Władca Pierścieni: Bitwa o Śródziemie
2 kwiecień 2005 /R

Tak to już bywa, że wraz z głośnymi premierami filmowymi, powstają gry na podstawie scenariusza, lub chociażby związane tematycznie z kinowym hitem. Tak było w przypadku Harry’ego Pottera, Troi czy Władcy Pierścieni właśnie. Tak było i będzie. Niestety większość to słabe i mało oryginalne produkcje, których często jedynym plusem jest znany tytuł. Ale nie tym razem…
Uwaga! Gra TYLKO w wersji DVD.
Przez pewien czas, fani strategii nie byli rozpieszczani grami z ulubionego gatunku osadzonymi w tolkienowskim świecie. Wszystkie produkcje oparte na Władcy były zwykłym nawalankami w TPP z lekką domieszką RPG. Strategom pozostało czekać. I tak mijały premiery kolejnych części filmowej Trylogii. Aż tu prawie rok po filmowym debiucie “Powrotu Króla” wreszcie ukazał się, długo wyczekiwany strategiczny Władca Pierścieni (chwilę wcześniej powstała też inna strategia, ale o niej w ramce) z Electronic Arts.
I co? I doczekaliśmy się śmiałka godnego noszenia nazwy “Lord of the Rings”.
Płyta została potajemnie wypalona w ogarniętej mrokiem cytadeli. Przechodząc przez kolejne dłonie wylądowała w jaskini pewnego stwora. Ale nie zagościło tam na długo, pudełko opuściło Golluma, zdradziło go. Jednak stało się coś, czego gra nie przewidziała. Po wielu trudach, opakowanie z grą wylądowało w moich rękach. Wyciągnąłem z niego Jedyną Płytę, która pozwala rządzić wolnym czasem i walczyć z nudą. Więc niczym posłaniec zaniosłem ją do Napędu Przeznaczenia. Gdzie wrzucona, stała się jeszcze potężniejsza niż przedtem!
Grę można kupić wyłącznie w wersji DVD. Dzięki czemu, instalacja przebiegła bez żonglowania czterema płytami (mniej więcej tyle by wyszło po przełożeniu na CD). W ciągu kilkudziesięciu minut, bez żadnych problemów, prawie całe cztery gigabajty danych zostały przelane na mój dysk twardy. A co z tymi, którzy napędu DVD nie posiadają? Ano pozostaje im tylko sobie go zakupić bo innej wersji nie ma.
Bitwa o Śródziemie, jak łatwo się domyśleć, przenosi nas w świat Elfów, Krasnoludów i Hobbitów, wielkich przygód , odważnych bohaterów i wstrętnych potworów. Gracz jako dowodzący siłami jednej ze stron konfliktu Dobra (Gondor i Rohan) lub Zła (Isengard wraz z Mordorem) musi po swojemu załatwić sprawę z pierścieniem. Wybierając dobro, wraz z drużyną znanych wszystkim bohaterów musimy zniszczyć Jedyny Pierścień i pogonić Saurona przez Śródziemie z powrotem do Mordoru. Źli zaś pragną pierścień odzyskać i wraz z nim zniewolić wszystkie wolne królestwa. Fabuła raczej nie zadziwia przebiegiem zdarzeń i zwrotami akcji. Ten, kto czytał książkę lub oglądał film raczej domyśli się kolejnych zdarzeń (szczególnie w kampanii Dobrych, ale są wyjątki. A chociażby Boromir, który wcale nie musi umrzeć). Ja jako fan niszczenia potęg i imperiów bez większego namysłu wybrałem tę drugą opcję – ciemną stronę Pierścienia. Po tym, jakże trudnym, wyborze lądujemy na głównej mapie Śródziemia podzielonego na prowincje. Będąc Naczelnym Wodzem, sami wybieramy gdzie i kim uderzyć. Wszystkich wydzielonych terenów do zawojowania jest około pięćdziesiąt (niektóre są dla obu stron konfliktu, a inne wyłącznie dla Dobrych lub Złych), co zapewnia ponad dwadzieścia godzin dobrej zabawy (licząc, że na jedną mapę poświęcimy około 40 minut).
Misje można podzielić na dwa typy. Większość to RTS’owe batalie z wykorzystaniem setek jednostek. Drugie podciągnięte zostały pod gry RPG. Mamy grupkę ludzi, najczęściej bohaterów, i wędrując przez lochy eliminujemy kolejne potwory. Należy jednak zaznaczyć, że tych drugich jest zaledwie parę w całej grze i wyłącznie dla “dobrych”.
RTS’owe rozwałki zaczynają się od przybycia naszych wojsk i zajęcia miejsca pod budowę obozu. Ciekawie to rozwiązano, bowiem w każdej bazie możemy zbudować ograniczoną ilość struktur i wyłącznie na ustalonych miejscach (fundamentach). Jeżeli chcemy coś zbudować jeszcze a cały obóz jest zajęty, to nie pozostaje nic innego jak stworzenie nowego. Da się to uczynić tylko w specjalnych miejscach. Później pozostaje rekonesans, produkcja jednostek i całkowita anihilacja wroga. No właśnie i tu jest pies pogrzebany. Gdy przejdziemy pierwszą misję, będziemy doskonale znać przebieg wszystkich kolejnych. To jest jeden z błędów gry. Ale mnie nie przeszkadzał za bardzo, a na początku gry wcale.
Drugi typ rozgrywki, to wspomniane młócenie w lochach bez ekonomii. To całkiem miła odskocznia od bitew, ale takie potyczki szybko się kończą wraz z rozdzieleniem się Drużyny Pierścienia.
Jest kolejny problem, nasi bohaterowie (który wyglądają i mówią identycznie jak w filmie, w końcu “Bitwa…” ma licencje na kinową trylogię) mają zdolności specjalne, Aragorn potrafi leczyć rannych, Legolas strzelać paroma strzałami na raz, Gimli rzuca toporem i atakuje z wyskoku, Gandalf miota piorunami. Wszystko było by wspaniale, gdyby nie to, że w grze nie ma aktywnej pauzy! Całą robotę trzeba wykorzystywać w czasie rzeczywistym z mizernym skutkiem oczywiście. Szczególnie, gdy mamy pod opieką dziewięciu herosów… Na szczęście słudzy Saurona zazwyczaj mają jednego bohatera w jednej armii, więc Sarumanowe fireballe puszcza się łatwiej, jednak czasem też można napotkać na lekkie problemy. Nasi znajomi, jak to w grach RPG, z czasem i kolejnymi ściętymi głowami wrogów, awansują na kolejne poziomy i zyskują coraz to nowsze umiejętności.
Ale wróćmy do najważniejszego. Naszych armii. Trzeba dbać o naszych żołnierzy, bowiem – podobnie jak w Homeworldzie – oddziały, które przeżyją daną misję, przechodzą do następnej wraz ze wszystkimi ulepszeniami. Zatem nie warto bezmyślnie szarżować z okrzykiem na ustach, trzeba myśleć i używać odpowiednich typów wojsk w odpowiednim czasie. W Bitwie o Śródziemie praktycznie nie istnieje coś takiego jak pojedyncza jednostka, prawie zawsze produkujemy całe oddziały. Ich wielkość zależy od strony, za którą się odpowiedzieliśmy. Isengard jeden oddział wyposaża w dziesięciu słabszych żołnierzy, a taki Gondor już tylko pięciu, ale lepiej wyszkolonych i uzbrojonych. Ostatnio obserwujemy w strategiach zależność jednych jednostek od drugich. Tak jest i tutaj. Nie wystarczy naprodukować masy łuczników, skoro bez większych problemów pokona ich parę oddziałów kawalerii i w drugą stronę, konnica zaś nie poradzi sobie z pikinierami. I z tym wiążą się pewne trudności w pierwszych starciach, nasza armia została ograniczona przez Punkty Dowodzenia, każdy oddział kosztuje pewną ich ilość. I jak to na początku (np. pierwsza misja Isengardu), produkujemy wojska wyczerpując wszystkie te punkty. Problem leży w tym, że wraz z kolejnymi potyczkami dostajemy do produkcji nowe typy oddziałów, i co? Nie ma miejsca, trzeba wysłać na straty jakiś obecny oddział żeby tamci się zmieścili. W dalszej części taka sytuacja nie ma już miejsca, bowiem po podbiciu niektórych prowincji maksymalny poziom Punktów Dowodzenia znacznie się podwyższa.
Zachowane zostały cechy danych “ras”. Rohan bazuje na kawalerii, a ich piechota to zwykli wieśniacy wyposażeni tylko w miecze. Isengard zaś w większości na piechurach i Uruk-hai z kuszami. Mordor ma do dyspozycji różne bestie, trolle i mumakile zaś piechotę ma bardzo, bardzo słabą. Najlepiej wypada Gondor, który jest najbardziej wyważoną armią. Ma dobrych jeźdźców, wytrzymałą piechotę i celnych łuczników. Dodatkowo każda z “ras” może wybudować machiny oblężnicze, tarany, katapulty, drabiny, a nawet znane i lubiane miny. Cóż z tego, skoro nie przechodzą do kolejnych misji i zawsze trzeba je produkować od nowa, czemu? Czasem zdarza się też, że otrzymujemy wsparcie od różnych niespodziewanych sojuszników. Mogą to być Enty pragnące zemsty za niszczenie lasu, Orły, albo dzikie Wargi. To bardzo mocne jednostki i nieraz dzięki nim zwyciężysz swych wrogów.
Niektóre typy jednostek mają specjalne umiejętności. I tak kawaleria, ku radości grającego, tratuje piechotę (ci efektownie wylatują w powietrze), enty miotają kamieniami, mumakile mogą wziąć na swój szeroki grzbiet oddział łuczników, a trolle pochwycić drzewo by nim obić parę ludzkich twarzyczek (jednak brak aktywnej pauzy znowu ogranicza użycie tego wszystkiego). Ciekawą opcją jest również możliwość łączenia oddziałów w bataliony (dla Złych są to hordy). Jednostki wtedy poruszają się wolniej i nie mogą zmieniać formacji, ale piechota świetnie broni łuczników i nie pozwala nikomu się przedostać do środka. Poza tym, kupujemy ulepszenie jak dla jednej, a nie dwóch grup żołnierzy.
Wspominałem o ulepszaniu jednostek. Jest to proces pochłaniający bardzo duże ilości surowców. Bowiem wyposażenie drużyny w np. hartowane ostrza musimy zapłacić tyle, co za wystawienie dwóch nowych oddziałów! Jednak jakość jest nieporównywalna. Chociażby płonące strzały dla łuczników, dzięki nim przestają być zwykłym mięsem armatnim atakującym z dystansu, lepiej niszczą budynki i mogą zapalić niebezpiecznych w zwarciu Entów. Dochodzi do tego także doświadczenie zdobywane dzięki zabijaniu wrogów. Jedna horda szła ze mną przez całą grę i pod koniec w walkach 1 na 1 była praktycznie niezniszczalna, nawet szarża ciężkiej jazdy Gondoru nie robiła na nich wrażenia.
W każdej misji oprócz głównych celów, dostajemy zadania dodatkowe, które różnie wpływają na nasze poczynania (ale zawsze pozytywnie). Czasem jest to banalne ustawienie pikinierów w formacji “jeża” (oczywiście, jeżeli się tych pikinierów ma), a innym razem przykładowo zdobycie Helmowego Jaru przed przybyciem posiłków dla Rohanu.
Ważnym czynnikiem wpływającym na przebieg bitwy są Moce. Są to w zależności: Moc Gwiazdy Porannej lub Moc Jedynego Pierścienia. Dzięki nim możemy przyzwać (na jakiś czas) oddziały elfów albo jeźdźców Rohanu. Jeżeli ktoś chce, może przywołać Oko Saurona, które wpływa pozytywnie na nasze jednostki, albo chociażby zmienić porę dnia na noc, co sprzyja orkom. Ba, można nawet wezwać Balroga! Żeby je dostać, trzeba zainwestować w nie punkty mocy, które otrzymujemy za zabijanie wrogów.
Ale czymże by był Władca Pierścieni bez epickich bitew? Tutaj także się znajdą, nawet więcej niż w filmie! I niestety muszę przyznać, że zawiodłem się na obronie Helmowego Jaru (ale atak był niczego sobie). Nie dość, że dodano tu element ekonomiczny to pokręcono wygląd samej twierdzy. Z kolejnymi bataliami było już tylko lepiej. Chyba najlepiej prezentuje się ostatnia misja Zła, czyli Minas Tirith. Jednak w każdej z nich razi w oczy mała ilość jednostek. Pod Białym Grodem nawet nie ma jednego procenta wojsk z filmu. A, i z Helmowym Jarem łączy się jeszcze jeden babol. Gdy kierujemy Sarumanem, bodaj w czwartej misji pod Amon Hen za zadanie mamy zabić całą drużynę pierścienia. Uczyniłem to, ale po splądrowaniu paru innych prowincji, Aragorn, Legolas i Gimli nagle znaleźli się właśnie w tejże twierdzy Rohanu! Co to, Jason z Piątku 13?
Miejscami AI wrogów i naszych podwładnych woła o pomstę do nieba. Zdarzały mi się sytuacje, kiedy ostrzeliwano moich kuszników, a ci nic. Z pokorą przyjmują kolejne strzały na klatę. Jakby im to, jaką przyjemność sprawiało. Innym razem pikinierzy nie byli w stanie zabić jednego pozostałego przy życiu jeźdźca Rohanu. Kręcili się w kółko, zmieniali pozycje, a ten dalej ich ciął mieczem. Nieraz z pozoru wrogie sobie oddziały przechodziły obok siebie, jakby żadnej wojny nie było. Kiedyś także armia wroga z całej mapy pogoniła za moimi jeźdźcami wargów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że me jednostki wyrżnęły ich w pień, a ci nie reagowali tylko gonili jeźdźców dalej. Na szczęście nie jest to bardzo uciążliwe, bowiem sytuacje, które wymieniłem nie zdarzają się nader często, a w większości przypadków AI działa dobrze.
W trailerach twórcy pokazywali nam również reakcje jednostek na nasze poczynania. Gdy wygrywaliśmy, ludzie wiwatowali i lepiej walczyli, gdy przegrywaliśmy było zupełnie odwrotnie. No cóż, jakby to powiedzieć, nie było mi dane zobaczyć tej drugiej sytuacji (ciekawe dlaczego, nie?), ale z tymi wiwatami to prawda. Żołnierze cieszą się, krzyczą i z jeszcze większym entuzjazmem rzucają się na kolejnych wrogów.
Jak już wspominałem, gra posiada licencję na wszystko, co zawarte zostało w filmowej trylogii. Dzięki czemu jednostki, bestie, miejsca, które odwiedzimy i bohaterowie wyglądają dokładnie tak jak przedstawił nam to Peter Jackson. Postacie mówią znajomymi głosami, co jakiś czas jesteśmy częstowani krótkimi wycinkami z filmu (pojawiają się w miejscu mini-mapy), co tu dużo mówić, nawet intro jest bardzo podobne do początku pierwszej części trylogii – Drużyny Pierścienia.
Grafika to jeden z ważniejszych atutów Bitwy o Śródziemie. Może śmiało konkurować z takimi pozycjami jak Rome: Total War czy chociażby Warhammer 40.000: Dawn of War. Gołym okiem widać, że autorzy bardzo pracowali nad tym elementem i że im wyszedł bardzo dobrze. Miejscami może się zdarzyć, że zapatrzeni w krajobrazy Śródziemia zapomnicie przełknąć ślinę, która wypłynie przez rozwartą z zachwytu szczękę wprost na klawiaturę. Papcio Tolkien byłby wniebowzięty. Cieszy animacja jednostek, chociaż na początku miałem dziwne wrażenie, jakoby oddziały poruszały się nienaturalnie wolno. Jednak po dłuższym graniu przyzwyczaiłem się i już mi to nie przeszkadzało. Wspaniale prezentuje się szarża konnicy (słonie w najnowszym Total War wysiadają), ale to jest nic przy efektach czarów i mocy Gandalfa czy Sarumana. Użycie Magicznego Wybuchu na dużej grupie jednostek powoduje efektowny odrzut i długi lot wrogich nam żołnierzy. Takie coś zapada głęboko w pamięć. Oprócz tego warto wypróbować miłego dla oka fireballa, czy którąś z mocy pierścienia. Też są całkiem ładne.
Świetnie zaś wyglądają budynki, które stawiają poszczególne rasy. Każdy z nich wyposażony jest w bardzo ładne animacje, ot choćby po koszarach Gondoru przechadzają się strażnicy, na dachu szkoły łuczników Rohanu stoją dwaj panowie z łukami, którzy strzelają do wrogów (!), również miło popatrzeć na kowala wyrabiającego broń przed kuźnią czy pracującego w polu farmera. Mała rzecz, a cieszy. Warto także przyglądnąć się niszczeniu struktur czy wycince lasów, mury majestatycznie przeobrażają się w kupę gruzu, a drzewa z finezją przewracają się pod naporem orkowych toporów. Warto zauważyć, że od budowli można oderwać niektóre części, lub rozkazać Entowi pochwycić kawałek ściany i rzucić nim we wroga.
Żeby cieszyć się tym wszystkim trzeba mieć niezły sprzęt. Samo EA napisało, że podane wymagania minimalne służą do grania w najniższych detalach, a komfortowo bawić się będzie można tylko na komputerze z RAMem większym niż poczciwe 256 MB. Gra zacina się często przy dużej ilości jednostek i, nie wiedzieć czemu, na głównej mapie Śródziemia.
Mało ważnym elementem jest menu. Każda gra powinna je mieć. O dziwo, tak jest i tutaj! Bardzo ładne, trzeba przyznać, przedstawia Barad-dur i wszystko widzące oko Saurona. Widoczki takie jednak zmuszają do długiego loadingu. Który przy wychodzeniu z gry niemiłosiernie się przedłuża. Mam jeszcze parę zastrzeżeń wobec kamery. Można obraz przybliżać i oddalać, da się również go obracać. Jest jednak coś, czego nigdy nie wybaczę. Nie ma żadnego sposobu na zmianę kontu nachylenia kamery, przez co zmuszeni jesteśmy wszystko oglądać z jednego sztywnego punktu. A chciałoby się obejrzeć panoramę oblężonego Minas Tirith z daleka…
Prawie cała ścieżka dźwiękowa zawarta w grze pochodzi z filmowego oryginału. I to było bardzo, ale to bardzo dobre posunięcie. Wszak jest ona miejscami genialna, a do tego jak ulał pasuje do klimatu i świata, w którym się znajdujemy. Gdy trzeba jest cicha i spokojna, w innych sytuacjach posępna i szybka. Bitwa o Śródziemie posiada jedną z najlepszych opraw audio, które dano mi było ostatnio usłyszeć. Dźwięki również zachwycają, świetnie dobrane i świetnie nagrane. Jako że dialogi również zostały żywcem przeniesione, nie musimy się obawiać o ich jakość.
Oczywiście oprócz zwykłej kampanii możemy rozegrać potyczkę z komputerowym rywalem. Szkoda tylko, że stworzono jeden tryb rozgrywki. A przecież można by jeszcze dorzucić chociażby oblężenie, gdzie jeden gracz broniłby się a komputer atakował (lub odwrotnie). Cóż, trzeba się tylko tym zadowolić. Znajdzie się też coś dla lubujących się w walce z żyjącymi przeciwnikami. Ale mnie oczywiście nie było dane zagrać w Multiplayera.
Kończąc już moje przydługie wywody muszę wystawić ogólną ocenę tego dzieła. Strategia ta osadzona w świecie Władcy Pierścieni zabrała mi z życiorysu dobrych parę godzin. Czasem wręcz nie mogłem się odlepić od monitora póki nie padł ostatni bastion przeciwnika. Zapewne to przez ten klimat i filmowy urok, a jako że lubię twory Tolkiena (a i film mi się podobał) to miałem już gotową ocenę – 9. Mimo to jednak, pod koniec rozgrywki zaczynałem coraz częściej dostrzegać błędy, które popełniono. No i mam spory dylemat, dziewiątka to dla tej gry, według mnie, za dużo, ósemka zaś stanowczo za mało, 8+ też mnie nie zadowala. I co zrobić? No i pozostałem przy tym drugim.
Grę mogę polecić wszystkim. O fanach Tolkiena nawet nie wspominam, ale zwykli stratedzy też powinni znaleźć coś miłego dla siebie. Władca Pierścieni: Bitwa o Śródziemie to bardzo dobra gra, która zajmie wam dużo długich samotnych wieczorów…
Oceniono na 8


Napisz odpowiedź