Snow Wave
26 wrzesień 2004 /R

“W grze można wybrać jedną z czterech postaci , które występować będą w różnych ciuszkach. Czeka na Ciebie sześć różnych tras, w tym trzy do zjazdu, dwie do freestylu (snowpark) oraz big jump. Można zmierzyć się z czasem, ze swoim cieniem bądź jednocześnie z czterema innymi zawodnikami. Grafika 3D okraszona jest efektami light sourcing i cieniowaniem wszystkiego co się da. Dodatkowo jeszcze dynamiczna kamera third person perspective no i mamy przepis na ultimate snowboarding experience. “
Kolejny raz rozpoczynam recenzję tekstem reklamowym ze strony internetowej Play’a, który to ostatnimi czasy wydaje coraz więcej badziewnych gierek, zajmujących góra 30 MB po cenie 10 złotych. Niedługo zostanie stworzony specjalny gatunek gier, do którego większość produkcji z pod skrzydeł Play’a będą zaliczone. Jednak powracając do recenzowanej gry, bo nie wiem czy z tego tekstu niby to reklamowego można się czegoś dowiedzieć, a zatem Snow Wave jest symulacją… nie, to nie dobre słowo. Jest grą w której bierzemy udział w wyścigach na snowboardzie.
W grę zagrałem z czystej ciekawości, bo jakoś nigdy nie miałem okazji poszaleć na snowboardzie, nawet tym wirtualnym (a i na obrazkach całkiem ciekawie gra wyglądała). Jednak jak się często zdarza, ciekawość nie popłaca i tak było i tym razem. O tyle miałem dobrze że nie musiałem instalować tych 500 MB
, bo gierka chodziła bezpośrednio z płyty i nie musiałem dysku hańbić czymś takim. Po odpaleniu przywitało mnie menu główne, które prawdę powiedziawszy jest słabe i brzydkie. Zaglądnąłem do opcji aby poprawić grafikę, a tu przysłowiowa dupa, da się ustawić tylko coś związane z dźwiękiem. Ale nie zrażając się powróciłem do głównego menu i wybrałem pierwszy tryb gry czyli zwykły wyścig.
Po wybraniu przeszedłem do innego menu, tam należało wybrać z kim chcę jechać: z własnym duchem, czterema przeciwnikami czy z po prostu nikim. Wybrałem tą drugą opcję i wpadłem do kolejnego menu, tym razem wyboru postaci. A mamy czterech hero do wyboru, Kobitę Z Różowymi Stringami Na Wierzchu I Bez Koszulki (dziwne że nie jest jej zimno); Ziomala Z Twarzą Jak Zmięty Karton Po Winie; Jakiegoś Debila Bez Matury Z Inteligencją Przez Którą Nie Jeden Caleb Wpadłby W Kompleksy i druga Kobita Z Gębą Jak Kozia Dupa. Czyli redakcja GC w całej swej okazałości. No i co? Wybrałem Debila Bez Matury
i choć na początku zraziło mnie to że gdy zgiął rękę to dłoń wniknęła mu w sweter, ale to tylko szczegół. Jednak bardziej zniechęciła mnie jego odzywka po wybraniu. Jego “Dynamite” brzmi jakby to mówił niedorozwinięty goryl z zaparciami, co minutę nowe! Dodatkowo możemy zmienić wygląd naszego bohatera na inny, przez co Kobita Ze Stringami będzie inaczej ubrana i jej deska będzie miała inny kolor.
Nagle zostałem zrzucony na trasę, a tu co? Ponownie puściłem pawia przez prawe ramie, jednak zupełnie nie słusznie. Pomimo że przychodziły mi okrutne myśli do głowy takie jak szydełkowanie przez płonące obręcze, granie w Sapera, szatkowanie czosnku i przygrywanie na harmonijce hymnu Luksemburgu jednocześnie. Jednak odszedłem od tych myśli gdy zorientowałem się że ta gra powstała w roku 98, a w tamtych czasach taka grafika to było ciut powyżej średniej. Nie zrezygnowałem i ruszyłem w wyścigu, co się okazało? A to że ten tryb jest w ogóle nie grywalny! Nie dość że trzeba omijać flagi (czerwone z prawej, niebieskie z lewej… albo odwrotnie) to jeszcze jedziemy na czas! A nasi wrogowie są daleko przed nami choć poziom trudności jest ustawiony na 1!
Innym trybem jest Big Jump. Rozpędzamy się i skaczemy z przygotowanej pseudo skoczni. Jeno jakoś nie udało mi się ani razu wyskoczyć. Na stringi mojej babci, ale toż to przegięcie! Dalej jest Big Jump Race, czyli to samo co wcześniej, ale co jakiś czas jest skocznia. I ostatnim trybem jest Race Extreme, czyli wszystko razem. W sumie to jedynymi grywalnymi trybami są Big Jump i jego modyfikacja Race i choć nie wiem jak w oby dwu skakać, to fajnie nawet tak poszybować.
AI przeciwników chyba nie istnieje, zawsze jadą tą samą drogą i nic sobie z nas nie robią. I jest jedna rzecz, która budzi moje wątpliwości. Jakoś nie widziałem tych 6 różnych tras. No chyba że chodziło im o to że dla Big Jump to jedna, dla Big Jump Race to druga etc…
Tak się składa że w każdej recenzji musi do tego dojść, do opisu grafiki. Tu jednak tak prosto nie będzie, bo jeżeli miałbym obiektywnie ją ocenić musiałbym się cofnąć w czasy Starcrafta oraz Carmageddona 2, co proste nie jest bo po prostu nie pamiętam nic z tamtych lat. Więc zainstalowałem wspominanego Carmageddona 2 i mnie wcięło na kilka godzin.
I jeżeli miałbym porównać obie te pozycje, to zdecydowanie wygrałby Carmageddon, choć i ten dziś wygląda paskudnie. W tekście reklamowym wspomniane jest o “cieniowaniu wszystkiego co się da”, bardzo fachowe określenie. To cieniowanie to chyba tylko na teksturach, bo są tylko jedne cienie, te które dają postaci na deskach. A kamera jest tak dynamiczna jak pijany harnaś sparaliżowany od szyi w dół. Powracając do samej grafiki to jest źle, postacie są kanciaste i przenikają same przez siebie a na deskach ruszają się jak naćpane przedszkolaki po libacji alkoholowej (dzisiaj sypie mi się porównaniami jak w letnią noc gradem i owczymi odchodami). Jednak ponownie patrząc na datę wydania mogę przymknąć oko na niektóre błędy.
Oprawa audio jest, mówiąc ojczystym językiem, sux! Te odzywki będą mi się śniły po nocach, szczególnie to “Dajnomajt” w wykonaniu Debila Bez Matury. Ogólnie wszystkie postacie gadają jak przysłowiowe potłuczone słoiki z marynowanymi bananami, które zmutowały się na podłodze w wyniku reakcji kurzu na ocet. Po prostu jest to nie do wytrzymania, a nie da się tego ominąć! Jednak to jest jeszcze pikuś, najgorsze jest to gdy kończy nam się czas a spiker do nas woła “Come on babe!” (Kom on bejbi) Sama jakość dźwięku stoi na bardzo niskim poziomie, na niektórych konsolach (tych z przed roku 90) była dużo lepsza. A muzyki po prostu w tej grze nie ma.
Gra dostała by dużo lepszą ocenę gdyby ukazała się w 1998 roku, góra 99. Bo te pięć lat (tam malutki poślizg) to w branży komputerowej po prostu wieki i według mnie gry tej w ogóle nie powinno się sprowadzać do Polski. Szczególnie że zrobili ją Hiszpanie (chyba 8 osób), którzy to przecież doskonale się znają na snowboardzie. No bo u nich to codziennie na deseczce można pojeździć i każdy ten sport ma w małym paluszku (a gór mają do zjeżdżania na desce że hej!). To tak jakby Beduini zrobili grę o łowieniu ryb. W grze jest jeszcze jedna opcja, której nie opisałem. A mianowicie Multiplayer, jednak nie dane mi było go przetestować z dwóch powodów. Po pierwsze Tepsa nie śpi, a po drugie to Multi w ogóle nie chciało się włączyć. Wciskałem wszystko co się da niczym ten szympans co uderzając w klawiaturę kiedyś napisałby powieść i dalej nic. Pewnie to multi to tylko tak dla picu, bo i tak nikt by w to nie grał przez neta.
No cóż więcej napisać? Nie polecam i już, nawet fanatycy nie mają tu czego szukać, prawdziwego snowboardu tu nie zaznacie, ani nawet nie zrelaksujecie się po pracy partyjką w Big Jumpa bo to nie dostarcza żadnych emocji. Gra nudzi jak słuchanie utworów Chopina zagranych na akordeonie lub oglądanie Rozmów w Toku odcinka pod tytułem “Zgwałceni przez Obcych”. Teraz się żegnam, ale za miesiąc kolejna gra z serii “Play wydaje badziewie”, a widzę że już nie możecie się doczekać.
Halo, halo wóz…
Oceniono na 4-


Napisz odpowiedź