header image
 

Earth 2150

24 sierpień 2004 /R

“Wszystko, co ma początek, ma i swój koniec” jak się mówi. Wszystko bez wyjątków. Ja, ty, dom na uboczu drogi, latarnia morska połyskująca ostrym światłem w nocy, nawet ta niebieska planeta, na której aktualnie przebywamy kiedyś ulegnie zagładzie, niekoniecznie z naturalnych powodów…

Dziesięć lat trwała ta krwawa i wyniszczająca wojna. Dziesięć długich lat biliśmy się o głupi skrawek ziemi, który za kilka miesięcy nie będzie już istnieć.
Wszystko zaczęło się od krachu gospodarczego w 2138. Niby to samo, co dwieście lat temu w 1929 roku, jednak tym razem doprowadziło to do bezpośredniej wojny między dawnymi wrogami z czasów Zimnej Wojny, Zjednoczonymi Cywilizowanymi Stanami a Dynastią Euroazjatycką. Nie wiadomo do końca, kto zaczął pierwszy, ale cóż ta wiedza by zmieniła? Otóż nic… Dziś, całą dekadę później nadchodził kres wojowania. Coraz rzadziej spadały bomby, bo i nie było na co je zrzucać. Coraz mniej ludzi ginęło w walkach, bo nikt nie był tak głupi by iść na pewną śmieć. Silosy z pociskami nuklearnymi świeciły pustkami. Koniec wojny był bliski. Jednak zaszło coś, co zmieniło obraz rzeczy…

Naukowcy odkryli coś, co zaszokowało nas wszystkich. Nasza ukochana niebieska planeta miała zostać zniszczona w ciągu kilku następnych miesięcy. “Dzięki” nieustającej dziesięcioletniej wojnie, Ziemia została wytrącona ze swojej orbity i kierowała się ku niechybnemu końcowi, kierowała się w stronę Słońca.

Naukowcy pracowali dniami i nocami obmyślając plan ratunkowy, przez ich głowy przewinęło się setki pomysłów, większość tych nierealnych. Pojawił się jednak jeden, ten który miał przynieść zbawienie. Wojna rozpoczęła się na nowo, tym razem o surowce, które osiągnęły krytycznie niski poziom, więc miały dać tylko jednej ze stron ratunek. Wykorzystując je postanowiono wybudować stację kosmiczną, na którą przewieziono by całą populację danego narodu.

Jakby tego było za mało, na arenie zmagań pojawiło się jeszcze jedno ugrupowanie. Lunar Corporatnion, coś jak kobiecy zakon, z tym, że mający swoją siedzibę na Księżycu. Przewidziano, że podczas zniszczenia Ziemi ich “klasztor” również spotka zagłada, więc postanowiły włączyć się do walki by przenieść swą siedzibę na Marsa. Nie trzeba było długo czekać do pierwszej konfrontacji, trzeba było działać, czas uciekał…

Pewnie niewielu z was grało w Eartha 2140, opowiadał on o pierwszej wojnie między USC a ED tuż po wielkim kryzysie. Nie wiadomo dokładnie, kto wygrał pierwszą konfrontację, większość znanego nam świata została zniszczona, mimo to twórcy zawsze znajdą jakiś powód, aby móc stworzyć sequel, i bardzo dobrze, dzięki temu dostaliśmy jeden z czołówki najlepszych RTSów. Od razu trzeba zaznaczyć, że team, który stworzył Eartha jest całkowicie polski oraz istnieje do dziś, obecnie pracując nad grą z serii o numerku 2160.

Zanim wstąpimy do szeregów jednej z trzech stron konfliktu mamy możliwość obejrzenia filmiku propagandowego. Coś jak podczas drugiej wojny światowej, gdy wszędzie można było ujrzeć plakaty propagandowe (Wstąp do Armii! Zobaczysz nowe kraje! Armia cię Potrzebuje!!) oraz usłyszeć w radiu podobne przekazy. Same filmiki stoją na bardzo przyzwoitym poziomie, i choć do Warcrafta 3 daleko to ogląda je się całkiem przyjemnie (i jest ich dużo więcej niż we wspomnianym W3).

Wybraliście już żołnierzu? Nie? Możemy wam pomóc. Wybierając Dynastię Euroazjatycką powracamy do czasów, gdy ludzie zwracali się do siebie towarzyszu, z tym wyjątkiem, że krajem rządzi Car (tak, tak pomieszanie komunizmu z carską Rosją). Zjednoczonymi Cywilizowanymi Stanami zaś rządzą maszyny, nie do końca oczywiście, są one coś jak przywódca, który tylko proponuje, co należałoby zrobić. Korporacja Księżycowa to właśnie ten niby zakon, do którego należą tylko kobiety (hmmm… ktoś się naoglądał Seksmisji??). Tak, że, już na początku gry mamy dylemat czy chcemy, aby po rasie ludzkiej pozostały same kobiety, wypierdki rządzone przez maszyny czy komuchy? Ja sam miałem taki mały problem moralny, jednak wybrałem naszych braci ze wschodu (a raczej potomków).

Oprócz tego poszczególne strony różnią się masą innych, czasem drobnych rzeczy (każda z nich ma nawet swój oddzielny interface!). Po pierwsze jednostki, ED używają sprzętu ciężkiego, czołgów oraz pojazdów opancerzonych i helikopterów, swoją taktykę opierają na mocnym pancerzu i dużej ilości jednostek. USC battlemechów i samolotów odrzutowych bazujących przede wszystkim na dużej sile rażenia, a LC czegoś na miarę poduszkowców, które mają małą wartość bojową. Także każdy znajdzie to, co lubi. Po opracowaniu nowych technologii sami musimy poskładać nowo wynaleziony pojazd. Do podwozia dołączyć w odpowiednim miejscu wybraną broń itp… A trzeba przyznać, że wynalazków jest całkiem sporo. Większość nowych broni i pojazdów eliminuje wady poprzednich (ale zyskują nowe, które to poprawiają kolejne wersje itd.) i wykorzystuje błędy konstrukcyjne jednostek wroga. Jeżeli nie będziesz inwestował w naukę, nie wygrasz tej wojny.

Budowa bazy tych trzech stron przebiega całkiem podobnie ociera się o klasyczny styl, wszystko zależne jest od prądu, który pozyskujemy z elektrowni (LC korzysta z energii słonecznej, więc prąd pobierany jest tylko w dzień i magazynowany na czas nocy) wokół których powstają inne budowle. Struktury tworzymy za pomocą specjalnego pojazdu (wyjątkiem jest LC, których budynki sprowadzane są z macierzystego Księżyca). Budynki oprócz zwykłego zastosowania, mogą też spełniać rolę obronną. A to, dlatego że twórcy wprowadzili możliwość instalacji broni na dachach niektórych struktur.

Największe różnice zawarte są w wydobywaniu surowców. USC wydobywa je za pomocą specjalnych pojazdów. Grając ED trzeba postawić dwa budynki, kopalnie i rafinerię, potem wydobyte surowce przewieźć do tej drugiej. Najlepiej ma LC, u których wystarczy postawić jeden budynek bezpośrednio na złożach.

Wszystkie misje składają się na dwa poziomy, misję właściwą i bazę. W bazie owej opracowujemy nowe wynalazki oraz produkujemy jednostki, które w każdej chwili możemy wysłać za pomocą transportera na pole walki (bo pozostawione jednostki po zakończeniu misji przepadają, więc lepiej wysłać je do bazy i wykorzystać ponownie, prawda? Szczególnie, że jednostki zyskują doświadczenie, a weterani w boju sprawiają się dużo lepiej od rekrutów). Oraz w bazie znajduje się Kosmodrom, którym wysyłamy surowce na orbitę. Nie mamy nałożonej z góry ilości misji, jedyne, co trzeba wykonać to w ciągu pół roku zebrać 1 000 000 kredytów na ukończenie projektu ewakuacji ludności. Jeżeli uda nam się wcześniej, proszę bardzo nic nie stoi na przeszkodzie. Ale to jeszcze nic, przegrana misji wcale nie oznacza końca gry! Jak na prawdziwej wojnie, raz się wygrywa, a raz nie. Mnie osobiście denerwuje, gdy po jednej przegranej misji wyskakuje wielki, krwisty napis Game Over.

Większość misji, jakie przyjdzie nam wykonać to “zdobądź x surowców”, “odbij złoże” bądź “wyeliminuj centrum wydobywcze wroga”, ale zdarzają się odstępstwa, nawet od walki. Czasem przyjdzie nam na tyłach przetestować teleporter. To nie koniec, znajdą się misje dywersyjne (co ułatwiają położone pod ziemią setki kilometrów tuneli wykopanych jakiś czas temu), a nawet rozwikłamy zagadkę powstania ludzkości…

Oprócz kampanii głównych mamy do dyspozycji tryb Potyczki, Multiplayer oraz Edytor (którym tworzymy mapy do dwóch poprzednich pozycji). Pewnie domyślacie się, o co chodzi w Potyczce. Otóż na wybranej planszy gramy z kilkoma komputerowymi przeciwnikami na wcześniej ustalonych zasadach.

Graficznie prezentuje się doskonale, świetnie wyglądają zaśnieżone stoki Uralu pod ostrzałem rakietowym. Później przyjdzie nam zmierzyć się na piaskach Sahary, wulkanicznych wyspach Japonii czy równinach Europy Wschodniej. Będzie, co zwiedzać oraz oglądać, szczególnie, gdy mamy możliwość zniszczenia Piramidy Cheopsa…
Szyki będą nam psuły zmienne warunki pogodowe oraz system dnia i nocy. Pod osłoną mroku i z wyłączonymi światłami łatwiej zaskakuje się wroga.

Jednostki nie wyglądają jak plastikowe zabawki tylko jak ważące kilkanaście ton ogromne kolosy opatrzone w wielkie działa siejące spustoszenie. Bardzo dobrze prezentują się wybuchy i wystrzały, które naprawdę przypominają ogień, a nie jakiś żółto-czerwony glut. Jak na standardowe 3D przystało możemy dobrowolnie obracać oraz przybliżać i oddalać widok. Ogólnie grafika jak na swój rocznik (1999) jest bardzo, bardzo dobra. Można by powiedzieć, że wyprzedziła swój wiek (tzn. rok), przeróbkę tego engine’u możemy oglądać w kilku innych grach (np. World War III: Black Gold). Wspominałem już, że każda frakcja ma inny interface, ale zapomniałem dopisać, że mamy do wyboru dwie jego wersje, tzw. blachę i wyświetlacz. Obsługa gry jest dziecinnie prosta i nawet laik wśród strategów połapałby się od razu, o co chodzi. Podobne widywaliśmy w wielu innych RTS’ach. Co akurat tutaj jest plusem, gdyż nie musimy się prawie do niczego przyzwyczajać na nowo (denerwować może na początku, że rozkazy wydajemy lewym, a nie jak w większości gier prawym przyciskiem myszy). Łatwo wydaje się rozkazy, jednak czasami jednostki nas nie słuchają i dalej gonią wroga idąc na pewną śmierć. Nie wiem, co sprawia nieposłuszeństwo, ale zdarza się to na szczęście bardzo rzadko. Dodatkowym ułatwieniem jest nagrywanie rozkazów. Czyli nic innego jak spis kolejnych rozkazów, jakie ma pojazd wykonać.

Napisałem także o filmach, które często ukazują się tuż po rozpoczęciu misji, a przekazane są w formie… wiadomości telewizyjnych. Co jakiś czas (szczególnie przy nagłych zmianach pogody) możemy zobaczyć nawet prognozę pogody! Należy dodać, że pokazane są w formie, jaką reprezentuje dane ugrupowanie, taka Dynastia Euroazjatycka ciągle wspomina, jaki to wróg jest odrażający, a nasi wojacy tacy dzielni, mężni i ciągle wygrywają (a jeżeli przegrają to pojawia się komentarz “Bezbronne oddziały zostały podstępnie zaatakowane przez wroga…”). Jednym słowem, propaganda, doskonale wpasowana propaganda.

Muzyka w tej grze jest jednym z najważniejszych czynników wprowadzających w klimat. Jest ponura, smutna, i tak jak w Falloucie 2 przekazuje beznadziejność sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Utwory zmieniają się w zależności od tego, co dzieje się na ekranie. Gdy widać spokojnie pracującą bazę, muzyka jest cicha i spokojna. A jeżeli zaatakują ją oddziały wroga odtwarza się utwór szybki i głośny. Prawdę mówiąc, dziś to standard, ale kiedyś to było coś. Razem z zachowaną w ciemnych kolorach grafiką tworzą piorunujący klimat jeżący włosy na głowie i nogach.

Dźwięki nie ustępują reszcie, speeche jednostek brzmi całkiem dobrze, wystrzały i wybuchy takie jak powinny być. To standard, nie można się do niczego przyczepić, ale nic też nie powala na kolana. Ot solidna robota.

Mimo to wszystko po pewnym czasie gra potrafi nużyć. (prawie)Ciągle to samo, budowa bazy, produkcja jednostek, zniszczenie bazy wroga wywiezienie surowców do bazy. A wszystko przez to, że podobnych misji jest dużo, a jedna na kilka polega na czymś innym. Jednak następnego dnia ponownie miło się gra. Earth 2150: Escape From The Blue Planet (który doczekał się dwóch dodatków The Moon Project i Lost Soul, pierwszy opowiadających o późniejszych losach na Księżycu, a drugi o walczących by przeżyć niedobitkach, które pozostały na Ziemi) jest grą z najwyższej półki i warto po nią sięgnąć, choćby z okazji niechybnego nadejścia trzeciej części serii z numerkiem 60 przy końcu.

Oceniono na 9

~ autor tedeward w dniu sierpień 24, 2004.

Jedna odpowiedź to “Earth 2150”

  1. Jeśli z takim samym uczuciem napiszesz o Empire At War to Cię chyba ucałuje.

Napisz odpowiedź