacha poruszyła się. Spod niej wyłoniła się brudna ręką i chwyciła leżący obok młotek. Jednym szybkim ruchem wrzeszczący stwór stał się płaski jak myśl Kelrankh’a, czyli bardzo płaski. Mężczyzna jeszcze zlizał krew z metalowej części narzędzia, po czym rzekł:

- Jak ja nienawidzę tych budzików.
Odrzucił na bok blachę, wstał z łóżka i…
- Motyla noga… - …wystękał pod nosem.
Nastał kolejny dzień w Fakoutowie.

***

- Cześć Bob - powiedział Mes do siedzącego na kamieniu i dumającego mężczyzny. - Wybacz. Nie musisz nic mówić, znam odpowiedź. - Po czym ruszył dalej, a Bob powoli osuną się na ziemię.

Mess miał bardzo “lotniczą” rodzinę. Jego rodzice Hindenburg i Łajka Fokkewulf dali mu na imię Messerschmit, po samolocie z czasów II wojny światowej. Dziwne to było małżeństwo, bowiem oboje nigdy nie oderwali się od ziemi na więcej niż 20 cm, mimo to ich pasja przeszła na syna. Ten próbował wielu sposobów by wzbić się w powietrze. Każda z nich kończyła się fiaskiem. Ot choćby wtedy, gdy za pomocą pralki chciał wystrzelić się na orbitę okołoziemską.

Dziś jednak nie miał podobnych planów, chciał tylko odwiedzić swojego kumpla, Helmuta, którego nazywano (nikt nie wie dlaczego) Stanem. Mieszkał w drugiej części Fakoutowa, w namiocie z numerem 666. Stan mówił, że ma coś ważnego do zrobienia i Mes jest mu w tym potrzebny. Czegóż to się nie robi dla przyjaciół? Nie pierze się im majtek, ot, co.

Miną Boba, po czym szerokim łukiem obszedł dwa żółwie grające w szachy i pijące wódkę. Dziwne to były zwierzęta, nie zagryzały po pierwszym. Przyśpieszył kroku, bowiem cel jego tułaczki był bliski. Wejście do małego namiotu Stana.

***

- Hop, hop! Jesteś tam? - Zawołał Mes.
- Nie, Hop-hop wyszedł 20 minut temu. - Odpowiedział dziwny głos. Messerschmit zmarszczył brwi, po czym rozkładając ręce wszedł do środka. Przeszedł przez pokój gościnny i kuchnię - pusto. Zaglądną do sypialni, tam też nikogo nie było. Wreszcie w łazience zobaczył swojego całkiem nagiego przyjaciela, zwinięty w kłębek siedział w jednym z kątów pomieszczenia. Stan kiwał głową, mówiąc coś po cichu w dziwnym narzeczu.
- Zapomniałem, zapomniałem, zapomniałem, zapomniałem, zapomniałem… - Powtarzał w kółko.
- Hej, Stan, co ci jest?
- ZAPOMNIAŁEM!
- Co?
- NIE WIEM, PRZECIEŻ TO ZAPOMNIAŁEM!
- A czy to było ważne?
- SKĄD MAM WIEDZIEĆ, PRZECIEŻ TO ZAPOMNIAŁEM!
- To skąd wiesz, że w ogóle coś zapomniałeś?
- STONOGA GRYZELDA!… A i tu mnie masz. Ja, ja… To POPOROSTU WIEM.
- Nie mów do mnie dużymi literami. Szanuj mnie, kochaj, przygarnij…
- Ok. Od początku, obudziłem się i od razu wiedziałem, że coś zapomniałem, to było bardzo ważne, tylko nie wiem, co…
- Może chodzi o wyniesienie śmieci, to przecież ważne.
- Nie, coś jeszcze bardziej!
- Wczoraj mówiłeś coś o ważnym zadaniu, jakie dziś mamy wykonać, to musi być to! Ha! Jestem bogiem!
- Jakie to było zadanie?
- Eeee… Myślałem, że mi to powiesz…
(Kretyn)

Stan wstał i przeszedł do dużego pokoju, podszedł do stojącej w rogu szafy. Po otwarciu wypadł z niej oburzony i całkiem nagi sąsiad, który szybko opuścił mieszkanie wreszcząc coś o złych manierach. Helumt ubrał się i powiedział:
- Idziemy do wodza.
- Tak się dobrze składa, że dziś jest rytuał pojednania trzech żywiołów, wina, wódki i borygo… Po tym łatwiej się wodzowi myśli.
- Więc może Dżordż powie nam, co robić…

***

Namiot wodza Fakoutowa znajduje się prawie w centrum miasteczka, nieopodal stoiska Baby Lodziarki. Dżordż już przygotowywał się do obrzędu, przyodział różowe stringi, a nawet wydepilował sobie nogi i miał już wyjść na środek gdyby nie ręka chwytająca go za ramię.
- Wodzu, mamy sprawę.
- Co się stało? Wódki brakło? Jezu Chryste Nazarejski, Matko Boska Królowo Świata, Boże jedyny Wszechmocny, CO?
- Nie, nie. To nie to - wytłumaczył Mes.
- Chodzi o to, że zapomniałem…
- Ufff… Co zapomniałeś? - Spytał Frizbi.
- Nie wiem, przecież zapomniałem.
- Cóż, nic na to nie poradzę. Marihuana mi się skończyła.
Stan spojrzał na wodza błagalnym wzrokiem (tym samym, co Kot w Butach ze Shreka 2) i wyszeptał.
- Zrobiłem kupę do twojego buta, wybaczysz mi?
- MAM! - Wrzasną Frizbi, po czym opamiętał się i zapytał - Co, jakiego buta?
- Nie ważne - tym razem mówił już normalnie - co masz?
- Jaskinia Przypomnienia…

***

Dawno, dawno temu, gdy dziadek mojego dziadka, syn jego babci słuchał jeszcze opowieści starego durnego wodza, a… Może i nie. W każdym razie żył sobie pewien szczur. Mieszkał w Górach Pieprzowych, miał tam swoją jaskinię. Ten stary gryzoń wszystko pamiętał, nawet takie pierdoły jak rocznica swojego ślubu. Pewnego dnia przybył obcy i wpakował mu parę kulek między szczurze oczy. Moc zapamiętywania przeszła na jaskinię i od tamtej pory każdy, kto coś zapomniał i tam wszedł, w mgnieniu oka przypominał sobie wszystko. Tak przynajmniej głosi legenda, kto wie, może to zwykły chwyt marketingowy, który ma przyciągać turystów? Nie wiem. Ale jeżeli nie masz innego wyboru to powinieneś się tam udać. Jednak uważaj, droga do Jaskini Przypomnienia jest długa i niebezpieczna, prowadzi przez tereny zajęte przez różne ugrupowania, mniej lub bardziej agresywne. Trzymajcie się, ja idę na rytuał.

- I co robimy Stan?
- Ja idę! Pomożesz mi w tej trudnej wyprawie?
- Pewnie! Lecę po pieniądze, trzeba zaopatrzyć się w sprzęt potrzebny do podróży.
- Ja to załatwię, ty tu poczekaj.

Stan wybiegł z namiotu, a Mes usadowił się na ławeczce. “To ja sobie przedstawienie obejrzę” - pomyślał, co mu się nieczęsto zdarza. Z mroku wyłonił się całkiem nagi Frizbi. Rozpoczął swój ekwilibrystyczny taniec, którego nie powstydziłby się niejeden człowiek-gum. Lizał się po łokciu, stopą drapał się w tył głowy, a nawet wkładał głowę we własny odbyt. Jego wspaniale wypracowane mięśnie napinały się, tworząc obraz niczym z konkursu kulturystycznego. Aż tu nagle rozległ się ogromny huk…

Mes przebudził się i zobaczył podstarzałego faceta w stringach z obwisłym brzuchem i wątłymi mięśniami. Mężczyzna ów wypinał się w stronę Mesa. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to że podmuch wytworzony przez puszczenie bąka spowodował iż Mes z ogromną prędkością wyfruną przez rozbite okno i poszybował ku gwiazdom.

***

W tym czasie Stan przeszukiwał wszystkie zebrane od dzieciństwa pudełka po masłach. W końcu dorwał jedno wypełnione po brzegi dziwnymi fioletowymi papierkami. Była to waluta, którą uznawano w Fakoutowie. Po bliższym przyjrzeniu się, można wyczytać że niegdyś były one opakowaniem dla “Irysów z Sezamem”. Tak się złożyło że w okolicach miasta można było ich znaleźć mnóstwo, zadecydowano że one będą pieniądzem. Schował wszystko do kieszeni, po czym biegiem wrócił do namiotu wodza. Zastał tam tylko Boba.

- Gdzie Mes? - Ręka Boba skierowana była w niebo - Aaa… Przynajmniej on spełnił swoje marzenie… W takim razie potrzebuje kogoś, kto pomoże mi w mojej podróży. Kogoś zupełnie twardego i przystojnego jak ja. Hm. Wiem! Władek!

Władek był mutantem. Ale nie takim zwykłym, bo mutantem – afroamerykaninem. Jego skóra miała po prostu brązowy kolor. Przed wojną był nauczycielką geografii w pewnej szkole. Mówi się, że promieniowanie tylko zmieniło mu płeć i uczyniło go czarnym. Poza tym wygląd pozostał bez zmian (nawet rozumowanie było równie powolne), wnioski są jednoznaczne. Władek (po zmianie pci, zmienił sobie imię) był pierwszym w historii popromiennym mutantem stworzonym bez wojny nuklearnej. Niezależnie od jego przeszłości, Władek był spoko gościem i równiachą.

- Władek! Władek!
- Hm?
- Potrzebuje twojej pomocy?
- Masz… E… Krzyżówkę do rozwiązania i nie wiesz, co jest stolicą Hondurasu?
- Tegucigalapa, ale nie o to chodzi. Z resztą, to długa historia.
- Daj mi skróconą wersję.
- Ta, racja. Wybieram się do Jaskini Przypomnienia i potrzebuje pomocy, sam nie dam rady.
- Hm… A… Co z Mesem, twoim kumplem?
- Odleciał… Do ciepłych krajów.
- Migracje?…

***

- Tak, poproszę jeszcze ten turbofrazer wyposażony w dwudupleksową przekładnię elektromagnetyczną wykorzystującą przyciąganie jonowe.
- Stan, to jest widelec. - Odrzekł Edek Łowcarz, jedyny sprzedawca broni w Fakoutowie.
- Aha, to oprócz tego sztucera jeszcze 5 litrów wódki.
- Da się załatwić. Coś jeszcze?
- Te wykałaczki to gratis, do co piątej paczki podpasek?
- Dokładnie.
- Biorę dwieście paczek.
- Hąpennaście krzykwastylion Irysów. - Helmut wyłożył kasę na stół i zabrał wszystko co zakupił. Sztucer, pięć paczek amunicji, łożysko do traktora, dwieście paczek podpasek i wykałaczki. Podpaski wyrzucił tuż za drzwiami.
- Załatwione? - Spytał Władek.
- Tak. Jeszcze tylko wezmę jedzenie i możemy iść.
Do Władka i Stana podszedł śpiewający dromader, “Cholera” - powiedział, po czym ruszył dalej.

***

Mimo że odgłos pierdnięcia obudził Mesa, to sam gaz ponownie go uśpił. Po paru godzinach ponownie otworzył oczy i ze zdziwienia zemdlał ponownie.

***

- A więc to tu kończy się cywilizacja? - Spytał Stan
- E. Nie no, chyba nie. Na razie stoimy za ostatnim namiotem w Fakoutowie.
- Wow. Tak daleko od domu byłem tylko… W sumie nigdy!
- Ba! A to dopiero początek! Nikt nie wie, co nas czeka w dalszej drodze! - (Ja wiem.) - Różne dzikie plemiona i fanatyczne ugrupowania, słyszałeś przecież o złych Mutantach, którzy zajmują południowe ziemie. To ci, którym przewodzi Piękny RomanG. Całe szczęście nie będziemy przechodzić przez ich terytorium.
- Ale zapomniałeś dodać o pięknych kobietach, szybkich samochodach, wielkich pałacach, ogromnych bogactwach i starożytnych cywilizacjach.
- Wcale nie zapomniałem. Po prostu ich nie będzie…
- W takim razie ruszajmy! - Dorzucił na koniec Stan zwany Helmutem klepiąc Władka po pośladku.

***

(Obudź się cymbale)
- CO? - Prawie, że wywrzeszczał Mes. - Kto, to powiedział? AAAAaaaaaaaaaa!!!! - Wreszcie zorientował się, w jakim jest położeniu - szybował w przestworzach i wcale nie tracił na wysokości.
- Łał! Ja latam! Haha! Nareszcie!
No i tak zaczął sobie latać, to tu, to tam.

***

Minął dzień, a dwaj podróżnicy niewiele oddalili się od rodzinnej wioski. Pierwszym ważnym punktem ich wyprawy był Kopiec Zdechłego Świstaka. Musieli zaopatrzyć się w zapasy życiodajnych ruskich pierogów, poza tym świetnie nadają się na zagrychę do wódy. Władysław podszedł do rosnącego nieopodal krzaka i pochwycił wiszący pieróg.
BANG! - Rozległ się ogromny huk. Stan i Władysław odwrócili się w stronę zachodzącego słońca. Czarny mutant nie spostrzegł, że jego dłoń została na pierogu, a sam miał już tylko piętnaście palców.
- Wynoś się mutancie! - Krzyknął ktoś z oddali.
- On jest ze mną! - Odpowiedział Stan
- A, chyba, że tak. To przepraszam - Postać schowała broń i odeszła. W tym czasie była ręka Władysława odnalazła się w sytuacji, skoczyła na równe palce i popędziła w stronę pustyni.
- Nie ma, za co! - Pożegnał się Władysław - Wracajmy do zbierania jedzenia.

Dwaj herosi ponownie zbliżyli się do krzaków, a z nich, nagle wyskoczyło paru mężczyzn. W dłoniach trzymali różne typy broni, a na sobie mieli metalowe pancerze a na głowach czapeczki stylizowane na banany. Tylko jedna osoba ubrana była w czerwoną bieliznę.
- Hosen1! Nie teraz! - Krzyknął ktoś na tego prawie_że_rozebranego.
- No dobra, dobra. - Odrzekł i ubrał się w pancerz.
- Co tutaj robicie!? - Spytał jeden z nieoczekiwanych gości - Ten teren należy do naszej Frakcji i nie wolno tutaj wchodzić mutantom oraz debilom. Sami zgadnijcie które określenie pasuje do każdego z was.
- A kim ty jesteś żeby tego zabronić? - Zdenerwował się Władek.
- A poza tym, Władek wcale nie jest debilem!
- Jam jest QbJ - pierwszy po bogu w tym ugrupowaniu.
- Ale Władek to dobry mutant, nawet kiedyś uczył dzieci w szkole. A z resztą, bez paniki panowie, szybko przejdziemy przez wasz teren i już nas nie zobaczycie.
- Jasne, a potem przyprowadzicie tutaj rodzinę, znajomych, przyjaciół a może i rosyjsko-żydowskich masonów z Grenlandii! O nie, na to się nie zgodzimy!
“O nieeeee!” - Zgodzili się śpiewająco wszyscy w pancerzach.
- Musimy was zlikwidować. W góry z nimi!
“W góry! W góry! W góry!” - Zaczęli krzyczeć Frakcjoniści machając przy tym rękami.

***

Cóż, latanie samo w sobie jest fajne, ale ileż można? Takie samo odczucie złapało Mesa. Latał od ładnych paru dni i kompletnie nie miał już, co robić. Podczas swego lotu okrążył ziemię parę razy i nie było już nic ciekawego do roboty. “Ale nuda” - pomyślał.

Jego inteligentne i odkrywcze przemyślenia na temat ludzkiego istnienia przerwał dziwny ruch w okolicach góry, którą omijał. “To musi być jakaś obca istota, podlecę bliżej”. I zrobił tak jak myślał. Okazało się, że był to człowiek, bardzo dziwnie ubrany do tego. Przyodziany był w coś jakby pancerz wspomagany, do nóg podczepione miał dwie dziwne deski, a jego twarz zdobił wąsik.
- Czekaj! - Krzyknął do postaci Mes. Dziwny mężczyzna wyhamował, a gdy Mes zbliżył się, ponownie ruszył. - Kim jesteś?
- O jak dobrze, jakiś człowiek. Nazywam się Adam.
- Co tu robisz?
- Lecę, bo chcę. Z resztą, chcesz znać całą moją historię?
- Pewnie, później ci opowiem swoją…

No wiec tak. Parę lat temu był konkurs w Zakopanem. Zjechałem po skoczni i wybiłem się z progu. Pomyślałem sobie, że zrobię tylko jedno kółeczko wokół Ziemi i wrócę, ale gdy leciałem nad Afryką zobaczyłem dziwną smukłą i bardzo szybką rzecz. “Sven Hanavald” pomyślałem. No to, gdy podleciał bliżej, wraz z zasadą Fair-Play uczciwie, po ludzku walnąłem mu nartą w łeb. Okazało się, że to nie Sven, ale jakiś pocisk, który spadł na ziemię i wybuchł. Później nadleciały kolejne bomby i rozwaliły cały świat. A że kontrola lotów w Houston nie odpowiadała, to nie miałem gdzie wylądować i tak latam po dziś dzień…

Gdy skończył mówić, obaj się zatrzymali. Drogę przecięła im nadlatująca kobieta.
- I co wrzeszczysz idiotko - krzykną do niej z pogardą Adam - trzeba było użyć podpasek bez skrzydełek!!

***

- Musimy jakoś uciec.
- Masz rację Władku. Nie widzę tutaj naszej przyszłości.
- QbJ, już jesteśmy blisko naszej siedziby. - Złożył raport wysunięty na czoło zwiadowca.

Siedziba Frakcji znajdowała się w trudno dostępnym terenie Gór Pieprzowych. Było to bardzo dobre miejsce na główną bazę.

- ŁAAAAAaaaŁ - odrzekli naraz dwaj pojmani. - Czegoś takiego jeszcze nie widziałem…

Sztab Frakcji był ogromny, znajdowało się tam około dziesięciu budynków z cegły, co było mało spotykane w tym regionie. Ale to nic przy pałacu głównodowodzącego frakcją…

- No, nieźle się urządzili…

Byli już bardzo blisko obozu. “Frakcja Fallouta jest najlepsza, wszyscy inni są słabi, źli i wali im z mordy…” - Dało się usłyszeć przemówienie wygłaszane przez zainstalowane wszędzie głośniki. “…jeden z naszych towarzyszy wyrobił 450% normy robotniczej. Niech żyje przodownik pracy i bohater ludu pracującego!”

- Hosen1, zabierz ich gdzieś, zamknij i pilnuj. - Nakazał wódz.
- Już się robi! - Hosen1 zaprowadził naszych dwóch bohaterów do magazynu z bronią. Posadził na krzesełkach i przywiązał za szyję do żyrandola. Stwierdził, że się potwornie zmęczył i zdjął z siebie ciężki pancerz. Jednym ruchem ręki odsłonił duże lustro stojące w kącie magazynu i zaczął oglądać swoje “piękne” ciał ubrane jedynie w czerwoną damską bieliznę.

Drzwi trzasnęły, do budynku weszła kolejna postać. Miała na sobie dużo za dużą niebieską piżamę, a w ręku dzierżyła, największe hip-hopowe dzieło wszechczasów - książkę pt. “Pan Tadeusz”.
- Hej Hosen, miałeś ich pilnować, a nie torturować. – Rzekł ten mężczyzna.
- Zawrzyj dziób debilu.
- To mi schlebia.
- Rozdymana ropucha.
- A gnój rozrzuciłeś? O przepraszam, zapomniałem, że ty nie lubisz jak się twoje jedzenie marnuje.
Hosen wybiegł z płaczem z budynku.
- Czekaj! Przyniosłem ci prezent hip-hopo fanie! E tam. – Wyrzucił książkę za siebie – Jak ja nienawidzę hip-hopu. A wy, za co tu siedzicie?
- Nienawidzą mnie, bo jestem czarny.
- Hm. Mają was stracić jutro, ku chwale naczelnego wodza, ale mogę wam pomóc…

***

- Teraz szybko!
- Już idę, idę. - Wyszeptał Stan.
- Uważajcie na pułapki. Po prawej, miotacz ognia. Tam, dwa wibratory w ścianie.
- Jezu!
- Teraz będziemy się czołgać, pod sufitem stare skarpety.
- Już widzę wylot tunelu.
- Mówiłem wam żeby się nie spuszczać w kiblu, tylko wyjść kulturalnie, przez drzwi.
- Cicho Władek, zaraz będziemy wolni.

Trzy osoby wypełzły z małej rury tuż za obozem Frakcji. Powyciągali ze spodni szczury i co większe gówienka, po czym poczęli schodzić z Gór Pieprzowych. Parę naście minut później obserwowali szczyty z dołu, tutaj musieli się rozdzielić.

- Dalej idźcie sami, ja muszę wracać. Pewnie jeszcze się nie zorientowali, że uciekliście.
- Chodź z nami, przecież cię zabiją za to, że nas wypuściłeś.
- Zwalę wszystko na bieliźniarkę. Uważajcie tam dalej. W tym rejonie grasują Kurny. A, i strzeżcie się Rycerzy Zakonu Kawalerów Kosmicznych, ci goście są naprawdę dziwni. Aha, łap - i rzucił Władkowi sztucer myśliwski.
- A tak w ogóle jak się nazywasz?!
- Mr T - po czym znikł w mrokach nocy.

Stan i Władek stwierdzili, że nocą iść przez te ziemie będzie zbyt niebezpiecznie. Dlatego wykopali ziemiankę i przenocowali w niej. Rano ruszyli dalej. Już po paru metrach spostrzegli pierwszego wroga. To była Kurna, na krótki dystans śmiertelnie niebezpieczna. Te stwory są bardzo wyczulone na wrogów, potrafią wyczuć śmierdzącą skarpetę nawet na czterysta metrów. Na nieszczęście głównych bohaterów, Stan swoje skarpety ostatnio prał pół roku temu, Kurna rzuciła się do ataku.
- Strzelaj, Stan. Strzelaj!
- Już, chwila. Chwila!
BANG. Kurna padła na ziemię.
- Zabiłem ją! Ha, Zabiłem!
(Dupa, trafiłeś w łapę. Kurna wstała i uciekła)
- O wypraszam sobie, ona tam leży i nie żyje!
(Gówno się znasz. Pierwszy raz strzelasz z broni i masz celność komandosa?)
- Mam wysoki parametr Luck.
(Głupi jesteś. Wynosi 2)
- Co ty, solony Mistrz Gry, że się tak mędrkujesz?
(Nie, Narrator)
- E… To Władek strzelał!
(Nie wiem, czy zauważyłeś, ale on nie ma jednej ręki. W takiej sytuacji chyba byłoby to trudne.)
- O, patrz. Rzeczywiście nie mam jedne ręki. - Mutant pomachał kikutem.
(W takim razie Kurna będzie żyła z kulką w dupie.)
- Ja się tak nie bawię!
- Stan, chodźmy Dalej. Nie zadawajmy się z tym marginesem społecznym.
- O!

***

- Wiesz, co? Nie mam już siły tak latać. A wylądować nie ma gdzie… Hola, hola, teraz jak jest nas dwóch, to jeden może się uratować!
- W jaki sposób?
- Trzymaj moją nartę i walnij mnie w łeb. Ale najmocniej jak możesz.
- Dobra, uważaj.

Bum. Celny cios w hełm na głowie Adasia. Narciarz zaczął spadać. Mes cieszył się, że nie będzie na jego miejscu “Lądowanie pewnie będzie bardzo twarde” - myślał.

Mylił się jednak. Spadający Adam nie wymierzył zbyt dokładnie kontu lotu i odbił się od ziemi jak Titanic od góry lodowej. Teraz szybował zaledwie metr nad pustynią. Pech chciał, że przelatywał obok Fakoutowa, a drogą szedł osioł. Adam z prędkością błyskawicy wpadł w odbyt zwierzęciu. Siła uderzenia spowodowała, że skoczek przeszedł przez cały układ pokarmowy i tuż przy przełyku przebił się przez szyję dawcy salami. Od teraz osioł ten miał dwie głowy, jedną swoją, drugą ubraną w dziwny srebrno-niebieski hełm. Stworzenie jednak nie przejęło się za bardzo tą zmianą i poszło na lody.

***

- Tym razem celuj w oczy. Może którąś zabijesz.
Pif-Paf. Kurna padła na ziemię. Jej mózg spłynął po piasku i wsiąkł w grunt. Władek podbiegł do denata, i zaczął nawijać jego jelita na patyk.
- Ponoć są bardzo dobre z chlebem.
(A jak dodasz majonez, to niebo w gębie)
- Schowaj, zjemy na miejscu.
- Uważaj Mes. Zbliżamy się do Przełęczy Kormorana. To nawiedzone miejsce. Pełne duchów, którzy to skazani zostali na potępienie, bo poszli do Idola, a nie umieli śpiewać. . Całe szczęście, stąd już parę kroków do Jaskini Przypomnienia.
“I want to break free…” - Coś zaśpiewało po cichu.
- Hm?
“I want to break free…”
- O Terefere! To duchy. Spie… Spie… Ee… Oddalmy się szybko!
I pobiegli, co sił w nogach do widocznej z daleka wielkiej jaskini.

Coś podniosło metalową pokrywę, na której stał Mes. Z tunelu wyszła kobieta ubrana w jakieś łachmany.
- Co to, teraz nie można nawet sobie walkmana posłuchać? - Powiedziała z wyrzutem, pociągając wino z butelki.
- Hej Żulietta! Wracaj, konserwę całą do połowy mamy. - rozległ się zapity głos z kanału.
- Chwila, Żule, chwila. - Wcisnęła play, na swoim walkmanie i zamknęła pokrywę.
“I want to break free…”

***

Zziajani pogromcy potworów odpoczywali przy wejściu do groty.
- Teraz idź sam.
- Sam? Władku, sam?
- Ja wolę nie wchodzić, jeszcze sobie przypomnę co robiłem 10 kwietnia w godzinach 21.30 - 23.00 i będę musiał kłamać przed komisją śledczą.
- Cóż, to zaraz wracam.

Jaskinia była ogromna i potwornie ciemna. Sufit ozdobiony był masą wywieszonych różnokolorowych majtek i kalesonów. Całość potęgowała wszechobecną śmierć i zniszczenie.
- Hop, hop!
- Już mówiłem ze go nie ma!
- ?

- Szczurze!
- Mów mi Apolinary.
- O. Gdzie jesteś.
- Nie żyję kretynie. Szybko, mów, co chcesz, bo później nie mam czasu. Pomagam pewnemu kluczykowi do szafki zapomnieć parę szczegółów z życia. Więc gadaj.
- Zapomniałem coś ważnego.
- Co to takiego?
(Debil)
- Jesteś martwy, powinieneś wiedzieć.
- Fakt.
- Dobra, w takim razie wracaj do domu, a tam wypowiedz trzy słowa “Mam cię w dupie”.
- To cztery słowa.
- Ja tu jestem Wyrocznią, czy ty?
- Jaką znowu wyrocznią, jesteś tylko zdechłym szczurem! Ale chwila, przecież miałem sobie to przypomnieć tuż po wejściu do jaskini.
- Chwyt marketingowy. Strasznie głupi i staroświecki, nie? W każdym razie działa. A teraz won.
- Ok, idę. - I, o dziwo, poszedł. Wrócił po Władysława i razem ruszyli w drogę powrotną do Fakoutowa. Jako że była to bardzo nudna podróż, nie będzie opowiedziana. Przeskoczymy trochę w czasie.

***

- I żyli długo i szczęśliwie.

Hm… Ciut za daleko.

***

O, tu będzie dobrze.
- Nareszcie w domu. Do następnego razu Władku!
- Zawołaj mnie jak będziesz się gdzieś wybierał. Z chęcią stracę drugą rękę!
- Pa! Teraz tylko wypowiedzieć formułkę.
Wykrzyczał na cały głos: “Mam cię w dupie!” i…
- JUŻ WIEM! Miałem iść do Jaskini Przypomnienia, żeby sobie coś przypomnieć!

Jak widać tym razem happy-endu nie było. Stan postanowił, że drugi raz zapylać do zawszonej jaskini nie będzie, wymyślił, że powie formułkę jeszcze raz i to, co zapomniał znów sobie przypomni. Nie podziałało, do końca życia nie przypomniał sobie po co miał iść do Jaskini Przypomnienia.
Władek niczego się nie dorobił po tej wyprawie. Był nawet stratny, zginęła jego ręka.

Dłoń Władka zamieszkała na pustyni i prowadziła spokojny tryb życia. Dożyła starości wraz ze swoim gospodarstwem agro-turystycznym i stadkiem królików-narkomanów.

Hosena1 za karę spuszczono w kiblu. Spodobały mu się niektóre zastawione w rurach pułapki.

Mr T zniknął i ponoć pisze jakąś książkę, czy coś równie głupiego w podobnym stylu.
A Mes? Został pierwszym post apokaliptycznym satelitą geostacjonarnym…

~ autor tedeward w dniu maj 2, 2005.

Napisz odpowiedź