Commander Keen
25 sierpień 2003 /R

Znów odpaliłem mojego CDka ze starymi gierkami ściągniętymi z internetu (wiecie Doom3, Quake 4 itd.) i znalazłem na niej właśnie Commandera Keena.
Zanim ID Software wydało na świat takie odpadki jak Wolfenstein 3D, Doom czy Quake (dobra żartuje z tymi odpadkami, Don Alfredo nie musisz już dzwonić po mafię) powstała saga sześciu części platformówek o dzielnym Komandorze Keenie, który w każdej z nich ratował świat. Keen naprawdę nazywał się Billy Blaze i był ośmioletnim geniuszem, który jak Supermen eksterminował (w częściach 2-6 robił to bardzo często) setki Vorticonów (ci w częściach 1-3 próbują opanować świat, ale jak pewnie się domyślacie nie za dobrze im to wychodzi).
W pierwszym epizodzie, o tytule “Marooned on Mars”, Vorticony próbowały zdobyć naszą planetę z Marsa. Keen na początku nic o tym nie wiedział, lecz gdy poleciał na wycieczkę na Marsa odkrył bazę ufoli z planety Vorticon VI i dowiedział się o ich destruktywnych planach. Niestety pojazd Komandora uległ zniszczeniu i oprócz pokonania ufoków ma za zadanie odnaleźć części, które konieczne są do naprawy statku. Tu zaczyna się walka.
Na początku przenosimy się na mapę całej bazy, dzięki niej możemy łazić po kolejnych częściach bazy i jaskiniach, w których znajdujemy różne rzeczy. W jednej z nich jest pogo, taki przyrząd, dzięki któremu wyżej skaczemy i możemy się dostać w różne niedostępne wcześniej miejsca. Gdy już wejdziemy do jakiegoś budynku kamera zmienia się na taką jaką widzimy w setkach innych platformówek, czyli z boku.
Vorticony to bardzo przebiegłe ufoki, bo rzadko biorą udział w walkach, wysyłają za to biednych Marsjan. Marsjanie są “przyjaźnie” do ciebie nastawieni, lecz mogą cię czasem wepchnąć na jakieś kolce czy inną pułapkę, a to nie jest zbyt miłe. Oprócz tego są Marsjanie-mutanty, które są dwa razy większe i silniejsze, te to dopiero potrafią nakopać do rzyci! Vorticony także można spotkać, lecz nie zabić, są odporne na twoją broń i jedynym sposobem na ominięcie jest przeskoczyć nad nim, lub zrobić w dupę zrzucając na kolce
Twoją bronią jest pistolet plazmowy, ma ograniczoną ilość strzałów, a naboje musisz znaleźć sam. Na planszy porozrzucane także są lizaki, puszki z (nie z piwem :)) z Colą, pizzy, książki, Teddy Bear’y (pluszowe misie) i znaczki ID Software. Wszystko oczywiście jest punktowane, a kto zdobędzie najwięcej punkcioszków ten będzie pierwszy na liście najwyższych wyników. Oprócz całego tego badziewia zbieramy także klucze, które potrzebne są nam do… no do czego? Na pewno się domyślacie że do otwierania różnych drzwi. Ale żeby nie było tak łatwo klucze są pod opieką Marsjanina-mutanta w (chyba) trudno dostępnym miejscu.
W CK(M) grafika nie jest prze kolorowana (a co chcielibyście żeby na Marsie było zielono?) i bardzo dobrze, na ekranie bazy jest czerwono (jak to na naszej sąsiadce, czerwonej planecie), a w budynkach dominuje kolor szary. Marsjanie zaś zieloni (nie, ja nic nie pisałem na początku tego akapitu) jak to zwykle bywa. Piksele nie są zbyt wielkie, ale zawsze (wielkością przypominają małego pieska), dzięki temu wszystko nawet ładnie. Dźwięków to, to chyba nie ma (czy w 1990 roku PC’tach były kary dźwiękowe? Cóż za głupie pytanie… oczywiście że nie :)) bo u mnie nawet nic nie pisnęło z PC Speakera, tym bardziej z głośników (chociaż czasami było słychać jakąś niemiecką stację radiową w mych głośnikach), które specjalnie włączyłem.
Commander Keen jest jedną z lepszych platformówek w jakie grałem, choć nie wymieniłem tutaj żadnych błędów, to gra posiada ich kilka. Ale jest ich niewiele i praktycznie nic nie znaczą gdy się wciągniemy do grania (a to jest bardzo łatwe), tylko ta mała ilość żyć jest największą przeszkodą. Polecam zagrać, ale nie tylko w tą część.
Oceniono na 8


Napisz odpowiedź