header image
 

Vangelis - Blade Runner Trilogy

[jakiś tam dzień 2008 na początku]

Jako, że od momentu ukończenia prac nad filmem Blade Runner minęło już dwadzieścia pięć lat, reżyser Ridley Scott postanowił wykorzystać ten jubileusz by przedstawić - jak twierdzi - finalną wersję tegoż, nie ukrywajmy, arcydzieła światowej kinematografii.

W ten sposób fani filmu otrzymali akurat na gwiazdkę Blade Runner: The Final Cut na dwóch płytach DVD. Jednak, ci bogatsi fanatycy mogli sobie sprawić niemały prezent pod choinkę - wypasioną, ekskluzywną i w ogóle zią pięciopłytową edycję DVD. Jeżeli twórcy nie wrzucili tam wszystkich możliwych materiałów o filmie, to dwa ostatnie krążki muszą zawierać filmy porno. Inaczej nie da rady zapełnić pięciu nośników do pełna.

Jednakże nie o tym miała być mowa, a o wydanej - z tej samej okazji, co za zbieg okoliczności - reedycji ścieżki dźwiękowej z Blade Runnera. Jej twórca - znany (przynajmniej mnie) grecki kompozytor Vangelis najwidoczniej nie chciał pozostać w tyle za Ridleyem Scottem i nową wersję soundtracku wydał na płytach trzech. Tyle, że CD.

Wiadomość o niechybnym nadejściu Blade Runner Trilogy ucieszyć mogła wszystkich fanów zarówno twórczości Vangelisa jak i wielbicieli filmu. Głównie z tego względu, iż wydana w 94 roku oficjalna ścieżka dźwiękowa z Blade Runnera pomimo tego, że jest niezwykle dobra, jest także lekko mówiąc - okrojona. Wyznawcy kultu Łowcy Androidów zaradzili jednak temu w 2003 roku, gdy w sieci pojawił się bootleg Blade Runner Esper Edition zawierający ponad trzydzieści utworów (znaczna część niepublikowanych wcześniej, te znane już stały się niekiedy dwukrotnie dłuższe niż w oryginale). Ten, także świetny bootleg nie zadowolił jednak wszystkich. Wszakże nie został zatwierdzony przez samego Vangelisa. A temu (jak i reszcie muzyków z jego pokolenia, którzy jeszcze żyją) nie spieszyło się zbytnio z nowym wydawnictwem.

Czytaj dalej ‘Vangelis - Blade Runner Trilogy’

Jedzenie podczas grania w GTA - tekst wspólny

Gdy gramy sobie beztrosko i zuchwale w kolejne części ulubionej serii czas mija prędziutko przy tej wspaniałej zabawie. To fakt. Lecz w trakcie, gdy mkniemy kolejnym skradzionym autem przez wirtualne miasto strzelając przez okno do przypadkowych przechodniów odzywa się On… GŁÓD. Ua! Okropny i diabelnie sprytny to przeciwnik! Oj tak! I nie da on się zgładzić sprawnym kopniakiem między oczy, co to to nie! Potrafi obalić nawet największych tytanów. Szczególnie, gdy tytan ma do tego nadkwasotę i reumatyzm, a cały jest z papieru. Jest kilka sposobów na poradzenie sobie z GŁODEM podczas gry w GTA. A jakie sposoby nań mają członkowie redakcji GTAcENTER?

Tedi:
Ja, moi drodzy stonodzy, ja osobiście nie przepadam za głodem. Nie jest to człek, z którym chciałbym sypiać w jednym łożu. Bo śmierdzi i jest kosmaty. Nie wątpimy także, że ma zeza. Ale to nie jest powód by go od razu zmuszać do prac w zakrystii, o nie. Co robię by załagodzić tego krnąbrnego i gnuśnego potwora, szczególnie w przypadku, gdy pruję na motorze z zakrwawionymi oczami żeby wypełnić czekpojnta na spidzie do lewela? Moim ulubionym sposobem na GŁÓD jest malowanie kredkami świecowymi. Maluję głównie owce i koniki. Zdarza się też, że namaluję pieska i budę. Ale to rzadko. No bo wolę koniki. Szczególnie na fioletowo. Taki obrót sytuacji zmusza GŁÓD by ten zrejterował i pozostawił mnie samego na chodniku. A ja sobie jeszcze maluję różową rakietę i słonika z trąbą. A żeby było fajniej - przy tym wszystkim podskakuję na lewym pośladku. To pierwszy sposób na GŁÓD. Drugim sposobem na GŁÓD jest drugi sposób na GŁÓD. Nie wiem o nim wiele, rzadko go używam, orientuję się tylko, że jest to drugi sposób na GŁÓD i głównym jego założeniem jest działanie na GŁÓD w sposób drugi. Działając drugim sposobem na GŁÓD GŁÓD zachowuje się i kwiczy jakby został potraktowany przez trzeci sposób na GŁÓD. Bowiem trzeci sposób na GŁÓD jest jednym z okrutniejszych, ale też go lubię. Otóż należy przytrzasnąć GŁÓD brzuchowy w drzwiach od lodówki. GŁÓD przystrzaśniony to GŁÓD zgładzony. I kwiczy jak potraktowany sposobem drugim na GŁÓD, który powoduje, że kwiczy jakby był potraktowany sposobem trzecim. To mimo wszystko nie takie skomplikowane jak się wydaje. Mając na uwadze fakt, że wszystkie te czynności można wykonać lewą ręką kierując samochód z bohaterem którejkolwiek części Gwiezdnych Wojen. Oto mój sposób na GŁÓD.

Czytaj dalej ‘Jedzenie podczas grania w GTA - tekst wspólny’

GTAc - Tekstury w Vice City (część tekstu wspólnego)

Igen van. Ez komoly téma. Hiszen már ótarég ido ismert van, hogy struktúry alatt Vice City elfogyaszt szerfelett negatív mennyiség befolyás feléje közönséges mértékegység életpálya emberi. Ez nagyon egyes osztályzat teremtés nem sok alsó része vminek van alatt rosszul kiválogat struktúr hotel vkin kívül tengerpart. Mert ez gonosz van, ti ismert. Csak egy bizonyos mazochista, vagy más katolikus Żábol képes vmire - köszönhetően félkegyelmu fanatikus (rajongó) és szorulás (feléje orca) - játszik alatt VC nélkül hajpánt feléje hely illetlen. Mert hely hely vannak borzasztó! Ne hajlamos vmire ők. Ez tény.

Tud drága gyermeky, hogy mindaz amely belovagol alatt struktúry Vice City mert vétek Cseho és ők csimpánzy. Mert kicsoda ez püspökség, hogy csimpánzy táplál répa és régi sör? Nagyon kényelmetlen kell ül feléje ők, ne szakérto? és ez hatás feléje közönséges hubéres gyors váltakozás. Mert hubéres gyors váltakozás kényszerít van ne. csak irányában játszik, de és irányában ül és valamint külso feléje gonoszság struktúry enni banán. Aü! Aü! Ez ne van következő kiírás ból ciklus “költészet között minket” ne van, mert van begyógyult után magyar, há há há! Jól titeket! Amíg szokatlan, hogy mindaz ért mi lenne vmit ért ugyan. Lengyel belőletek büszke. Bár ne. Ne lengyel. Wą. Tieitek hely van kivétel hely. Bár, Biblia mond, hogy ez ne ig vég ne hely van. Mert Ádám és Éva van velük kívül. Csak akkor kígyó azaz, hogy van hely. Há. Ez találékony írnok. Nem sok van ide figyelmes. Bon ton. Felé és általában. Ne azaz. Akként hallgat. O.

Czytaj dalej ‘GTAc - Tekstury w Vice City (część tekstu wspólnego)’

Quo vadis romani ite domum pie jesu domine iacta est GTA?

“Serio GTA! Serio GTA! Serio GTA! Wołam twe imię, o serio GTA! Objaw mnie się przed mymi oczyma choćby marą, choćby jawą, choćby snem! Czyżeś jeszcze nieufna ziemi i memu rozumowi? O serio GTA! Dokąd pędzisz? Gdzieże twe miejsce? Gdzieże twój czas? Czyże niechybne stryfy z niebiosów starzyły na cię hybkiem nadowalać? A nużli naśladować ci przyszło co widzone? Serio GTA! Serio GTA! Pantomimia twego istnienia przelękła nas wszystkich tu na dole. Niechaj więc trwa! Niechaj więc trwa…!”

Kolejny tekst wspólny postanowiłem zacząć jakże trafnym fragmentem monologu Kotleta - bohatera “Rapsodii do gier wszelakich” pióra piętnastowiecznego, starogreckiego dramaturga Adama Sienkiewicza. Ów egzaltowany monolog dramatycznego bohatera Kotleta stanowi zarazem rozbudowaną apostrofę do serii GTA najeżoną licznymi pytaniami retorycznymi i metaforami. Monolog ów trafny jest do sytuacji, gdyż dziś zajmiemy się rozpracowaniem dalszych losów całej serii Grand Theft Auto. Nie będę więc bezsensownie brnął w interpretację przytoczonego fragmentu “Rapsodii do gier wszelakich”, dodam tylko, że Kotlet recytuje swoje wyszukane, przepełnione emocją słowa do trzymanego w ręku zgniłego, trzynastowiecznego arbuza z Calais. Co definitywnie pogłębia patetyczny wydźwięk jego słów. Naprawdę.

Tak więc jak Kotlet zadajmy sobie trywialne, zdawałoby się, pytanie - czyże niechybne stryfy z niebiosów starzyły na cię hybkiem nadowalać? No właśnie. Czyżby? Czyżby seria GTA w kolejnych latach miała poczynić aż takie kroki? Czy nie jest to zabieg zbyt nad wyraz? Przerost formy nad treścią? To na pewno. Choć widząc poziom współczesnych gier, trudno myśleć, że stanie się inaczej. Czyżby?

Czytaj dalej ‘Quo vadis romani ite domum pie jesu domine iacta est GTA?’

Narzekania i zawody roku 2007

Rok 2007 szybko odszedł równie szybko, co nadszedł. Kolejne dwanaście miesięcy minęły stając się niczym ponad złudne wspomnienie. Co się stało z tym straconym czasem?

Rok ten nie był fajnym rokiem, dla mnie. Z resztą, jak wiele innych. Nie osiągnąłem niczego wielkiego, co osiągnąć bym chciał. Nie miałem żadnej wspaniałej (ani nawet najmniejszej) okazji, którą mógłbym zmarnować. Czy, ewentualnie, wykorzystać. Jak chcecie. Pierwszy stycznia 2008 rozpoczął się tak samo jak pierwszy stycznia 2007 roku - z liczbą punktów na koncie równą zeru. Czyli standard. Smutne. Przez ten rok nie zmieniło się nic w moim życiu (którego dalej szukać ze świecą można), ani tym bardziej w tzw. życiu zawodowym - branży zinów internetowych. Rok 2008 to już będzie bodajże siódmy rok mojej zinowej egzystencji, a ja dalej robię to co robiłem w roku 2005 czy 2003.

W minionym roku naprawdę niewiele miałem okazji do zagrania w nowe gry komputerowe. W zasadzie to nawet nie jestem pewien, czy grałem w jakąś grę z roku 2007… No, może parę było. Ze dwie. Cóż poradzisz kiedy większość gier nowych zdaje się dla mnie być słabymi, niegrywalnymi czy pustymi. A pozostała część znajduje się poza zasięgiem moich możliwości finansowych, bądź sprzętowych mojego komputera. Ale pewno też by były słabe, niegrywalne i puste. Bom już zgred jest. To pewne. W tym roku także spotkał mnie zawód na grach z lat poprzednich. Zagrałem wreszcie w czwartą Cywilizację i gra to dobra, ale nie bawiłem się przy niej tak jak jakiś czas wcześniej przy Civ III. Podobnie było z Age of Empires III, w które pograć można, ale bez zbytnich rewelacji. Pierwszy kontakt z nimi to długa, kilkugodzinna sesja, a potem drugi raz już się nie ma ochoty ich włączyć. Dziwna sprawa.

Czytaj dalej ‘Narzekania i zawody roku 2007′

Supreme Ruler 2020

Witajcie Ziemianie, tu mówi Yxarderaenhhh CMXXXIII z planety Xidredoran 76 w galaktyce Pluzdraciaha bliżej znany wam jako Przemysław Bryk. Dziś chciałbym przedstawić Waszej zacofanej cywilizacji zarys kontynuacji naszej ulubionej gry komputerowej, którą już niedługo dostarczymy na Waszą małą planetkę.

Otóż jakiś czas temu, jeden z naszych wysłanników przywiózł z Waszej (tak, tak, z Waszej) planety grę Supreme Ruler 2010. Gra owa podbiła sergla i wymorny fanów komputerowej rozgrywki na naszym rodzimym Xidredoranie 76. Byliśmy nią po prostu zachwyceni. Każdy młody i stary, rzadki i gęsty, okrągły i kwadratowy - wszyscy chwytali w swe macki klawiatury i myszy by bez ustanku, przez kolejne tradony grać w ten największy cud Waszej cywilizacji. Gdy już obgraliśmy Supreme Rulera 2010 na wszystkie sposoby (nawet niektórzy grali wspak i po Rumuńsku) wysłaliśmy naszego plenipotenta do twórców tego arcydzieła. Byliśmy zaszokowani, gdy dowiedzieliśmy się, że Battlegoat Studios było zaskoczone, że z zaskoczenia ktoś kupił ich grę. Ponoć zawsze myśleli, że ich produkcję nabyło tylko dziesięć osób z Gwinei Równikowej. Notabene, są to imigranci z konstelacji K`uhs`ygasd w czwartym Bragydorze. A tak przy okazji, jest mi smutno, Ziemianie, że żaden z Was nie zainteresował się tym arcydziełem na skalę galaktyki. Najwidoczniej jeszcze jesteście na zbyt niskim poziomie rozwoju, by móc pojąć Supreme Ruler 2010. Pfh, co ja mówię. Wy nawet nie macie macek i dedrontów!

Tak czy inaczej, zażądaliśmy niezwłocznego wydania kontynuacji SR2010 i stąd właśnie wziął się ten międzygwiezdny plan produkcji Supreme Ruler 2020. Gra zostanie stworzona tutaj, na Ziemi, wytłoczona w hutach przy Galamorze IV i rozprowadzona po całej herystej części galaktyki za pomocą uratyjskich krążowników pyłowych. W tym także i u Was. Prawdę mówiąc, nie liczymy na wysoką sprzedaż w Układzie Słonecznym, chociaż z Wami nierozumnymi małpiszonami to nigdy nic nie wiadomo.

Czytaj dalej ‘Supreme Ruler 2020′

Wspaniała opowieść o sprawach psychosomatycznych

Historia, którą wam dziś przedstawię zdarzyła się bardzo dawno temu. Mniej więcej w okolicy lat poprzedzających wydanie przełomowego produktu jakim było Grand Theft Auto 3. Wierzcie lub nie, ale wszystek co tu stoi spisane wydarzyło się naprawdę, a postacie przedstawione w pełni prawdziwe i żyją - najprawdopodobniej - po dziś dzień.

Jak i wspominałem na początku, było upalne lato jednego roku końca lat dziewięćdziesiątych. Nowe milenium zbliżało się wielkimi krokami, ale nasz bohater zdawał się tego nie zauważać. Może przez jego dość konserwatywne podejście do życia. Może dlatego, że był księdzem katolickim i wszelkie wymysły o 2000-apokalipise czy innej pluskwie milenijnej nie robiły na nim żadnego wrażenia, gdyż po prostu w nie nie wierzył. Centrum miasta jak zwykle tętniło życiem, tłumy ludzi wlekły się po chodnikach w deszczu prażących promieni słonecznych i niezbyt miłej mgle zapachu ludzkiego potu. Każdy gdzieś się spieszył, każdy dyszał ostatkiem sił, ale mimo to pędził dalej ku swemu dzisiejszemu celowi. Większość ze zdziwieniem patrzyła na naszego bohatera - księdza - który to bowiem wolnym krokiem przechadzał się uliczkami w pełnym swym stroju służbowym - sutannie. Nasz ksiądz nie był już człowiekiem młodym, na twarzy rysowały się liczne zmarszczki. Siwe, krzaczaste brwi i nieco przerzedzone równie siwe włosy wskazywały że niejedno już w ciągu tych wielu lat przeżył. Z kolei zaś jego niemały brzuch mówił, iż nie żyje mu się biednie w tych stronach. Ksiądz w zamyśleniu przekroczył rzekę samochodów toczących się po ulicy i skręcił w mniej uczęszczaną, boczną alejkę.

Sznur licznych kamienic po obu stronach uliczki zdawał się nie mieć końca. Gdzieniegdzie na ławeczkach przesiadywali ludzie starsi, w kapeluszach chroniących przed słońcem i z laskami w dłoniach pozwalających oprzeć się grawitacji. Znacznie więcej było dzieci biegających co sił w tę i z powrotem, czy pluskających się w wodzie tryskającej z zepsutego hydrantu. Czas jakby tu nie płynął. Ksiądz wyrwał się na chwilę z zadumania by machnąć ręką poniektórym starszym ludziom, których najwidoczniej znał nie od dziś. Nie zatrzymywał się mimo to na pogawędkę. Najwidoczniej sam miał jakiś cel wędrówki, zupełnie jak niezliczony tłum koszul i neseserów tam w centrum.

Czytaj dalej ‘Wspaniała opowieść o sprawach psychosomatycznych’

Idiotyzmy z Marsa (czyli wstępniak do GTAc)

Witam serdecznie w kolejnym numerze zreinkarnowanego GTAcENTER! Ha! Wspomnąć jednak trza, że ja z Wamy spotykam się dopiero pierwszy raz za rządów Szkuta, a iżli czytali Wy dawien dawniejsze wydania magazynku to powinni mnie kojarzyć. Ot, tak. Mmmh!! No więc słuchajta, bo tu ostatnio w takim bloku jednym we piwnicy rura poszła. No to lecim ze Zdziszkiem żeby załatać, coby wody nie nalało się ludziskom na graty. No i Zdziszek zasapał się na schodach od piwnicy, bo jeno pomyliły mu się i biegł niemi do góry cały czas. Nie wiedzieć czemu. I mu aż papieros na brzuchola spadł i poparzył dziury w koszulinie. Ja w tem czasie wygładziłem wąs, pomacałem się po brzucholcu i mówię do Zdziszka. Zdziszek! Zdziszek! Na dół biegnij, nie do góry! No to ten zleciał ze tobołami i narzędziami. No i patrzemy. Słuchemy. No i próbujemy wybadać gdzie ta rura poszła.

Ja mówię. Pójść musiała tam, bo dudni. No, ale Zdziszek mówi żeby w drugą stronę, bo wilgocią zalatuje. No to my obaj żeby się nie kłócić i sprawę przemyśleć wyciągli po browarze, coby sił witalnych nabrać i nowe horyzonty myślowe roztworzyć. No i tak nam z dumania niewiele wyszło, więc wyciągli po papierosie i zapalili. Po dziesięciu minutach doszli my do wniosku, że źle my piwnicę obrali, a w ogóle to zły blok to był. No i biegiem dalej na rower i do bloku dalej. A tam i dudni i wilgocią zalatuje i śmierdzi zgnilizną jeszcze jednocześnie ze trzech stron na raz. No i my znowu dylemat mieli, więc wyciąglim po browarze, coby sił witalnych nabrać i nowe horyzonty myślowe roztworzyć. Z dumana nam jeno wyszło, że podróże w czasie są nie możliwe, a teoria superstrun conajmniej naciągana.

Czytaj dalej ‘Idiotyzmy z Marsa (czyli wstępniak do GTAc)’

O wrażeniach płynących z gry w San Andreas - czyli seks z Pam Anderson

Szkut mnie bije gumowym pasem, żebym mu napisał do tekstu wspólnego coś o wrażeniach płynących z mojego monitora podczas grania w San Andreas. Gdzie płynących? Nie wiem. W każdym razie nie wiem co to za pomysł, żeby w GTAcENTER pisać o jakimś… GTA! I to jeszcze San Andreas. Kto to kiedyś widział, żeby w GtaCenter teksty o grach komputerowych były. Jeszcze tych paskudnych i koszernych grach jakie serwują nam Japończycy tudzież inni Amerykanie mając na celu zmiękczenie mózgów i… o w mordę! Zmiękczenie wody! Podczas gry płynące wrażenia spływają do naszych kanalizacji gdzie miękczą wodę! Matko boska wielkiego potwora spaghetti!

No, ale nie o tym. W San Andreas grałem dawno, dawno temu. Chyba byłem jeszcze wtedy czarny nawet. Mhm. I śpiewałem techno i grałem nawet hip hop. Na podwórku, przed domem. Na banjo dziadka. A może to było banjo babki? Hm… Ich bajna są dość podobne, a pamięć omylna. Więc grałem na tym banjo, grając hip hop, przed domem, na podwórku grając w San Andreas co by zmiękczyć wodę dla Japończyków. No i pięknie było. Pięknie. Wielki, muskularny afroamerykanin machał tyłeczkiem przed moimi oczyma. No cudnie. No i strzelał jeszcze wypinając swoje pośladeczki. O! A potem się spasł i go utopiłem w jeziorze. Na traktorze. Ale przeżył. Bo był karpiem. Dziwna sprawa.

Czytaj dalej ‘O wrażeniach płynących z gry w San Andreas - czyli seks z Pam Anderson’

Space Siege

Kto ma ochotę skopać kulki hordzie kosmitów dybających na życie bezbronnych Ziemian? Uprzejmie prosiłbym rączkę do góry podnieść. Ah, rozumiem. No dobrze. Drzwi są tam, niech pan weźmie swojego dmuchanego aligatora i znajdzie pomieszczenie numer 69. A pan obok niech się nie ślini, bo podłogę zalał.

Gas Powered Games - twórcom Dungeon Siege najwyraźniej znudziło się zabijanie, mordowanie, wyżynanie i eksterminowanie potworów w kolejnych krainach fantasy toteż postanowili nieco odmienić sobie życie wysyłając następną grę w kosmos. Tak, więc nowiusieńki i będący właśnie w produkcji Space Siege polegać będzie na zabijaniu, mordowaniu, wyżynaniu i eksterminowaniu potworów na kolejnych poziomach statku kosmicznego. Łał. Niemniej jednak miła to odmiana, szczególnie że hack-n-slashy osadzonych w konwencji science-fiction jakoś dużo nie było. Ostatnie, co pamiętam to ten nieszczęsny Space Hack polskiej produkcji… Grając weź można było zejść z tego świata z nudów (lub zjeść pół biurka). No i ta różnorodność rozgrywki - raz na dziesięć godzin zmieniał się kolor jednego z przeciwników i dochodziła broń z nowymi parametrami do sklepiku, z tym, że wyglądała zupełnie tak samo jak poprzednie (swoją drogą i tak nie można było kupić, bo za droga i za dużo siły wymagała). No, ale miejmy nadzieję, że twórcy - skądinąd niezgorszego - Dungeon Siege podejdą to tematu bardziej… kreatywnie.

Dramatyczna historia ukazana w Space Siege rozpoczyna się w XXII wieku, kiedy to dumna ludzkość postanawia skolonizować parę układów planetarnych wykopując przy tym mieszkańców tychże planet w… no, wykopując ich daleko. To się wszak nie godzi! Te wstrętne kosmoludy miały czelność zająć nasze planety zanim się o nich dowiedzieliśmy! Szatany! Tak czy inaczej wreszcie odważni kolonizatorzy ze statku Rebecca Lee trafili na rasę, której nie uśmiechało się ot tak po prostu wyginąć.

Czytaj dalej ‘Space Siege’

Tangerine Dream - Madcap’s Flaming Duty

Tangerine Dream to klasyka krautrocka i muzyki elektronicznej. Kto nie słyszał choćby jednego ich utworu, niechaj się wstydzi i schowa pod stołem, o! (i niech mnie który spróbuje to nazwać technem to umierać będzie w katuszach przez siedemdziesiąt dwa dni, a jego ciało rozpuszczę w kwasie, Grrrr!)

Dla mnie osobiście, i części twardogłowych fanów zespołu, Tangerine Dream skończyło się w 1987 roku w momencie burzliwego odejścia Chrisa Franke i przejęciu przez Edgara Froese całkowitej władzy nad kierunkiem rozwoju grupy. To co od dwudziestu lat Edgar wyczynia z nazwą Tangerine Dream miejscami niemal zakrawa o herezję, a mimo to sięgnąłem po jego nowy album głównie ze względu na tematykę tegoż - oddanie czci zmarłemu w ubiegłym roku Sydowi Barrettowi.

Froesemu po raz kolejny zamarzył się album z wokalem (co w historii TD zjawiskiem jest dość rzadkim), lecz nie ma tutaj - jak podpowiadałaby logika - utworów autorstwa Syda Barretta. Froese postanowił bowiem, że nagra płytę z tekstami poetów, którzy tworzyli jedynie w młodym wieku bądź w różny sposób przedwcześnie zeszli z tego świata. A jako, że sam ze śpiewem nieco kuleje, do współpracy zaprosił Chrisa Hausla.

Czytaj dalej ‘Tangerine Dream - Madcap’s Flaming Duty’

Prototype

24 październik 2007 /Z

Wiele jest powodów skłaniających człowieka do biegania po Nowym Jorku mordując, wyrywając ręce i odgryzając głowy napotkanym osobom. Może ktoś zgniótł ów człowiekowi chomika. Może oskórowali mu pluszowego misia. Albo po prostu jest kobietą znajdującą się w pełni zespołu napięcia przedmiesiączkowego.

No, ale skończmy z takimi niewybrednymi dowcipami. Jest bowiem jeszcze jeden powód by masakrować ludność amerykańskiej metropolii - amnezja i dość, hm, widoczne zmiany w budowie naskórka. Szczególnie, jeżeli w to wszystko zamieszane są rządy wielu krajów, zmarła matka Fidela Castro, papież, drugi skład Zagłębia Lubin i japoński cesarz. To naprawdę zawiła intryga. Toteż można wypatroszyć i pozbawić głów kilka osób, w imię wyższego celu oczywiście.

A więc o czym to ja? Ah, tak. Głównym bohaterem tej obiecującej gry akcji jest Alex Mercer - człowiek bez przeszłości, ale za to z dość ciekawymi zdolnościami. Okazuje się bowiem, że nasz Alex został wybrany przez rząd Stanów Zjednoczonych na królika doświadczalnego w nowym i nieco kontrowersyjnym projekcie mutacji genetycznych. Wynikiem ów zabaw rządowych inżynierów genetycznych DNA Mercera uległo znacznym zmianom. Gdy nasz ukochany Alex obudził się w obskurnym zaułku Nowego Jorku (w zasadzie to w tajnym laboratorium, ale ono jest tajne, więc ciii) spostrzegł, że jest w czternastu procentach bananem, a na dodatek potrafi zwinnie zmieniać swoje kształty. Zdolność ta pozwala mu z łatwością transformować się w każdą napotkaną postać absorbując jej umiejętności i wspomnienia. Poza tym jest też w stanie przemieniać dłonie w ogromne łapska z ostrymi jak brzytwa szponami, szczękę w paszczę pełną rekinich zębów, a nogi w kółka by jeździć jak tramwaj.

Czytaj dalej ‘Prototype’

Universe at War: Earth Assault

23 październik 2007 /Z

Wręcz przeraźliwie to oklepany temat - inwazja niezliczonej ilości krwiożerczych obcych na naszą malutką, błękitną planetkę na zaścianku galaktyki. Widzieliśmy to już ogromną ilość razy w filmach, grach, książkach tudzież komiksach - zobaczymy i raz jeszcze.

Ot bowiem Petroglyph odpowiedzialne za całkiem przyjemne w odbiorze Star Wars: Empire at War zbliża się do finalizacji prac nad swą najnowszą strategią czasu rzeczywistego, będącą zarazem pierwszą z całej serii Universe at War. Cała saga rozpocznie się od oczywistej inwazji obcych sił na Ziemię, a w kolejnych produkcjach, jak mniemam, zajmiemy się pozostałą częścią tytułowego wszechświata. Oczywiście jeśli Earth Assault odniesie oczekiwany sukces.

Fabuła Universe at War jest dość standardowa, jeżeli chodzi o gatunek RTS-ów. W roku 2012 niezwykle niespodziewanie Ziemia staje się celem dość licznych wycieczek turystyczno-zbójeckich organizowanych przez posępną i złowrogą rasę kosmitów zwanych Hierarchy. Kolegom tak się spodobała nasza planeta i jej surowce mineralne, że postanowili przerobić wszystkie nasze kontynenty w swój prywatny kurort, ludzkie miasta spalić, baby przegonić, a chłopom podziękować. Zdawałoby się, że ludzkość nie ma żadnych szans z przeważającym technologicznie wrogiem gdyby nie kolejna rasa kosmitów nosząca nazwę Novus. Ci z kolei przybyli tylko by pozbyć się wstrętnych Hierarchy (którzy notabene podróżują po całym wszechświecie wysysając co do kropelki życie z każdej napotkanej planetki) i raczej mało obchodzą ich jacyś tam tubylcy każący nazywać się ludźmi. Ale to nie koniec! Otóż tylko dziś, w specjalnej promocji otrzymujemy także całkiem pokaźne grono Masari gratis! Cywilizacji żyjącej głęboko pod powierzchnią ziemskich mórz i oceanów. Żyli tam przeszło milenia, więc jakiś sensowny powód jest, że zmuszeni byli wreszcie wyleźć. Co było przyczyną? Ano, nie spodobali im się nowi sublokatorzy - Hierarchy i Novus. Postanowili więc skopać im kulki. Hell yeah! I tak właśnie Ziemia stanie się tłem międzygalaktycznego konfliktu. A gracz już sam wybierze lepiej, za którą ze stron się odpowie. A należy wiedzieć, że nie będzie takiej strony konfliktu jak Ludzie, o nie. Wybór ograniczony zostanie do trzech wspomnianych wyżej - Hierarchy, Novus i Masari (dodam jeno, że najbardziej przypominający homo sapiens będą właśnie ci ostatni).

Czytaj dalej ‘Universe at War: Earth Assault’

Jagged Alliance 3

3 październik 2007 /Z

Entuzjaści i fanboje Jagged Alliance łatwo w swym smutnym życiu nie mają. Wszak od roku bodajże 2001 nie pojawiła się żadna produkcja sygnowana nazwą ich ulubionej serii gier taktycznych (nie licząc Wildfire, które jest tylko i aż fanowskim ulepszeniem poczciwej ‘dwójki’). Jednak w ciągu tych sześciu lat wciąż karmieni są informacjami o rychle nadchodzącym sequelu…

Naprawdę wiele można by napisać o tym co działo się przez te wszystkie lata z dwoma zapowiedzianymi grami - Jagged Alliance 3 i Jagged Alliance 3D. Jednakże podsumuję to krótko, bo i rozpisywać się zanadto nie warto. Po wszystkich tych rotacjach, zmianach, zrywaniu umów i niszczeniu psychiki programistów nieustannym biczowaniem oto co następuje - JA3D zostaje wydane pod innym tytułem oficjalnie nie mając zarazem nic wspólnego z żadnym jaggedem (w naturze występuje bowiem jako Hired Guns), a JA3 zaś… Jest w produkcji. Ale wiedzcie jednak, że jeszcze tylko jakiś czas, bo premiera już wkrótce. Oczywiście o ile znów coś się nie zmieni…

Czym jest Jagged Alliance powinien wiedzieć każdy. Kto nie wie, niech się pomaluje na zielono w ciapki, poważnie się zawstydzi i niech uważnie słucha. Bowiem w swej ignorancji przeoczył jedną z najlepszych turowych gier taktycznych w historii. Jagged Alliance 2 to już klasyka. A jak wiadomo, klasykę powinno się znać, nawet jeśli się jej nie lubi, o. Swoją drogą dość niedawno weń grałem i przyznać muszę - wciąż bawi tak jak niegdyś. Ba, może i nawet bardziej niż wtedy gdy miewało się mniejszą ilość lat na karku niż dziś… Oczywiście pomimo tego, że trzeba przymknąć oko na nieco niedzisiejszą grafikę, ale to akurat nie było u mnie kłopotliwe. Mniejsza jednak o mnie i moje problemy osobiste.

Czytaj dalej ‘Jagged Alliance 3′

Ot, spojrzenie na całość

Ha! Ha! I jeszcze raz (a taki ze mnie ważniak, o) ha! W przypływie nostalgicznej megalomanii wreszcie po wielu próbach udało mi się odszukać i skompletować jakieś 99% opublikowanych tekstów mojego autorstwa. Nie było to zadaniem łatwym, szczególnie mając na uwadze poziom merytoryczny jak i pisarski pierwszych mych tworów (przynajmniej dziś możecie prześledzić moją ewolucję od buca do księżniczki (hę?!)…). Dość rzec, iż jeden człowiek, nazwijmy go Pan X, który przeczytał jakiś czas temu mój pierwszy tekst (dla przypomnienia: recenzja Earth 2150) dostał natychmiastowego rozwolnienia a dwa dni po tym zmarł na syfilis. Nie miałem lekko, widzicie.

2002 - ledwo trzy teksty, ale tak paskudne jakby było ich ze trzy miliony. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, iż miałem wtedy dwanaście lat, a w sferze pisarskiej zaczynałem od zera. Hm, marne usprawiedliwienie.

2003 - kolejny przerażający rocznik. Bleh. Totalna amatorszczyzna (ale wtedy w sumie i o to chodziło, o samą radość tworzenia, o!), irytujące emotikony wciskane co drugi wyraz i ogólnie zerowe poczucie stylu i estetyki. Bleh. Powinno mnie być wstyd za ten rok, ale jakoś nie jest… Gdybym dziś napisał coś w rodzaju recenzji z pierwszych miesięcy tegoż roku pewno bym się powiesił na gumie od majtek. Albo przegryzł sobie aortę.

Co warto przeczytać: Nic.

2004 - początek to też syf, syf i syf. Końcówka (od sierpnia bodajże) już jest w miarę znośna. W każdym razie już słowa “Co za dureń to pisał?!” nie bardzo tutaj pasują.

Co warto przeczytać: Final Revenge? (w niektórych kręgach opowiadanie kultowe, hihi), Earth 2150 (bodaj pierwsza profesjonalna recenzja… z tego co pamiętam), TETRIS (nigdy nie publikowane, nigdy nie dokończone opowiadanie) i wsio.

2005 - no, no. Tutaj już nie ma czego się wstydzić, a nawet można i się zachwycić (e, to jednak wątpliwe). Ot czasy, w których wszyscy chcą być fajni i profesjonalni. Hi.

Co warto przeczytać: Władca Pierścieni: Bitwa o Śródziemie (ponoć dobra recenzja, ja tam nie wiem), Deadhund (tekst pisany z perspektywy muchy patrzącej na gracza), GTA San Andreas (najdłuższa recenzja - 21 tysięcy znaków - jakościowo jednak miejscami kuleje), Suma wszystkich Czechów (nigdy nie dokończony i nie publikowany scenariusz do filmu).

2006 - niedużo tekstów, ale schludne są i nie ma się do czego zbytnio przyczepiać. Może za parę lat będę naśmiewał się z tego jak z roku 2002, ale na tę chwilę rocznik ten zdaje się być całkiem w porządku.

Co warto przeczytać: Biegnąca żyrafa na tle wybuchającej bomby atomowej (pozostawię bez komentarza), Tedi’s Magazine 2 (nigdy nie dokończony i nie opublikowany drugi numer Tedi’s Magazine!), XIII Century (bo tekst został opublikowany w CD Action), Baldur’s Gate II (bo ponoć końcówka to i śmieszna jest) i coś tam jeszcze przeczytać możecie, a co…

2007 - …

Co warto przeczytać: Final Revenge! Atomic Edition (remake, a zarazem kompilacja trylogii Final Revenge w jednym tekście) i resztę opowiadań z tegoż roku, a co mnie tam.

Złożył, spisał i nieźle się przy tym namęczył:
Przemysław ‘Tedeward’ Bryk, o!